Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O.P.I.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O.P.I.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2011

Zeszłoroczny bakłażan

W niniejszym poście chciałabym Wam zaprezentować jednego z moich lakierowych ulubieńców: OPI Lincoln Park After Dark. Możecie sobie wyobrazić, że uwiecznione na zdjęciu promienie słońca są jeszcze "zeszłoroczne"?;) Tak, tak, zdjęcie zrobiłam jakoś we wrześniu 2010 r. i od tamtego czasu dziwnym trafem nie składało się, żeby je Wam pokazać. Trudno mi uwierzyć, że minęło już niemalże kolejnych 12 miesięcy i słońce znowu ostro przygrzewa (choć akurat dzisiaj chyba się obraziło i schowało za ciężkimi chmurami)...
Z pewnością większości z Was lakier wyda się po prostu czarny, ja dostrzegam w nim jednak coś więcej... Dla mnie to skórka bakłażana o cudownym połysku :))). Niewprawne oko faktycznie dostrzeże tylko odcień czerni, lakieromaniaczkom nie umknie jednak fioletowa nuta, którą owa czerń jest podszyta. Większości Lincoln Par After Dark pewnie wyda się niewartym swojej ceny zwyklakiem, moim zdaniem ma on jednak w sobie coś niepowtarzalnego. Mimo że to bardzo ciemny odcień według mnie świetnie nadaje się na lato, zwłaszcza jako lakier "stopny" ;))) - taka miła odmiana dla wszędobylskich pasteli.

A Wy co sądzicie? Hot or not? ;)))

niedziela, 6 lutego 2011

Na różowo ;)

Manii lakierowej ciąg dalszy! Ale, ale... żeby nie było, że przepadłam z kretesem, uspokoję Was, że nie wszystkie nowe pociechy są moje ;). Po ostatnich udanych zakupach w Victoria`s Beauty namówiłam koleżankę na wspólne zakupy. Ani nie trzeba było długo przekonywać, poza tym wspaniałomyślnie pozwoliła mi zaprezentować wszystkie zdobycze na blogu (pozdrawiam Cię moja droga!:D). Chyba poczułyśmy jakiś dziwny zew wiosny, bo jak jeden mąż zamówiłyśmy cztery róże :D. A oto i one:
Ania zamówiła dwa lakiery China Glaze: Strawberry Fields i Fifth Avenue. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona jakością tych produktów. Mają fajne, nie za wąskie i nie za szerokie pędzelki, są dość rzadkie, ale mimo wszystko dobrze się rozprowadzają, kryją przeważnie przy dwóch warstwach, ale czasami i jedna wprawnie nałożona wystarcza.

Strawberry Fields pochodzi z Summer Days Collection 2009. Jest to nasycona fuksja ze złotym shimmerem. Kolor bardzo unikatowy, wyróżniający się, idealny na ciepłe dni. Złoty shimmer jest dobrze widoczny na paznokciach, co jest dość wyjątkowe w przypadku tego typu lakierów.


Fifth Avenue pochodzi natomiast z kolekcji Creme Couture. Piękny, przykurzony, kremowy róż z domieszką fioletu, który kryje idealnie w zasadzie już przy jednej warstwie. Odcień niezbyt nachalny, a mimo wszystko urzekający. Moim zdaniem jest to kolor idealny na okres przejściowy pomiędzy zimą a wiosną.
Dla siebie zamówiłam dwa OPIki. Mimo że od czasu do czasu kupuję lakiery innych firm, mimowolnie wracam do tej marki. OPI ma zdecydowanie największą gamę kolorystyczną w swojej ofercie - każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie, a czasami nawet więcej, niżby sobie tego skrycie życzył ;). 

