Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kremy BB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kremy BB. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 października 2013

Snail Repair BB, czyli miłości do ślimaków ciag dalszy...

Mikroklimat mojej kosmetyczki zdecydowanie służy koreańskim ślimakom, bo stopniowo ich przybywa :). Ostatni nabytek to Snail Repair Blemish Balm SPF 32/PA++ marki Mizon, czyli nic innego jak krem BB z 45% śluzem ślimaka.

Kiedy czytam opisy typu "Działa przeciwstarzeniowo, rozjaśnia i chroni przed szkodliwym działaniem UV. Polecany do cery wrażliwej, z bliznami, o nierównym kolorycie...", to już wiem, że chcę to mieć i muszę to wypróbować na sobie, a że Mizon jest w zasadzie prowodyrem, jeśli chodzi o tego typu produkty, naprawdę nie trzeba mnie namawiać dwa razy.


Tubka kremu o niemałej pojemności 50 ml (cena: 74 zł) zamknięta jest dodatkowo w kartoniku o analogicznej szacie graficznej, dodatkowo zabezpieczonym hologramem z logo marki. Na odwrocie polski dystrybutor umieścił naklejkę z informacją o właściwościach kosmetyku, dzięki czemu nie musimy rozszyfrowywać tajemniczych krzaczków.



A co kryje sama tubka? Krem jest dość gęsty, zwarty, wystarczy odrobina do pokrycia całej twarzy. Mimo że produkt wydaje się dość treściwy, ładnie stapia się ze skórą, wtapiając się w nią do tego stopnia, że puder to raczej dodatkowa opcja służąca utrwaleniu, nie zaś konieczność. Biorąc pod uwagę, że moja skóra po kilku godzinach lubi się tu i ówdzie świecić, jest to nie lada wyczyn, zwłaszcza że cera pozostaje przy tym przyjemnie nawilżona i sprężysta. Na plus zaliczam również obecność całkiem wysokiego filtra oraz brak parabenów w składzie.


Krem nadzwyczaj dobrze tuszuje niedoskonałości, nie tworząc jednocześnie grubej powłoki na skórze, jak to mają w zwyczaju kryjące podkłady. Jego odcień jest niezwykle jasny, co można postrzegać zarówno jako zaletę jak i wadę. Królewny Śnieżki powinny być wniebowzięte, bo jasną cerę produkt uczyni wręcz alabastrową. Osoby o ciemniejszej karnacji poczują się raczej rozczarowane, jako że krem występuje tylko w jednej wersji kolorystycznej.


Nie przerażajcie się zdjęciami. Moja dłoń jest tutaj dość opalona, ponieważ fotki cykałam ponad miesiąc temu bezpośrednio po powrocie z urlopu. Teraz gdy opalenizna na twarzy już zeszła, z powodzeniem mogę go stosować. Mimo że przy pierwszym wrażeniu może wydawać się za jasny, po wykonaniu pełnego makijażu wszystko ze sobą harmonizuje, a skóra sprawia wrażenie rozświetlonej i promienistej.


Bardzo polubiłam się z tym kremem i myślę, że na jednej tubce się nie skończy, zwłaszcza że idzie zima i skóra pewnie stanie się jeszcze bledsza.

Co sądzicie?  




wtorek, 20 sierpnia 2013

Koreański ślimak

Ślimaczych testów ciąg dalszy. Przy okazji internetowych zakupów skusiłam się na żel-krem do twarzy z zawartością śluzu ślimaka sławnej już koreańskiej marki Mizon, głównie wiedziona ciekawością, czy mazidło rodem z Azji sprawdzi się lepiej niż polski "odpowiednik", o którym pisałam jakiś czas temu.



Tradycyjnie już w przypadku tego typu produktów producent obiecuje nam silne właściwości przeciwstarzeniowe, rozjaśniające i łagodzące przy jednoczesnym braku braku substancji zapachowych, barwiących i parabenów:

Mucyny, obecne w ślimaczym śluzie, pomagają skórze leczyć uszkodzenia i nadają jej gładkość. Kwas hialuronowy oraz ekstrakt brzozowy dbają o odpowiednie nawodnienie skóry. Zawiera ekstrakty z wąkrotki, portulaki i zielonej herbaty skuteczne w pielęgnacji cery problematycznej oraz działające łagodząco. Dzięki zawartości adenozyny, peptydów i kompleksu witamin działa przeciwstarzeniowo. Pantenol i allantoina zapewniają skórze sprężystość i elastyczność. 

