Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cienie do powiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cienie do powiek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2013

Makijaż z "Golaską" ;)

Bez obaw, golizny u mnie nie uraczycie ;), ale w obliczu sprzyjających okoliczności przyrody, czyli sporej ilości wolnego czasu i obecności dziennego światła (alleluja!) pokażę Wam, co zmalowałam dzisiaj z pomocą paletki Naked 2.
Całość prezentuje się mega prosto. Mimo całej mojej fascynacji kosmetykami w kwestii makijaży jestem trochę ograniczona, bo zawsze stosuje ten sam schemat: 

- jeden odcień na środek ruchomej powieki (YDK)
- mały twist w postaci dodatkowego koloru w wewnętrznym kąciku (Pistol)
- ciemniejszy odcień w załamaniu (Busted)
- jasny cień w wewnętrznym kąciku i do roztarcia górnej granicy (Verve)
- cielisty mat pod łukiem brwiowym jakich wiele (Foxy)
- eyeliner w żelu wzdłuż górnej linii rzęs (Catrice It`s Mambo Nr. 2)
- na dolnej powiece powtórka z rozrywki nałożona na kredkę (UD Bourbon)
- jedna warstwa tuszu do rzęs (MaxFactor 2000 Calorie)


Czy już wspominałam, jak bardzo uwielbiam tę paletkę? Pewnie jakiś tryliard razy i na razie zdania nie zmieniam! Wspomnę jeszcze tylko, że na buzi mam meteoryty, a zdjęcia nie były retuszowane. Widzicie ten aksamitny woal? Ja tam widzę :P




niedziela, 20 stycznia 2013

Goło i wesoło, czyli Naked 2 ;)

Wszyscy mają Naked 2, mam i ja! :D

Uległam... Tyle się naczytałam, tyle naoglądałam, że kolejny hype dopadł mnie w swoje macki i kupiłam, w ramach prezentu urodzinowego ode mnie dla siebie ;))). Trochę bolało, kiedy z konta spłynęło mi jakieś 170 zł (normalnie paletka kosztuje 189 zł, z kartą Sephora miałam jednak 10% zniżki), ale muszę powiedzieć, że po jakimś tygodniu bardzo intensywnego używania nie żałuję ani trochę - paletka jest REWELACYJNA!


W metalowym opakowaniu mieści się 12 naturalnych odcieni, zarówno perłowych jak i matowych, w ciepłej i chłodnej tonacji, przy pomocy których możemy wyczarować zarówno dzienny, niemalże niewidoczny makijaż, jak i wieczorowego "smoka". W kasetce zamknięty jest również dwustronny pędzelek, a do całego zestawu dołączono miniaturowy błyszczyk.


Wszystkie cienie są naprawdę fantastycznej jakości, mają dobrą pigmentację, nie osypują się przy aplikacji (no może poza jednym wyjątkiem) i, co mnie najbardziej cieszy, z każdego jestem w stanie zrobić użytek na oku.
Foxy to matowy beż o nieco słabszej pigmentacji, ale świetnie nadaje się do rozcierania, wewnętrznego kącika, czy pod łuk brwiowy.
Half Baked to ciepły, złoty brąz o wykończeniu frost.
Bootycall to chłodny, delikatny róż o satynowym wykończeniu, który pięknie rozświetla wewnętrzny kącik oka, ale sprawdzi się również jako cień na całą powiekę. Jeden z moich ulubieńców!
Chopper to ciepły brąz wpadający w miedź o wykończeniu frost.
Tease to matowy brąz z gatunku tych brudnych, mających w sobie kapkę różu.
Snakebite to ciemny brąz o raczej chłodnej bazie i złotych refleksach, ma świetną pigmentację i rewelacyjnie się nakłada.
Suspect to jasny, szampański brąz o metalicznym połysku. Piękny!
Pistol to szarość z domieszką brązu o raczej satynowym niż frostowym wykończeniu. Także miodzio!
Verve to mieszanka beżu, szarości i różu o wykończeniu frost. Bardzo ciekawy odcień!
YDK to brąz podbity różem, przypomina mi czerwone złoto, wykończenie frost. Jedyny odcień, który dość mocno osypuje się podczas aplikacji.
Busted głęboki, chłodny brąz o satynowym wykończeniu. Również jeden z moich ulubieńców.
Blackout to matowa, dość intensywna czerń.