Skusiłam się tym razem na odcień Polar Bare z The Canadian Collection 2004. Kolor to nudziak o różowo-brzoskwiniowych podtonach, w świetle dziennym jest zdecydowanie bardziej różowy, w świetle sztucznym zdecydowanie bardziej wpada w brzoskwinię. Myślę, że będzie się fajnie prezentował przy opalonych dłoniach. W przypadku tego lakieru w oczy rzucił mi się pędzelek - jest o wiele węższy niż w przypadku pozostałych OPIków, co pewnie wynika stąd, iż ta kolekcja pochodzi sprzed 7 lat, kiedy mi o OPI się nawet jeszcze nie śniło!
Na koniec Nantucket Mist z The Classic Collection. Odcień to również brzoskwiniowy róż, nieco ciemniejszy i żywszy niż Polar Bare. Spośród całej czwórki zdecydowanie podoba mi się najbardziej, ale jednocześnie jest najbardziej problematyczny w aplikacji. Lubi sobie posmużyć, ale dwie warstwy kryją w pełni pod warunkiem, że nałożymy je równomiernie. Pędzelek jest w tym wypadku baaardzo szeroki. Wnioskując po folii na nakrętce, przypuszczam, że OPI przy okazji właśnie tej kolekcji wprowadziło nowe, szersze pędzelki (poprawcie mnie, jeśli nie mam racji).
Podsumowując, chyba czas się udać na jakiś lakierowy odwyk :D

Pozdrawiam Was wiosennie!

sobota, 27 listopada 2010

Zakochana w Zurychu :D

Jakby tu zacząć...
Co powiecie na to?
O.P.I. Swiss Collection "From A to Zurich"

A... jak aksamitny...
B... jak borówkowy...
C... jak czarujący...
D... jak dystyngowany...
E... jak elegancki...
F... jak fascynujący...
G... jak glamour...
H... jak hipnotyczny...
I... jak intrygujący...
J... jak jakościowo dobry...
K... jak kremowy... i... kryjący...
L... jak lakierowy "muszęmieć" ;)
Ł... jak łatwy w aplikacji...
M... jak mój :D
N... jak niepowtarzalny...
O... jak O.P.I.
P... jak piękny...
R... jak rozkoszny...
S... jak szwajcarski...
T... jak... tajemniczy...
U... jak ulubiony...
W... jak wdzięczny...
X... jak xiążęcy... ;)
Y... jak Yeti... (Szwajcaria, góry, człowiek z gór... no wiecie, o co chodzi ;P)
Z... jak zakochana w Zurychu :D

Cóż mogę dodać... Lakier mnie urzekł, od kiedy zobaczyłam swatche u Lily. Już wtedy wiedziałam, że muszę go mieć. Z mojej listy "from A to Zurich" możecie wyczytać całą masę superlatyw, ale mam też kilka zastrzeżeń. Lakier jest świetnie napigmentowany, ale przez to jakby trochę gęściejszy.  Na paznokciach kolor wypada nieco ciemniej niż w buteleczce. No i mój pędzelek to był jakiś koszmarek! Pojedyncze włoski odstawały na wszystkie strony świata, przez co aplikacja nie była idealna. Przycięłam i już jest ok, ale nie tego oczekuje się od lakieru za tę cenę (choć przyznaję, że przytrafiło mi się to po raz pierwszy). 

Mimo wszelkich niedogodności związanych z pędzelkiem kolor zdecydowanie ląduje wśród moich ulubionych. Właśnie takiej borówy szukałam ;). A Wam jak się podoba?

wtorek, 2 listopada 2010

Stronger, Faster, Harder

Nie wiem, jak Wy, ale ja już nie wyobrażam sobie chodzić z niepomalowanymi paznokciami. Bez warstwy choćby odżywki czuję się po prostu łyso. Jednocześnie, jak bardzo lubię mieć pomalowane paznokcie, tak nie przepadam za procesem ich malowania, zwłaszcza gdy trzeba czekać wieki, aż lakier wyschnie i znowu będzie można coś zrobić z rękami. Ze względu na swoje lenistwo i niecierpliwość nie wyobrażam sobie mojego manicure bez "dopalaczy" ;).

Manicure zaczynam zazwyczaj od proteinowej bazy pod lakier marki Essie. Baza ma konsystencję zwykłego lakieru, a ze względu na swój mleczny kolor wybiela naszą płytkę. Paznokcie wyglądają wtedy na zdrowe, ładnie się błyszczą. Czasami, gdy nie mam ochoty robić pełnego manicure nakładam po prostu cienką warstwę tego produktu. Bardzo podoba mi się taki naturalny efekt.