Już samo opakowanie łechcze moje poczucie estetyki: różowa tubka z sympatyczną grafiką zamknięta w kartoniku tego samego koloru zabezpieczonym hologramem z logo firmy. Uwielbiam dbałość o takie detale.



Sam krem ma postać lekkiego, półprzezroczystego żelu, który pozbawiony jest jakiegokolwiek zapachu, a nałożony - dzięki swojej konsystencji - wchłania się błyskawicznie. W obliczu jeszcze nie tak dawnych upałów jest to świetna alternatywa dla cięższych kremów, które lubią pozostawiać lepką warstewkę na skórze lub wręcz przy żarze lejącym się z nieba po rzekomym wchłonięciu się powracać na jej powierzchnię. Biorąc pod uwagę lekką formułę, krem nawilża przyzwoicie, pozostawia skórę delikatnie napiętą i sprężystą.

Nie da się ukryć, że oczekiwałam również spektakularnych efektów w kwestii rozjaśnienia przebarwień i redukcji blizn, ale tu póki co wielkich zmian nie dostrzegam. Z doświadczenia wiem jednak, że jest to proces długotrwały i wymagający cierpliwości, więc mam nadzieję, że wszystko jeszcze przede mną.


Summa summarum, Mizon Snail Recovery Gel oceniam jak najbardziej in plus, również pod względem ceny. Za tubkę o pojemności 45 ml aktualnie w sklepie internetowym Asian Store musimy zapłacić 33,60 zł, co uważam za kwotę przwyzwoitą i nieszczególnie wygórowaną.


Na tym jednak moja przygoda za ślimakami się nie kończy. Aktualnie oczekuję na ślimaczego bebika od Mizon. W końcu co dwa ślimaki, to nie jeden ;)

sobota, 22 czerwca 2013

Jak piernik do wiatraka...

Odnoszę wrażenie, że ostatnio każda szanująca się firma kosmetyczna za punkt honoru stawia sobie posiadanie w swojej ofercie kremu BB, względnie kosmetyku, który rzeczony krem BB ma imitować. Podobnie jest w przypadku marki The Body Shop, która niedawno wypuściła na rynek produkt o nazwie Vitamin E Cool BB Cream. Celowo używam określenia "produkt o nazwie", bo kosmetyk, który swoim logo sygnuje TBS ma się do kremu BB jak piernik do wiatraka.



Zacznijmy od tego, czego możemy spodziewać się po prawdziwym kremie BB:

- uniwersalny odcień dopasowujący się do każdego typu karnacji
- wyrównanie kolorytu skóry
- optyczne tuszowanie niedoskonałości przy jednoczesnym lekkim kryciu
- wysoki filtr przeciwsłoneczny
- właściwości pielęgnacyjne

Przejdźmy do tego, czym cechuje się Cool BB Cream:

- ciemny odcień, który robi ze mnie mulatkę i kompletnie nie stapia się ze skórą
- krycie jest tak słabe, że nawet o wyrównaniu kolorytu skóry nie może być mowy
- ciemny odcień jeszcze bardziej podkreśla niedoskonałości
- ochrony przeciwsłonecznej brak
- właściwości pielęgnacyjnych nie dostrzegam


Podsumowując, rozczarowanie na całej linii, co stwierdzam z dużą przykrością. Może nie spodziewałam się, że będzie to kosmetyk na miarę azjatyckich kremów BB, ale liczyłam, że zyskam w swojej kosmetyczce solidny krem tonujący na upalne dni. Nic bardziej mylnego. W moim przypadku krem okazał się totalną porażką. Samo zaś określenie BB w stosunku do tego produktu uważam za pomyłkę.

A jakie są Wasze doświadczenia z imitacjami BB znanych marek? 




sobota, 5 stycznia 2013

BeBik

Kremy BB już od dłuższego czasu stanowią integralną część mojej makijażowej rutyny. Mimo że zasadniczo znalazłam już ideał (>>>Lioele Dollish Veil Vita<<<), to w dalszym ciągu chętnie testuję nowinki, ewentualnie kremy mi nieznane. Taką nowinką dla mnie jest Super Cell Energy Blemish Balm marki L`arcobaleno, który ostatnio mam przyjemność wypróbowywać. 