Praca z tymi cieniami to prawdziwa przyjemność. Do tej pory unikałam matowych cieni większości znanych marek, bo stworzenie nimi estetycznie wyglądającego makijażu na moich powiekach graniczyło z cudem. Tutaj maty są idealnie zmielone, nie tworzą plam podczas aplikacji i nie znikają podczas rozcierania. Satynowe i perłowe cienie to prawdziwa bajka! Na pędzel nakładają się jak masełko i tak samo suną po powiece. Chwilowo wszystkie moje MACzki i inne malowidła do powiek poszły w odstawkę. Paletka jest w zasadzie samowystarczalna.

Dołączony do zestawu pędzelek też sprawdza się całkiem nieźle. Mamy końcówkę typową do nakładania cieni oraz drugą do blendowania, całość wykonana jest ze syntetycznego włosia. Wiele osób narzekało, że jest ono twarde i drażni powieki, ja jednak nie odczuwam żadnego dyskomfortu, choć muszę przyznać, że nie przepadam za takimi dwustronnymi rozwiązaniami.


Najsłabszym ogniwem paletki jest w moim odczuciu błyszczyk w odcieniu Naked. Jest to delikatny, neutralny róż z drobinkami. Błyszczyk zamknięty jest w miękkie opakowanie z gumowym aplikatorem, co uważam za pomysł całkiem zmyślny, nie odpowiada mi jednak jego miętowy smak, który dość wyczuwalnie mrowi usta. W jego miejscu widziałabym chętniej słynną już bazę pod cienie UD Primer Potion lub minikredkę do powiek.


Uwielbiam tę paletkę! Po długiej przerwie znowu mam ochotę czarować coś więcej na powiekach, a nie tylko machać jednym cieniem po całości ;). Bardzo, ale to baaaardzo bym chciała, żeby UD wreszcie na stałe zawitało do Polski. Pani z Sephory nie potrafiła mi jednak odpowiedzieć na pytanie, czy pojawienie się paletek zapowiada wkroczenie marki na nasz rynek. Śmiem w to wątpić, a szkoda... Myślę, że niejedno kosmetyczne serce zabiłoby szybciej. Mam rację? ;D  


P.S. Jeśli jesteście spragnione większej ilości zdjęć, zwłaszcza swatchy, zajrzyjcie tutaj. Temptalia wszystko pięknie obfociła :).



poniedziałek, 15 października 2012

Wrocławskie zdobycze

W ten weekend miałam przyjemność odwiedzić dom rodzinny, a jak już jestem u rodziców to niemalże obowiązkowym punktem programu jest wyprawa na małe zakupy do Wrocławia, a skoro Wrocław, to oczywiście Magnolia, a jak Magnolia, to nie może się obyć bez zahaczenia o MAC, a skoro MAC to do koszyka musi wpaść jakiś cień... I tak też się stało ;).


Wykończyłam Patinę, a że jest to moim zdaniem idealny odcień na jesień, uzupełniłam zbiory. Przy okazji uzbierało mi się 6 opakowań po innych MACzkach, więc mogłam wybrać sobie szminkę. Już dawno miałam ochotę na jakąś czerwień, bo postanowiłam oswoić się z tym kolorem na moich ustach i ostatecznie padło na odcień On hold.


Patina to naprawdę przepiękny odcień, jeden z moich ulubionych. MAC opisuje go jako brązowy taupe ze złotą perłą. Ja osobiście dostrzegam w nim dodatkowo lekko różową poświatę. Wykończenie to Frost, ale efekt bling bling jest dość subtelny. Zdecydowany "muszęmieć", szczególnie na tę porę roku.


Czerwone szminki uwielbiam, ale głównie podziwiać, nieco mniej nosić. Skoro jednak ta pomadka nie kosztowała mnie ani złotówki, postanowiłam wybrać kolor, którego normalnie pewnie bym nie kupiła, zwłaszcza za regularną cenę. Ryzyk-fizyk, jak to się mówi. On hold to wg producenta średnia malina o żółtych podtonach, na moich ustach to jednak zdecydowanie czerwień, nieco przygaszona, ale jednak czerwień. Szminka ma wykończenie Cremesheen, stopień jej krycia można swobodnie kontrolować, od lekkiej maliny, po kryjącą czerwień. Jej barwa w dużej mierze zależeć będzie od naturalnego koloru ust.

Przy okazji zahaczyłam jeszcze o stoisko Bell i capnęłam dwa pojedyncze matowe cienie: 145 i 147. Pierwszy to cielisty beż, drugi to chłodny brąz, który z powodzeniem można by określić jako taupe. Maty zazwyczaj są trudne we współpracy, nierzadko bywają kredowe, te cienie uwielbiam natomiast za ich aksamitność, stopień krycia i niską ceną (8,40 zł za jeden cień).