Sama baza jako baza pod lakier moim zdaniem nie do końca się sprawdza. Nie zauważyłam, żeby produkt jakoś szczególnie wzmacniał moje paznokcie (w dalszym ciągu zdarza im się rozdwoić), ani żeby przedłużał żywotność lakieru, choć z tym bywa u mnie naprawdę różnie. Czasami po dwóch dniach lakier nałożony na bazę odchodzi płatami, czasami trzyma się ok. tygodnia. Nie mam pojęcia od czego to zależy. Na pewno im cieńsza warstwa produktu na płytce tym lepiej, inaczej później nałożony lakier robi się gumowaty i dłużej schnie. Warto również poczekać, aż baza dobrze przeschnie, w innym razie nałożenie lakieru może sprawiać trudności, będzie on rozprowadzał się tępo i nierównomiernie. Summa summarum z tego produktu jestem średnio zadowolona i raczej nie kupię go ponownie. Za cenę 13,95 Euro (w produkty Essie zaopatrywałam się w niemieckim Douglasie) spodziewałabym się czegoś lepszego... Tytułowe "stronger" w tym wypadku nie ma racji bytu ;).

Inaczej rzecz się ma w przypadku top coat`u marki Essie "good to go!". Z tego produktu jestem naprawdę zadowolona i nie żałuję ani jednego wydanego centa (koszt to również 13,95 Euro). Top coat przyspiesza wysychanie lakieru i przedłuża jego trwałość. Mamy tu więc i "Faster" i "Harder" ;). Produkt ma idealną konsystencję, jest na tyle gęsty, że nie rozlewa się po całej płytce paznokcia i skórkach, i jednocześnie na tyle rzadki, że można go łatwo rozprowadzić. Lakier po potraktowaniu "good to go!" błyszczy się niczym tafla wody, schnie szybko, ale z wykonywaniem jakiś grubszych prac domowych itp. radziłabym poczekać ok. 40 min., aż w pełni stwardnieje, inaczej mogą pojawić się delikatne odciski (w takim wypadku często nakładam dodatkową warstwę TC, by zniwelować nierówności - to taka mała rada). Później lakier jest twardy jak skała :). Jeśli chodzi o zastrzeżenia, to mam wrażenie, że podczas kilku pierwszych aplikacji TC wysychał błyskawicznie, teraz po ok. 1,5 miesiąca użytkowania ten czas zdaje się nieco wydłużać. Ponadto, baza po jej kilkakrotnym użyciu do utwardzenia czerwonego lakieru zabarwiła się delikatnie na różowo. Nie ma to jednak wpływu na inne stosowane z nią kolory, co najwyżej psuje wrażenia estetyczne buteleczki ;). Podsumowując, bardzo lubię ten produkt, jest niezwykle praktyczny, choć cena może skutecznie odstraszyć, w moim odczuciu jest to jednak specyfik warty inwestycji. 

Na koniec jeszcze słów kilka o O.P.I. Rapid Dry Top Coat, której używałam do tej pory. Z przykrością muszę stwierdzić, że produkt ten po ok. 6 miesiącach użytkowania i przy ok. 1/4 pozostałej zawartości stał się nie do użytku, po prostu zgluciał i jedyne, co przy jego pomocy można było uzyskać na paznokciu to "artystyczne" pęcherzyki powietrza. Wcześniej zachwycałam się tym produktem, bo przez długi czas był naprawdę rewelacyjny i wydawał mi się wart swojej ceny. Teraz wkurza mnie jednak myśl, że wydajemy ok. 70 zł (ja swoją buteleczkę na szczęście dostałam  w prezencie do przetestowania), a mimo najlepszych chęci nie jesteśmy w stanie zużyć go do końca. Polecam, jeśli jesteście w stanie wykorzystać ten produkt w przeciągu 3-4 miesiący, jeśli zaś macie zamiar stosować go tylko na specjalne okazje, to radzę sobie darować, bo połowa pewnie i tak wyląduje w koszu :/. Mam tylko cichą nadzieję, że taki sam los nie spotka top coat`u z Essie...

A Wy co polecacie do szybkiego manicure? Oczywiście coś poza Seche Vite, który znają już chyba wszyscy ;).

poniedziałek, 13 września 2010

Viva la France!