Krem zainteresował mnie przede wszystkim swoim składem:


C-Med-100 - ekstrakt z czepoty puszystej - wzmaga procesy naprawcze komórek
Palmitoyl Pentapeptide - analog botoksu, zapewnia wygładzenie skóry
Ekstrakt ze śluzu ślimaka - właściwości rozjaśniające i przeciwzmarszczkowe
Ekstrakt z morwy - działanie rozjaśniające


Wg producenta:


Nawilżająco-odżywczy krem BB. Łączy w sobie działanie naturalnych składników roślin i śluzu ślimaka wraz z aktywnymi składnikami dermatologicznymi EGF (epidermal growth factors, czyli czynniki wzrostu skóry). Tworzy naturalną barierę na skórze, chroniąc komórki przed uszkodzeniami i niekorzystnymi czynnikami środowiska. Maskuje niedoskonałości, pozostawiając gładką rozświetloną skórę. Długotrwale matuje cerę ,zmniejszając pory i wyrównując koloryt skóry. Nie powoduje podrażnień, jest hypoalergiczny.


Już samo opakowanie kremu budzi moje spore zaufanie, co wynika zapewne z umieszczonych na tubce aptekarskich i lekarskich atrybutów, a jak dodatkowo coś jest wygładzające i rozjaśniające, to muszę tego spróbować. Oczekiwania miałam całkiem spore: wyrównanie kolorytu, dobra trwałość, no i obiecane wygładzenie oraz rozjaśnienie. 
Początki były jednak dość trudne. Krem podczas nakładania, jak gdyby ślizgał się po twarzy i o trwałości w ogóle nie mogło być mowy - ścierał się w try miga. Pomimo jego kojącego wpływu na cerę, bo trzeba przyznać że naprawdę fajnie nawilża i faktycznie poprawia ogólny stan skóry, używanie nie należało do najprzyjemniejszych.
Znalazłam na niego jednak pewien sposób. Jakiś czas temu pisałam o Lioele Secret Pore HD Powder, który w roli pudru nieszczególnie się u mnie sprawdził, wyczytałam gdzieś jednak, że można go stosować również pod makijaż jako bazę i tak też zrobiłam. Okazało się to strzałem w 10! Buzia zmatowiona uprzednio pudrem, po nałożeniu Super Cell Energy BB L`arcobaleno wygląda idealnie naturalnie, a mat, który w żadnym wypadku nie jest płaski, utrzymuje się dobre kilka godzin. 


Niesamowicie odpowiada mi to połączenie, czego jednak nie mogę powiedzieć o cenie. Za 80 ml kosmetyku musimy zapłacić ok. 180 zł, za puder ok. 90 zł, co duet ten czyni dość luksusowym. Trzeba jednak przyznać, że oba kosmetyki są bardzo wydajne i razem zadziwiająco skuteczne, może więc jednak warto porwać się na taką inwestycję...

A Wy znacie tę markę?

PS. Produkt ten został mi nieodpłatnie przesłany do recenzji przez sklep myasia.pl. Fakt ten nie miał żadnego wpływu na zamieszczony tutaj tekst.      





niedziela, 25 marca 2012

Love, love, love

Jakiś czas temu pisałam, że przy okazji jednego z zamówień w Asian Store dostałam próbkę Lioele Dollish Veil Vita BB (cena: 79 zł, 30 ml), która narobiła mi chrapkę na więcej. Bałam się rozczarowania, bo wiadomo, z próbkami różnie bywa, ale nie, stało się, znalazłam mój "numero uno" w dziedzinie BB!!!


Dollish to krem 2w1. Może stanowić bazę pod makijaż, można go również stosować samodzielnie w roli kremu BB. Jego główna funkcja to wyrównanie kolorytu skóry. Występuje w dwóch wersjach: zielonej mającej na celu tuszowanie zaczerwienień oraz fioletowej, która koryguje żółte przebarwienia i zasinienia. Krem dzięki zawartości mikrokapsułek daje bardziej naturalny efekt, dostosowuje się do odcienia cery, dzięki zawartości witamin (A, B5, C, E, F, H) odżywia skórę i nawilża bez uczucia tłustości.

Pod zapewnieniami producenta podpisuję się rękami i nogami. Mimo że krem mam stosunkowo krótko kocham go miłością szczerą. Za co?