Dzisiaj mam wolne, więc pewnie zmaluje coś przy pomocy tego zestawu. Jeżeli efekty będą zadowalające, pewnie się Wam pochwalę ;).



poniedziałek, 31 października 2011

Upominek

W ramach współpracy z firmą Sigma otrzymałam ostatnio drobny upominek. Dawno nic mnie tak nie zauroczyło. Sigma, która słynie przede wszystkich ze swoich do złudzenia przypominających MACowe pędzli, wykazała się prawdziwą dbałością o cieszące oko szczegóły. Zobaczcie same...


Upominek, choć skromny, był przepięknie zapakowany, ulotki kolorowe, przyciągające wzrok, przewiązane różową wstążką, pędzel zapakowany w turkusowy woreczek i plastikową osłonkę, do tego odręcznie napisana kartka zaadresowana do odbiorcy. Mimo że podobne paczki dostaje z pewnością mnóstwo dziewczyn, poczułam się wyjątkowo.

W paczce znalazłam m. in. pędzel z syntetycznego włosia F80 Flat Top Kabuki (cena: 16$). Ucieszyłam się bardzo, bo pędzla tego typu do tej pory w swojej kolekcji nie miałam. Jest to narzędzie idealne do nakładania płynnego, kremowego lub sypkiego podkładu. Flat Kabuki pozwala zaaplikować produkt równomiernie, bez smug, zapewniając dobre krycie oraz efekt "airbrush". Pędzel jest bardzo solidny, włosie jest gęste, nie wypada ani podczas aplikacji, ani podczas mycia. Swego czasu o pędzlach Sigma krążyły różne opinie. Po pewnym okresie zachwytu, zaczęto narzekać przede wszystkim na ich jakość i trwałość. Flat Kabuki to jednak nie jedyny pędzel tej marki, który posiadam. Od dwóch lat każdego dnia używam przeróżnych pędzli z dużego zestawu i jestem bardzo zadowolona. Pędzle w dalszym ciągu są niemalże jak nowe, w każdym calu warte swojej ceny.

Jak już wspomniałam, Sigma wykazuje niezwykłą dbałość o szczegóły. Przyjrzycie się wygrawerowanemu na skuwce logo firmy oraz solidnej, czarnej rączce. Urzeka mnie taka precyzja wykonania! Lubię, kiedy produkt jest nie tylko funkcjonalny, ale również najzwyklej w świecie ładny ;).

Drugim upominkiem, który znalazłam w paczce, była paletka cieni do powiek Dare, Bare, Flare, w której znalazły się trzy odcienie: Reveal, Act i Oversee. Cienie Sigma to dla mnie kompletna nowość, nigdy wcześniej nie miałam okazji ich testować, słyszałam na ich temat natomiast mało pochlebne opinie, m. in. że są bardzo błyszczące i lubią się osypywać. 


Mimo wszystko produkt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Najwyraźniej firma w ostatnim czasie zmieniła formułę promowanej przez siebie kolorówki. Cienie mają piękne kolory o satynowym wykończeniu, są idealnie napigmentowane i bardzo dobrze się rozcierają. Jestem naprawdę pod wrażeniem! Tak prezentują się poszczególne odcienie:
Od góry: Reveal, Act, Oversee
Oferta na oficjalnej stronie Sigma Makeup jest chwilowo bardzo bogata. Nie miałam pojęcia, jak bardzo w ostatnim czasie marka powiększyła swój asortyment. Chętnie przygarnęłabym jeszcze kilka cudeniek... Może Mikołaj mi coś przyniesie ;))).
 
P.S. Ambasadorką marki może zostać w zasadzie każda blogerka (aczkolwiek nie wiem, czy każdy, kto dołącza do programu, otrzymuje upominek). Odpowiednie informacje znajdziecie na stronie Sigma Makeup. 

piątek, 23 września 2011

Pakuję się!

Cicho tutaj ostatnio, ale ma to swój powód. Ostatnie tygodnie żyłam wyłącznie myślą o urlopie i oto wreszcie naszedł!!! Dzisiaj pakuję walizki, a jutro wyjeżdżam na moje pierwsze od x lat wakacje z prawdziwego zdarzenia :))). Mam zamiar wylegiwać się na leżaku i bimbać, ile wlezie ;))). Zanim jednak opuszczę Was na tydzień i oddam się błogiemu lenistwu, chciałam Wam pokazać kilka kosmetyków, które będą mi towarzyszyć podczas wyjazdu. Kosmetyczkę staram się ograniczyć do minimum, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała na urlop kilku produktów kolorowych ;).