Kilka dni temu udałam się w błyskawiczną podróż do Francji... Nie wiązało się to jednak ani z podróżą samochodem, ani pociągiem, ani samolotem. Nie była to również podróż odbyta palcem po mapie, ale... pędzelkiem po paznokciu ;).
O.P.I. Tickle My France-Y z kolekcji francuskiej to beż z niezwykle delikatną domieszką różu (przynajmniej ja dostrzegam w nim różowe tony). Nie powiedziałabym, że jest to typowy "nude". Moim zdaniem jest nieco ciemniejszy niż klasyczny odcień skóry. Oczywiście można by w tym miejscu się spierać, jaki ton karnacji tak naprawdę uchodzi za "klasyczny" ;). Mi ten kolor przywodzi na myśl bardzo jasne kakao, którym popijam maślanego croissanta z malinową konfiturą. Mmmmm....

Odcień jest zdecydowanie niepretensjonalny, nie rzuca się w oczy, ale jednocześnie daje wrażenie, że coś jednak na naszych paznokciach jest. Jest to miła odmiana dla różowych lakierów przeznaczonych do typowego francuskiego manicure. Muszę jednak przyznać, że sama paznokcie maluję nim dość rzadko, mimo wszystko wolę jednak bardziej zdecydowane kolory.

Lakier można swobodnie dozować. Jedna warstwa wygląda bardzo subtelnie. W ten sposób maluję swoje paznokcie najczęściej, gdy się spieszę, gdy chcę, by lakier szybko wysechł bez "uszczerbku na zdrowiu" w postaci różnorakich odcisków (uwaga jednak na smugi!). Dwie warstwy dają efekt, jak na zdjęciu, a więc pełne krycie. Dodatkowo, by przyspieszyć proces wysychania, nałożyłam mój nowy nabytek: top coat "good to go!" z Essie, który swoją drogą zrobił na mnie piorunujące pierwsze wrażenie, ale o tym pewnie innym razem ;).

A Wam jak się podoba? Pociąga Was Francja, czy może jednak jakieś inne miejsce na ziemi? :)

xoxo
M.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Pożegnalnie. . .

Dziś żegnam się z lakierem O.P.I. w kolorze Baguette Me Not z kolekcji francuskiej. Skąd to pożegnanie? Ano zrobiłam z mamą pewien deal i w piątek lakier powędruje w jej ręce, dlatego też postanowiłam pomalować nim swoje paznokcie po raz ostatni, żeby móc go Wam zaprezentować.

Mam olbrzymie trudności z opisaniem tego koloru. W moim odczuciu jest on niezwykle vintage, a więc w nieco starodawnym stylu. Odcień łączy w sobie nuty wielu kolorów, w zależności od oświetlenia raz jest bardziej różowy, raz jest bardziej czerwony, raz bardziej pomarańczowy. W dwóch słowach opisałabym go jako koralową, zgaszoną różo-czerwień (kolor jest jednak na tyle nietuzinkowy, że oczywiście dwa słowa nie wystarczyły;)). Długo zastanawiałam się, do czego porównać ten odcień i doszłam do wniosku, że w pierwszej kolejności przywodzi mi on na myśl owoce dzikiej róży. Czy to dobre porównanie? Najlepiej oceńcie sami:) Warto dodać, że lakier w buteleczce wygląda na bardziej różowy, na paznokciach zaś zdecydowanie wpada w koral.

Przyznam szczerze, że nie jestem wielką fanką tego odcienia, generalnie nie jestem zwolenniczką czerwieni na (moich) dłoniach, dlatego pewnie nie będę za nim jakoś szczególnie tęsknić. Gdyby jednak w pewnym momencie odmienił się mój gust, zawsze mogę go przecież pożyczyć od mamy;)



Aplikacja, jak na O.P.I. przystało, bez zarzutów, choć po pomalowaniu płytki paznokcia jedną warstwą widać prześwity, dlatego zawsze nakładam dwie (zauważyłam również, że zazwyczaj lakier położony jednowarstwowo o wiele szybciej odpryskuje, niż to ma miejsce w przypadku dwóch, najlepiej cienkich warstw). Na wierzch nałożyłam O.P.I. Rapid Dry Top Coat, bez którego nie wyobrażam już sobie codziennego manicure. Produkt ten jest naprawdę rewelacyjny! Nie tylko przedłuża trwałość lakieru, ale przede wszystkim przyspiesza jego wysychanie, co znacznie ułatwia malowanie (żegnaj odciśnięta fakturo pościeli!;)) Jest to zdecydowanie produkt dla mnie nieodzowny i niezawodny!