1. Opakowanie. Jest miłe dla oka, solidne, ma rewelacyjną pompkę, która pracuje naprawdę bez zarzutu i zawsze wydobywa tyle produktu, ile akurat potrzebuję.


2. Odcień. Moja wersja Dollish jest w odcieniu Gorgeous Purple i faktycznie krem po wydobyciu z opakowania ma liliowy kolor, który stopniowo uwalnia pigment, kiedy wcieramy go w skórę. Kolor idealnie dostosowuje się do kolorytu mojej cery, ale UWAGA został stworzony raczej z myślą o bladolicych.

3. Właściwości. Krem wspaniale wyrównuje koloryt twarzy, ukrywa wszelkie przebarwienia, zasinienia, sprawia, że skóra staje się rozświetlona i promienna jak nigdy, przy jednoczesnym zachowaniu jej naturalnego wyglądu. UWAGA jednak, krycie nie jest spektakularne i w razie większych niespodzianek trzeba dopomóc sobie korektorem.


4. Komfort noszenia. Dollish idealnie zlewa się z moją cerą, nie sposób chyba wyrządzić nim sobie krzywdę. Skóra po zastosowaniu jest wyraźnie rozluźniona i nawilżona. Mimo iż na mojej buzi po kilku godzinach pojawia się błysk, krem trzyma się dzielnie w miejscu przez cały dzień. W razie błyszczenia warto wspomóc się bibułkami matującymi (o których wkrótce :)) i po sprawie.

Dolllish z pewnością nie jest kremem pozbawionym wad, można mu zarzucić słabe krycie i krótką trwałość, ale ja ten BB po prostu UWIELBIAM i wiem, że od tej chwili będę sięgać tylko po niego. Już dawno nie wyglądałam i nie czułam się tak dobrze z jakimkolwiek "podkładem" na twarzy. Jak dla mnie to prawdziwy strzał w 10, Święty Graal i co tylko jeszcze :). 

Narobiłam Wam chętkę? ;)))

Nad jakością niniejszego posta i poprawnością ortograficzną czuwała: redaktor naczelna Luna ;)))



czwartek, 15 marca 2012

Jes(t)! ;)))

Ha! Wreszcie odebrałam upragnioną paczuszkę z długo wyczekiwanym BB kremem Lioele Dollish, który ostatnio tak mnie zachwycił (przesyłka jako taka dotarła do mnie w raptem dwa dni, długo czekałam jedynie aż ustabilizuje się zasobność mojego portfela ;)). Mam nadzieję, że nie okaże się, że próbka tylko na chwilę zamydliła mi oczy. Co jest w tym kremie szczególnego? Ano to chociażby, że jest fioletowy :D. Na kompleksową recenzję będziecie musiały jednak trochę jeszcze poczekać ;).

Co by krem w paczce nie czuł się zbyt samotnie, do koszyka dorzuciłam bibułki matujące Lioele. Zaciekawiła mnie przede wszystkim forma rozwijanej rolki, no i ogólnie dużo dobrego nasłuchałam się o bibułkach rodem z Azji. Poużywamy, zobaczymy...


Otwierając paczkę w pierwszej kolejności zaczęłam się rozglądać za jakąś ciekawą próbką i nie zawiodłam się :D. Do zamówienia dorzucono saszetkę wygładzającej bazy pod makijaż Lioele Secret Pore Rich Balm. Przetestuję z największą chęcią. Obawiam się tylko, że skończy się na zakupie pełnowymiarowego opakowania, damn it! ;)

 Zamówienie popełniłam na asianstore.pl. Ciekawe recenzji? :)))



P.S. Zdjęcia przymglone, bo rozmarzyłam się pod wpływem takiej dawki różu ;))).

sobota, 10 marca 2012

Czyżby BuBel?

Podczas dnia darmowej wysyłki, a więc daaaawno, daaaawno temu, skusiłam się na krem BB Missha M Vita Matte (20 ml, cena: 48 zł). Wg producenta jest to produkt o kompleksowym działaniu: poprawia strukturę skóry, kryje niedoskonałości, nawilża, reguluje wydzielanie sebum, delikatnie matuję cerę. Normalnie cud, miód i orzeszki w tubce, lek na całe zło, i w ogóle, i w ogóle ;))).


Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że spośród wszystkich BB kremów, które testowałam do tej pory, ten wypada może nie najsłabiej, ale na pewno bardzo słabo. Wiele obietnic producenta niestety nie znajduje pokrycia w rzeczywistości. Krycie niedoskonałości? Forget it! Krem ledwo co wyrównuje koloryt skóry i osób z zapotrzebowaniem na większe krycie na pewno nie zadowoli. Matowienie cery? Never! Nawet o delikatnym macie nie ma tu mowy, skóra po nałożeniu kremu zwyczajnie się świeci. Regulacja wydzielania sebum? Hell no! Moja sowicie przypudrowana skóra zaczyna się błyszczeć i kleić po kilkudziesięciu minutach od nałożenia kosmetyku.


Jedyne, co mogę potwierdzić, to solidne nawilżenie oraz poprawa struktury skóry. Już dawno zauważyłam, że w chwilach kryzysowych, kiedy stan mojej cery gwałtownie się pogarsza np. pod wpływem niezbyt trafionego podkładu, kremy BB działają na nią jak opatrunek i za to je uwielbiam. Temu egzemplarzowi jednak już raczej podziękuję ;).

W sekrecie powiem Wam, że mam na oku jeden, śmiem stwierdzić bardzo nietypowy BB kremik. Podczas ostatniego zamówienia z Asian Store w ręce wpadła mi jego próbka i zdecydowanie rozbudziła ochotę na więcej. O szczegółach mam nadzieję dowiecie się już wkrótce :))).



środa, 4 stycznia 2012

Kosmetyczne objawienie 2011

Witam w Nowym Roku! Mam nadzieję, że Sylwester minął Wam na szampańskiej zabawie. Dla mnie bez wątpienia był to wieczór magiczny, mimo iż nie spędziłam go na sali balowej, a w niemalże kompletnie nieumeblowanych, ale za to własnych czterech ścianach, z jednym towarzyszem przy szklaneczce Martini z "Seksmisją" w tle. Co tu dużo mówić: było super! :D

Wolnego czasu brakuje mi aktualnie na każdym kroku, chwile wolne od pracy spędzam głównie w budowlanych marketach lub na oswajaniu terenu, czyli sprzątaniu czterech kątów. Obawiam się, że tak będzie wyglądał mój cały 2012. No cóż, w końcu nie od razu Kraków zbudowano ;))).

W tym całym feworze naszło mnie dzisiaj natchnienie, by napisać posta podsumowującego moje kosmetyczne odkrycia 2011. Lista będzie krótka, bo tak naprawdę jedyny produkt, bądź też grupa produktów, które zrewolucjonizowały moją makijażową historię, to kremy BB wszelkiej maści.

Oczywiście pisałam o nich już wcześniej. O konkretnych markach możecie poczytać pod etykietą "kremy BB" TUTAJ.
Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że jest to kosmetyk, który odmienił moją makijażową rutynę. To, co w nim cenie, to przede wszystkim dobre krycie przy jednoczesnym zachowaniu naturalnego wyglądu skóry oraz łatwość w dopasowaniu odcienia do kolorytu cery. Z trwałością bywa różnie w zależności od kremu, ale w wypadku BB nawet drobny błysk na czole czy brodzie wygląda naturalnie. Polecam wszystkim: zarówno mającym wiele do ukrycia jak i chcącym jedynie wyrównać koloryt skóry twarzy. 

W tej chwili krem BB to dla mnie podstawa makijażu, wszelkie podkłady w zasadzie poszły w odstawkę. Nie jestem w stanie polecić Wam konkretnej marki, ani rodzaju, najlepiej poczytajcie recenzje i wybierzcie coś dla siebie. Zapewniam Was, że warto chociażby spróbować!

Układając w głowie posta, miałam zamiar napisać o jeszcze jednym objawieniu kosmetycznym, ale w międzyczasie zapomniałam, co to miał być za produkt, a skoro wyleciał mi z głowy, znaczy to, że kosmetycznym objawieniem jednak nie był ;). 