Do twarzy zabieram wysoki filtr. Zdecydowałam się na barwiony Anthelios SPF 50 z La Roche-Posay. Myślę, że taki pseudo-podkład to fajny pomysł, daje delikatne krycie, wyrównuje koloryt i jednocześnie chroni przed słońcem. W razie gdyby potrzebne było mi silniejsze krycie, zabieram również krem BB Lioele Triple Solution, który nie jest zbyt ciężki, a jednocześnie bardzo dobrze kryje, ma również SPF 30, co na słoneczne dni czyni go niemal idealnym. Do utrwalenia filtra i podkładu zabieram puder Vichy Dermablend. Jest to chwilowo mój ulubiony puder fiksujący, właśnie rozpoczynam drugie opakowanie. Jest lekki, bezbarwny i całkiem nieźle matuje.


Makijaż oka planuję raczej skromny. Na wakacjach podstawę stanowią dla mnie kosmetyki wodoodporne, które nie spływają z twarzy przy wizycie w morzu czy basenie. Zabieram ze sobą więc zestaw minimalistki: wodoodporną maskarę Max Factor False Lash Effect, o której pisałam tutaj, wodoodporny cień w kremie, czyli Paint Pot z MAC w odcieniu Rubenesque oraz kilka konturówek do oczu: brązową Coffee, ciemnozieloną Tealo, oliwkowozieloną Forever Green (wszystkie z MAC) oraz turkusową kredkę nr 43 z Inglota. Spośród wszystkich jedynie Tealo i Forever Green są wodoodporne (rodzaj kredki to Power Point).

Do policzków zabieram dwa róże. Pierwszy z nich to Sheertone Blush w odcieniu Tenderling, drugi zaś to Sheertone Shimmer Blush w kolorze Peachykeen (obydwa z MAC). Tenderling to bardzo delikatny, matowy odcień brzoskwini. Na policzkach jest niemalże niewidoczny, ale sprawia, że twarz wygląda na zdrową i wypoczętą. Peachykeen to piękny odcień różu ze złotymi drobinkami, które cudownie mienią się w słońcu i czynią twarz trójwymiarową. Kolor ten będzie się świetnie prezentował na opalonej skórze :))).

Nie obędzie się również bez balsamu do ust. Mój wybór padł na EOS, o którym pisałam tutaj. Kosmetyk ma bardzo wakacyjny zapach, jest bezbarwny i dobrze nawilża, ze względu na kształt trudno go również zgubić ;). Na paznokciach będzie zaś gościć róż i miętą. Zabieram ze sobą tylko dwa odcienie: pierwszy to Party in My Cabana z OPI, który prezentowałam tutaj, drugi zaś to Peppermint z Rimmel, któremu bliżej możecie się przyjrzeć tutaj. Są to typowo plażowe kolory, które po prostu uwielbiam.

Oczywiście planuję wziąć ze sobą również kosmetyki pielęgnacyjne, balsam z SPF do całego ciała (prawdopodobnie mój wybór padnie tutaj na Ziaję), tradycyjny balsam nawilżający do stosowania po kąpieli i w razie poparzeń skóry (Cetaphil), oprócz tego oczywiście standardowe kosmetyki do demakijażu (dwufazowa Ziaja, żel do mycia twarzy Floslek, płyn micelarny Bourjois), oraz pewnie jakiś krem do twarzy (najprawdopodobniej również Floslek). 

Niby zestaw minimalistki, a jednak się trochę tego uzbierało. No cóż, mam nadzieję, że zmieszczę się w dopuszczalnym limicie bagażu ;))). Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i do usłyszenia za tydzień!