A co jest Waszym muszęmieć, jeśli chodzi o paznokcie?

Buzia dla Was i miłego tygodnia!
xoxo
M.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Na paznokciach dziś. . . O.P.I. Party In My Cabana

Dziś znowu będzie o lakierach/lakierze (pewnie co niektórzy się ucieszą;)). Dlaczego? Ano, bo niestety lakier z Wibo przetrwał na moich paznokciach niespełna dwa dni, w zasadzie już następnego dnia po pomalowaniu pojawiły się pierwsze nieestetyczne odpryski, co dla mnie jest jednoznacznym znakiem, że czas na nowy kolor! Yay! :D Rzadko mi się zdarza, żebym jednym lakierem pomalowała paznokcie dwa razy z rzędu, oj rzadko, co nie oznacza jednak, że nigdy:) Jak się trochę ochłodzi z pewnością poznacie moich największych ulubieńców (kolory są póki co trochę nieadekwatne do aktualnej pory roku), ale dziś czas na malinowy róż, czyli O.P.I. Party In My Cabana z kolekcji South Beach.


Udało mi się dorwać ten kolorek na przecenie w Sephorze za ok. 30 zł (w sumie kosztował 35 zł, ale do tego doszły jeszcze jakieś zniżki). Stał sobie na półce w Pasażu Grunwaldzkim we Wrocławiu i chyba na mnie czekał, bo z przecenionych OPIków dostępny był jeszcze tylko niezbyt urodziwy, zgniły pomarańcz, więc na widok tego krejzi różu od razu w głowie zapaliła mi się zielona lampka i odezwał się cichy głosik "Brać, brać, brać!";)
Kolor jest rewelacyjny (najlepiej oddaje go zdjęcie w prawym górnym rogu kolażu)! Jest to żywa malina, bardzo wakacyjna, wykończenie oczywiście kremowe, krycie fantastyczne, już jedna warstwa pokrywa w pełni płytkę paznokcia, choć ja zawsze nakładam dwie, bo wtedy kolor robi się bardziej szklisty, co bardzo dobrze widać na pierwszym zdjęciu (jak się dobrze przyjrzycie, to może dojrzycie w płytce paznokcia moje odbicie:)). Aplikacja z lakierami tej marki to sama przyjemność, pędzelek ma idealną szerokość, produkt odpowiednią konsystencję, nic dodać, nic ująć. Lakier utrzymuje się nawet do tygodnia (przeważnie w celu utrwalenia stosuję Rapid Dry Top Coat z tej samej firmy, którą z czystym sumieniem mogę polecić, jest świetna!), w moim przypadku jedyny uszczerbek, który zaobserwowałam i który również powinien być widoczny na zdjęciu (palec wskazujący prawej ręki) to ścierające się końcówki, ale zaznaczam, że cały dzień zazwyczaj stukam w klawiaturę, taka praca niestety...
OPIki polecam każdemu, warto mieć w swojej kolekcji choć jeden lakier tej marki, choć z drugiej strony ostrzegam, bo ta mania uzależnia (która zresztą nie!) i mając jednego, chcemy więcej i więcej. Najgorsze jest to, że po jakimś czasie nagle uświadamiamy sobie, że stałyśmy się bardzo krytyczne wobec lakierów innych firm, więc strzeżcie się;)

Następny post już raczej lakierom poświęcony nie będzie. Coś czuję, że rozpocznę ponownie projekt denko, tym bardziej że w mojej kosmetycznej kolekcji uzbierało się ostatnio kilka produktów, które chciałabym zużyć (pomału już nie mam gdzie tego wszystkiego upychać!). Sklecę też chyba kolejny serialowy off-top, bo mam w zanadrzu jeden tytuł, którym chciałabym się z Wami podzielić. Powiem jedno: po kilku pierwszych odcinkach wciaga jak cholera!;)
Buzia dla Was
xoxo
M.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...