A Wy macie jakieś swoje typy?

sobota, 9 lipca 2011

4 x mini BB

Ostatnim produktem otrzymanym przeze mnie w ramach współpracy z AsianStore jest set SKIN 79 zawierający cztery miniaturki ich najpopularniejszych kremów BB (4 x 5 g, cena: 60 zł, do kupienia tutaj). Już na wstępie zaznaczę, że moim zdaniem takie zestawy to świetny pomysł. Za przystępną cenę mamy możliwość przetestować jednocześnie wiele produktów i wybrać ten najodpowiedniejszy dla siebie. Czy wśród niniejszej mini czwórki znalazł się ten jedyny? Przekonajcie się same :))).
1. Super+ BB Vip Gold Collection
Na pierwszy ogień poszedł krem z serii VIP Gold Collection. Produkt jest dość treściwy, dzięki temu nawilżający, ale jednocześnie i tłusty, przez co i jego trwałość się skraca. Bez poprawek na mojej raczej skłonnej do przetłuszczania się w strefie T cerze wytrzymuje do ok. 5 h, następnie zaczyna równomiernie znikać. Taka trwałość jest dla mnie średnio zadowalająca. Odcień jest neutralny, jest to beż z delikatnie szarymi podtonami, dzięki czemu świetnie kryje zaczerwienienia. Samo krycie określiłabym jako średnie. Większych niespodzianek bez korektora nie ukryjemy. Ze względu na gęstość najlepiej nakłada się go tradycyjnym pędzlem do podkładu. W skali 1 do 5, krem zasługuje na 4.

2. BB Diamond Collection Pearl
Krem BB w srebrnej tubce był dla mnie największym rozczarowaniem. Zdecydowanie nie jest to produkt dla mnie. Dlaczego? Głównym zadaniem tego kremu jest rozświetlać. Założenie jako takie jest fajne, samo wykonanie już nieco mniej. Produkt zawiera srebrne drobinki, które to właśnie mają troszczyć się o ów efekt rozświetlenia. Niestety są one dość widoczne, zwłaszcza w sztucznym świetle. Krycie kremu jest marne, podobnie jak trwałość, bez poprawek wytrzymuje do 3 h. Ma przyjemną konsystencję, dobrze współpracuje z pędzlem typu "duofibre", odcień dopasowuje się do koloru skóry. Tylko te drobinki... Brak tu również filtra. Krem może sprawdzić się dobrze u osób o cerze suchej, szarej i zmęczonej. Moja jednak do takowych nie należy, stąd Luminous Beblesh Balm dostaje ode mnie tylko 2.

3. BB Diamond Collection The Prestige Beblesh Balm
The Prestige BB to mój faworyt wśród kremów SKIN79. Produkt ma odpowiednio leistą konsystencję, łatwo się go nakłada. Testowałam go z pędzlem typu "duofibre", myślę jednak, że sprawdzi się także z innymi pędzlami do podkładu. Zdecydowanie na plus tego kremu przemawia fakt, że do pokrycia całej twarzy wystarczy zaledwie odrobina. Bez poprawek wytrzymuje ok. 5-6 h, później pojawia się błysk, cera nie jest jednak nieestetycznie przetłuszczona, a co najwyżej rozświetlona. Ten efekt jest dla mnie jak najbardziej do zaakceptowania. Krycie jest przyzwoite, kolor współgra z naturalnym odcieniem naszej cery. Jestem na tak i daję 4+, tylko dlatego że brak tu filtra i trwałość mogłaby być nieco dłuższa.

4. Super+ Beblesh Balm Triple Functions
BB Triple Functions to najpopularniejszy krem marki SKIN79. Jest treściwy i bardzo nawilżający, przez co oczywiście cierpi jego trwałość. Moim zdaniem u posiadaczek skóry tłustej i mieszanej raczej się nie sprawdzi. Trwałość oceniłabym na 4-5 h, później konieczne są poprawki. Ma dość gęstą konsystencję, beżowy odcień z kapką różu, średnie krycie  i jak dla mnie nieco za intensywny, pudrowy zapach. Mimo że jest to najpopularniejszy krem, to na pewno nie najfajniejszy. W mojej skali ocen dostaje 3.