źródło: wiadomości24.pl

sobota, 23 lipca 2011

Jade`s Fortune

Nie byłabym sobą, gdybym podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie nie weszła do salonu MAC. Koniecznie na własne oczy chciałam zobaczyć letnią kolekcję mineralną. Dużo nowych produktów, ciekawe zestawienia kolorystyczne, ale oczywiście, jak można się domyślić, najciekawsze kąski już dawno były wyprzedane. Mimo to w oko wpadł mi jeden cień: Jade`s Fortune o przepięknym zielono-żółto-niebiesko-czarnych nitkach, które w połączeniu ze sobą dają bliżej niezidentyfikowany odcień o szarawo-niebieskawej bazie z zieloną poświatą i delikatnymi różowo-niebieskimi mikrodrobinkami ;))). Opis dość skomplikowany, ale na taki właśnie ów cień zasługuje, gdyż bez wątpienia jest nietuzinkowy. Zresztą zobaczcie same :))).
Jak się pewnie domyślacie, zdjęcie nie oddaje prawdziwego uroku tego odcienia. Choćbym się dwoiła i troiła, aparat nie jest w stanie uchwycić zmieniającego się jak kameleon koloru i migoczących w słońcu drobinek. Nie jest to może jakiś niesamowity "muszęmieć", ale wizualnie zarówno w pudełeczku i na oku cieszy wzrok. Poniżej makijaż z jego użyciem. Jade`s Fortune był jedynym cieniem, który wykorzystałam do jego wykonania.
I co sądzicie? Hot or Not? ;)))

niedziela, 3 lipca 2011

Wszyscy mają Sleek, mam i ja! :D

Uległam! Całymi miesiącami opierałam się urokowi paletek Sleek, bo jakoś żadna nigdy nie była w stanie w pełni przekonać mnie do zakupu. A to paletki były trudno dostępne, a to miały za dużo błyszczących cieni, a to nie odpowiadało mi zestawienie kolorów... Opierałam się i opierałam, dopóki na rynek nie weszła limitowanka Oh So Special i dopóki nie zobaczyłam jej na blogu Greatdee (KLIK, jeśli interesują Was swatche). Zachorowałam! Powiedziałam sobie, że muszę ją mieć i czym prędzej popełniłam zakup na allegro (z przesyłką paletka kosztowała mnie ok. 36 zł). Czas podzielić się wrażeniami, zwłaszcza że to limitka i cienie pewnie wkrótce znikną ze sklepowych półek...

Górny rząd od lewej: Bow, Organza, Ribbon, Gift Basket, Glitz, Celebrate; Dolny rząd od lewej: Pamper, Gateau, The Mail, Boxed, Wrapped Up, Noir
O Sleeku krążą różne legendy... A to że cienie błyszczą się niesamowicie, a to że nie wszystkie są dobrze napigmentowane, a to że się strasznie kruszą w opakowaniu, a to że się sypią podczas nakładania. Cieszę się, że mam wreszcie możliwość zrewidowania tych opowieści i... w zasadzie włożenia ich między bajki. Nie wiem, czy to kwestia egzemplarza, ale ja swoją paletką jestem ZACHWYCONA!

W paletce 5 cieni jest perłowych, 6 matowych. Połysk zawarty w odcieniach perłowych jest w sam raz jak na porządne, błyszczące cienie przystało, o efekt kuli dyskotekowej raczej ciężko. Wszystkie cieszą się świetną pigmentacją, dobrze się ze sobą łączą i nie znikają z powieki podczas rozcierania. Cienie są mięciutkie, w dotyku wręcz kremowe, kruszą się odrobinę, ale pod tym względem nie różnią się niczym od cieni z wyższej półki. Podczas nakładania nie zauważyłam również jakiegoś szczególnego osypywania się ponad normę. 

Co mnie zaskoczyło, to rozmiar paletki - nie sądziłam, że paletki Sleek są takie małe! Zapisuję to jednak na plus, bo taki zestaw z dużym lusterkiem idealnie nadaje się na wyjazdy. Uwielbiam również, kiedy cienie mają swoje nazwy, życzyłabym sobie jedynie, by były one umieszczone na opakowaniu, nie zaś na folii, która najczęściej i tak ląduje w koszu. Jeśli mogę mieć jeszcze jakieś "ale", to chciałabym również, by w paletce znalazł się cielisty cień z odrobiną połysku jako urozmaicenie dla matowego rozświetlacza. Poza tym nie mam jej nic do zarzucenia :))).
Moje ulubione odcienie to zdecydowanie cielisty Bow, który obawiam się, że zniknie z prędkością światła, oraz The Mail, który jest pięknym, niezwykle uniwersalnym, biszkoptowym brązem. Wszystkie inne kolory zresztą też prezentują się cudownie! ;)))

Koniec tych "ochów" i "achów", oto makijaż zainspirowany postem niemieckiej blogerki Paddy z Innen&Aussen:
Makijaż wykonałam tak:
- Pamper na środkową część ruchomej powieki
- Boxed w zewnętrznym kąciku i załamaniu
- The Mail do roztarcia granic
- Bow pod łukiem brwiowym i w wewnętrznym kąciku
- Wrapped Up jako kreska wzdłuż górnej linii rzęs