Ranking:
1. BB Diamond Collection The Prestige Beblesh Balm
2.  Super+ BB Vip Gold Collection
3.  Super+ Beblesh Balm Triple Functions
4.  BB Diamond Collection Pearl

Podsumowując, marka SKIN79 na pewno nie należy do moich faworytów wśród producentów kremów BB, o wiele bardziej odpowiadają mi kosmetyki firmy Lioele czy Missha, które jednak plasują się cenowo nieco wyżej. Mimo wszystko taki set to naprawdę świetne rozwiązanie, polecam zwłaszcza tym osobom, które tak jak ja dopiero zaczynają swoją przygodę z kremami BB i chciałyby przetestować ich możliwie jak najwięcej. Taki zestaw to również rewelacyjny pomysł na prezent dla kosmetycznych maniaczek :))). Co sądzicie? 4 x mini BB na tak czy na nie? ;)

Dziękuję sklepowi AsianStore za umożliwienie mi przetestowania tylu ciekawych produktów. Zaznaczam jednocześnie, iż fakt ten nie miał w żadnym wypadku wpływu na moją ocenę.

czwartek, 2 czerwca 2011

From Asia with love

Seria postów o "próBBie" zaowocowała współpracą ze sklepem internetowym AsianStore, który zajmuje się dystrybucją kosmetyków pochodzących z Azji w Polsce. Dzięki uprzejmości pracowników sklepu, mam przyjemność przedstawić Wam dziś kolejny BB krem Missha Signature Real Complete SPF25 PA++ w odcieniu 21 Light Beige.


Zgodnie z opisem produktu widniejącym na stronie sklepu Missha Signature Real Complete to krem z luksusowej linii z zawartością lipidów, który rozjaśnia przebarwienia, przeciwdziała starzeniu skóry, leczy skazy i koi skórę. Kosmetyk idealnie dopasowuje się do naszej cery, kryje wszelkie niedoskonałości i zapewnia komfort noszenia nawet do 12 h. Dzięki zawartości lipidów krem troszczy się o idealne nawilżenie i natłuszczenie naszej skóry.

Czas zweryfikować opis producenta z rzeczywistością ;)))

Aplikacja:
Jak w przypadku wszystkich testowanych przeze mnie do tej pory BB kremów aplikacja jest bez zarzutu, krem idealnie współgra z pędzlem typu skunks. Konsystencja jest dość rzadka, aby pokryć całą twarz potrzeba więc dość sporego kleksa, w związku z czym mam pewne obawy co do wydajności (opakowanie zawiera 20 g produktu, na razie nie jestem jednak w stanie się wypowiedzieć, na jak długo to wystarczy). Krem nie smuży, kryje wprost idealnie bez jednoczesnego efektu maski, w porywach można sobie nawet darować korektor.

Kolor:
Odcień, który posiadam, to #21 Light Beige. Dla mnie jest on wprost idealny, rewelacyjnie stapia się z moją cerą o zdecydowanie żółtym odcieniu. Light Beige to kolor chłodny, określiłabym go jako beż z odrobiną szarości, przez co na niektórych może wyglądać nieco sino, taki odcień jednak idealnie niweluje wszelkie zaczerwienienia. Jeśli Wasz kolor w MAC to NC20 lub jeśli sprawdza się u Was Revlon Color Stay w odcieniu 150 Buff, to i Light Beige będzie dla Was idealny.

Komfort noszenia:
Krem jest niesamowicie leciutki, po nałożeniu niemalże nie czuć go na twarzy, buzia jest rozświetlona i wygląda bardzo naturalnie. Dwunastogodzinna trwałość to stwierdzenie trochę na wyrost moim zdaniem, produkt w nienaruszonym stanie utrzymuje się na mojej mieszanej cerze do ok. 5 h, później głównie na brodzie i czole pojawia się błysk i twarz wymaga zmatowienia. Nie jest jednak tak, że krem w ciągu dnia się rozpływa, czy znika z buzi, po prostu nie jest to podkład longlasting, przy którym można zrezygnować z jakichkolwiek poprawek przez cały dzień.
Podsumowując, jest to kosmetyk bardzo dobry, który z największą przyjemnością zużyję do końca. Nie określiłabym go jednak mianem mojego ideału. Kremów BB na rynku jest tyle, że sama możliwość eksploracji poszczególnych marek i ich produktów niezmiernie mnie cieszy. Mimo że jedne kremy sprawdzają się lepiej, drugie gorzej, to bez wątpienia żadnego z nich nie nazwałabym bublem kosmetycznym. Przyznam, że moja skóra bardzo polubiła się z tego typu kosmetykami i odwdzięcza mi się za miłe traktowanie zdrowszym wyglądem :D.