Jak Wam się podoba? Czy Was też zdołała już dopaść mania na Sleeka? ;)))

niedziela, 8 maja 2011

Poza kolejnością

Co prawda, pod postem "W fazie testów" żadna z Was nie zażyczyła sobie recenzji produktów marki MAKE-UP STUDIO, ale są to kosmetyki, moim zdaniem, tak godne uwagi, że postanowiłam skrobnąć na ich temat kilka słów poza kolejnością. Mam nadzieję, że nie weźmiecie mi tego za złe ;))).

Dzięki uprzejmości firmy BEAUTY-ART otrzymałam do przetestowania dwa produkty holenderskiej marki MAKE-UP STUDIO: pigment w odcieniu Amethyst oraz Durable Lip Fluid & Gloss.

Przyznam szczerze, że o marce nigdy wcześniej nie słyszałam, tym bardziej więc byłam ciekawa produktów, nie sądząc jednak, że w jakikolwiek sposób zdołają mnie zachwycić czy zauroczyć. Zdziwienie moje było jednak wielkie...

W pierwszej kolejności rozpoczęłam testy produktu do ust. Jak widać na załączonym obrazku, jest to błyszczyk dwustronny: z jednej strony mamy swego rodzaju płynną pomadkę w odcieniu zgaszonego, przykurzonego różu, z drugiej zaś bezbarwny błyszczyk, który ma za zadanie utrwalać kolor i nadawać naszym ustom połysk. W sumie za 50 zł otrzymujemy 6 ml produktu.
Dla mnie ten produkt do ust to prawdziwe objawienie! Pomadkę bardzo łatwo nałożyć na usta, kolor rozprowadza się równomiernie, jest idealnie kryjący, wysycha na pełen mat i co najważniejsze w żadnym wypadku nie przesusza naszych warg. Błyszczyk aplikuje się równie łatwo za pomocą załączonego pędzelka, nie jest szczególnie klejący, ani uciążliwy w noszeniu, nadaje piękny połysk. Nie uwierzycie pewnie, ale kolor utrzymuje się na ustach bez mała 8 h i niestraszne mu jedzenie oraz picie. Owszem, połysk błyszczyka znika dość szybko, ale pomadka pozostaje nienaruszona. Jest to kosmetyk zdecydowanie warty swojej ceny. Jedyne manko to brak jakiegokolwiek oznaczenia koloru na opakowaniu. Pomimo komputerowych swatchy kolorów na stronie internetowej sklepu, za nic nie jestem w stanie zidentyfikować swojego odcienia. Myślę, że będzie to znacznym utrudnieniem podczas ewentualnych zakupów w przyszłości.
Pigment w odcieniu Amethyst początkowo nie wzbudzał we mnie takich emocji jak błyszczyk, co wynika z prostego faktu, że nie jestem wielką fanką cieni w formie proszku. Po prostu są o wiele bardziej skomplikowane w obsłudze niż zwykłe cienie prasowane. Muszę jednak przyznać, że produkt MAKE-UP STUDIO naprawdę przypadł mi do gustu. Za cenę 36 zł otrzymujemy 5 g produktu, co przy zwykłym użytkowaniu wg mnie stanowi zapas na całe życie ;))).
 Pigment jest drobno zmielony, opakowanie wyposażone w sitko pozwala nam wydobyć odpowiednią ilość produktu, sam cień umiejętnie nałożony wcale nie osypuje się podczas aplikacji. Kolor jest dość intensywny, połyskliwy, jest to odcień zimnego brudnego wrzosu z nutką srebra, bardziej odpowiedni do makijażu wieczorowego niż dziennego.
Na zdjęciu w połączeniu z cieniem MAC Satin Taupe oraz eyelinerem essence Berlin rocks
Summa summarum, jestem bardzo wdzięczna, że firma BEAUTY-ART dała mi możliwość przetestowania powyższych produktów, bo pewnie sama nigdy bym ich nie odkryła. Kosmetyki, których stałam się szczęśliwą posiadaczką są naprawdę świetnej jakości i spełniają wszystkie obietnice producenta. Mam chrapkę na kilka innych błyszczyków tej marki. Jedyne, czego bym sobie życzyła, to zdecydowanie lepsze próbniki odcieni na stronie sklepu, bo z aktualnymi to takie trochę kupowanie kota w worku...


Tutaj możecie poczynić zakupy:
http://www.sklep.beautyart.pl/
A czy Wam ta marka była znana już wcześniej? Jeśli tak, to piszcie, co jeszcze powinno trafić do mojej kosmetyczki ;)))).

sobota, 16 kwietnia 2011

Mój pierwszy raz ;)

Wiele z Was sugerowało, abym zamieszczała na blogu makijaże i swatche cieni. Postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i w jednym poście zaprezentować Wam zarówno makijaż, jak i same cienie, których użyłam do jego wykonania. Jak Wam się podoba taki pomysł na posty? Z góry przepraszam za zdjęcia takiej sobie jakości, ale muszę jeszcze popracować nad sztuką robienia tzw. fotek "z ręki" ;).

A tak oto prezentuje się mój makijażowy pierwszy raz na blogu:
Do wykonania użyłam chyba wszystkich fioletowych cieni, jakie mam w swojej kolekcji :D Przyznam się bez bicia, że zazwyczaj przy 99 makijażach na 100 używam cieni MAC. Wśród setek kolorów, które MAC ma w swojej ofercie, znalazłam wreszcie "moje" odcienie, które najbardziej mi odpowiadają i to głównie je wykorzystuję w swoim codziennym makijażu. Ponadto, żadne inne cienie tak jak MAC nie odpowiadają mi pod względem komfortu noszenia. MACowych po prostu nie czuje się na powiece! Swatche prezentują się następująco:

A tak wykonałam makijaż:
1. MAC Trax na środkową część powieki
2. MAC Crystal w wewnętrznym kąciku
3. MAC Star Violet w zewnętrznym kąciku i w załamaniu
4. MAC Naked Lunch w wewnętrznym kąciku i delikatnie wzdłuż linii nosa
5. MAC Sketch do przyciemnienia zewnętrznego kącika (dosłownie odrobinka)
6. MAC Shale do roztarcia granicy pomiędzy Star Violet a cielistym matowym cieniem rozświetlającym łuk brwiowy
7. Kreska MAC fluidline w kolorze Blitz&Glitz
8. Tusz Multi Action z essence

No i co myślicie? :))))

niedziela, 13 marca 2011

Girl Power!

Dziś mam dla Was relację z wczorajszego "eventu" we wrocławskim MAC z okazji wypuszczenia nowej kolekcji limitowanej Wonder Woman. Tydzień temu robiłam zakupy w salonie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zostałam rozpoznana przez jedną z wizażystek :)))). Dzięki temu dowiedziałam się o wydarzeniu, zostałam wpisana do tajemniczego kajetu i zaproszona na imprezę :)))). 
Kolekcja mnie osobiście niczym nie zauroczyła. O ile kartonowe opakowania wyglądają naprawdę ciekawie, o tyle plastikowe czerwono-niebieskie pudełeczka trącą moim zdaniem kiczem. Ich zawartość również jakoś szczególnie mnie nie powaliła. Błyszczyki w szalonych kolorach z aplikatorem wielkości kciuka, pigmenty, których na sobie nigdy bym nie użyła, kolorowe maskary, których na rzęsach w zasadzie nie widać i paletki cieni o średniej pigmentacji i równie średnich zestawieniach kolorystycznych. Jedynym produktem przykuwającym uwagę był potrójny puder Mineralize Skin Finish w odcieniu Pink Power, ale nie był on interesujący na tyle, żeby zapłacić za niego144 zł! Ogólnie rzecz biorąc, pomysł na kolekcję fajny, ale podobnie jak w przypadku disneyowskiej limitki Venomous Villains wykonanie pozostawia raczej uczucie niedosytu.
W przeciwieństwie do kolekcji imprezę mogę natomiast uznać za naprawdę udaną :)))). Panie wizażystki w liczbie czterech, wszystkie jak jeden mąż upodobnione do komiksowej Wonder Woman, chętnie odpowiadały na wszystkie nasze pytania, zdradzając nam kuluary pracy w MAC i wprowadzając nas w techniki MACowego makijażu. Wszelkie produkty można było testować bez ograniczeń i muszę przyznać, że pierwszy raz, będąc w MAC, miałam okazję "pomacać" niemalże każdy kosmetyk z osobna, nie zastanawiając się, czy ktoś się na mnie dziwnie patrzy (znacie to uczucie?;)).

Event był okazją do poznania dwóch YouTubowiczek, mianowicie PannyJoanny i annyant0niny. Cieszę się dziewczyny, że mogłyśmy się spotkać i z tego miejsca serdecznie Was pozdrawiam! :)))

Dziewczyny postanowiły sprawdzić na sobie, w czym tkwi tajemnica mocy Wonder Woman :))). Asia zdecydowała się na makijaż w niebieskich odcieniach przy użyciu paletki Lady Justice.
Ania natomiast postanowiła zaszaleć z ustami i zdecydowała się na soczystą fuksję błyszczyka Athena's Kisses. Ja, jak widać na zdjęciu, pozostałam przy moim własnym makijażu wykonanym w domowym zaciszu, bo czekała mnie droga powrotna do Poznania i nie chciałam wzbudzać sensacji w pociągu ;).
Moją jedyną MACową zdobyczą z tego dnia była szminka, którą dostałam w ramach akcji back2mac (jeśli chcecie poczytać, na czym akcja polega zapraszam tutaj). Zdecydowałam się (jak zwykle;)) na neutralny odcień delikatnego różu o nazwie Hue i wykończeniu Glaze
Dziękuję MAC za zaproszenie na imprezę, dziękuję wizażystkom za miłe przyjęcie, precyzyjne makijaże i zaspokajanie naszej ciekawości. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki "event", na którym miałam przyjemność być :))).

A Wy co sądzicie o kolekcji Wonder Woman i o takiej formie promocji marki?

Ściskam
MizzV

wtorek, 21 grudnia 2010

Buszująca wśród kosmetyków

Lubię odwiedzać tk maxx, nie dlatego że ich asortyment mnie jakoś szczególnie powala, ale dlatego że nigdy nie wiem, co tam wynajdę. Godzinami mogłabym buszować wśród półek z kosmetykami i szukać okazji, którym po prostu nie można się oprzeć. Szczególnie podoba mi się, że nie brakuje tam perełek, które zazwyczaj są nie do zdobycia w Polsce w regularniej sprzedaży. Przy odrobinie szczęścia znajdziecie tam kosmetyki takich firm jak Burt`s Bees, Philosophy, Calvin Klein, Stila i wiele, wiele innych.

Oto, co mi ostatnio udało się wyszukać podczas buszowania wśród półek:
Półki z kosmetykami kolorowymi dosłownie uginały się pod zestawami z produktami amerykańskiej marki Stila. Wszystkie pakowane były po trzy produkty. Najczęściej w skład zestawu wchodziły Tinted Moisturizer, czyli kremy tonujące, cienie do powiek, błyszczyki oraz kredki do oczu. Jako że w tk maxx nie ma możliwości przetestowania poszczególnych produktów na skórze, wybrałam zestaw najbezpieczniejszy, czyli dwa cienie do powiek: mineral matte eyeshadow w kolorze sajama oraz cień niemineralny w kolorze sparkle i kredkę do powiek w odcieniu 02 topaz.
U góry: 02 topaz, na dole: sparkle (brązowe złoto), sajama (przydymiona szarość)
Kosmetyki są bardzo dobrej jakości. Kredka jest niezwykle kremowa i miękka, idealnie nadaje się na linię wodną, rozświetlając nam spojrzenie bez efektu "wytrzeszczu", który uzyskujemy używając do tego celu białej kredki wyglądającej nieco nienaturalnie. Przyznaję się bez bicia, że na zestaw skusiłam się głównie ze względu na ową osławioną konturówkę. Cień sparkle ma wykończenie frost, jest więc dość błyszczący, przy tym jednak niesamowicie napigmentowany i miękki, a mimo to nie osypuje się. Cień mineralny sajama jest nieco bardziej zbity i o zdecydowanie słabszej pigmentacji, ale w przypadku tego typu szarości zapisuję to na plus, gdyż w ten sposób trudno z nim przesadzić.

Kosmetyki Stila, które są dostępne głównie w USA i UK, zaliczają się do produktów raczej górnopółkowych. W regularnej sprzedaży kredki i cienie kosztują 18$. A ile ja zapłaciłam za swoje? W tym wszystkim chyba właśnie cena jest najfajniejsza ;). Za zestaw trzech kosmetyków (bez względu na to, co znajduje się w środku) o wartości 215 zł (jak podaje etykieta na opakowaniu) płacicie 44,90 zł! Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko więcej takich dostaw do tk maxx ;).

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia z tym sklepem? Może wiecie, kiedy szczególnie warto robić tam zakupy? Macie jakieś doświadczenia z kosmetykami Stila? Chętnie poczytam Wasze komentarze :))).

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...