Na koniec chciałabym Was zaprosić na stronę sklepu AsianStore. Można tam znaleźć naprawdę wiele ciekawych produktów rodem z Azji. Moim zdaniem jest to świetne rozwiązanie dla osób, które nie za bardzo lubią się z ebay (tak jak ja zresztą ;D). Ceny są może wyższe, ale przesyłka dociera do nas w tempie ekspresowym. Na stronie istnieje również możliwość zakupienia próbek poszczególnych produktów, co jest świetnym rozwiązaniem, jeśli nie chcemy inwestować w pełnowymiarowy produkt, zanim się nie przekonamy, czy dany kosmetyk jest dla nas.

asianstore.pl
Jeśli interesuje Was więcej cudeniek z Azji, zapraszam do regularnego odwiedzania bloga. Na pewno wkrótce pojawią się kolejne recenzje "from Asia with love" :))).

sobota, 21 maja 2011

PróBBa: Dzień 4 i PODSUMOWANIE

Ostatni z testowanych przeze mnie BB kremów to Missha Perfect Cover BB CReam SPF42 PA+++ w odcieniu nr 21 Light Beige. Wg producenta produkt daje równomierne krycie bez efektu maski, ma jednocześnie właściwości kojące i nawilżające. Jest odpowiedni dla każdego typu cery, włącznie z cerą trądzikową i może być stosowany jako baza pod podkład lub podkład sam w sobie. Moje wrażenia:
misshaus.com



Aplikacja:
Konsystencja kremu jest porównywalna do Lioele Triple Solution (o którym możecie przeczytać TUTAJ), produkt jest gęsty, ale dobrze się rozprowadza, dając naprawdę zadowalające krycie i jednocześnie nie tworząc efektu maski. Zapach, jak w przypadku wszystkich BB, kremów jest bardzo przyjemny.

Kolor:
Kolor do mojej karnacji dopasował się idealnie, jest to typowy, chłodny beż. Na stronie producenta krem ten występuje w 4 odcieniach, myślę więc, że nawet osoby z ciemniejszą karnacją znajdą coś dla siebie.

Komfort noszenia:
Missha Perfect Cover to jeden z trwalszych BB kremów, jest nieco mniej wytrzymały niż Lioele Triple Solution, ale na mojej skłonnej do przetłuszczania strefie T wytrzymał dobre 6-7 h. Po kilku godzinach noszenia cera wymagała zmatowienia w okolicach nosa, brody i czoła, ale moje ogólne wrażenie jest mimo wszystko pozytywne. Cenowo krem również wypada dość korzystnie (za 20 ml na ebay musimy zapłacić ok. 10$).

PODSUMOWANIE:
Kremów BB na rynku dostępnych jest cała masa, więc te cztery, które miałam okazję testować, to naprawdę kropla w morzu. Ponad tydzień próBBy pozwolił mi jednak sprawdzić, czym są produkty tego typu i czy warto w mnie zainwestować. Moja odpowiedź brzmi: WARTO!
Do tej pory stosowałam podkład Revlon Colorstay i wydawał mi się on lekiem na całe zło, bo jako jedyny trzymał się na mojej twarzy cały dzień i krył wszystkie niedoskonałości. Nie ma co ukrywać, że jest to jednak podkład niesamowicie ciężki, pod którym skórze raczej dość trudno oddychać. Okazuje się, że kremy BB dają podobne krycie bez jednoczesnego uczucia grubej warstwy "tapety" na buzi.
Ponadto, już po kilku dniach stosowania kremów BB zauważyłam poprawę kondycji mojej skóry. Stała się bardziej jednolita, wygładzona, rozjaśniona, nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, ale wydaje mi się, że i przebarwienia zaczęły pomału znikać. Od ponad tygodnia nie pojawiła się na twarzy żadna niespodzianka, co jest nie lada wyczynem w moim przypadku!
BB kremy mnie kupiły. Na pewno skuszę się w najbliższym czasie na pełnowymiarowe opakowanie i będzie to albo Missha Perfect Cover albo Lioele Triple Solution (do zakupienia na ebay lub w na polskiej stronie internetowej asianstore.pl). Chętnie się dowiem, jakie BB kremy Wy polecacie... Za wszelkie komentarze z krótkim opisem stokrotne dzięki :)))).

piątek, 20 maja 2011

PróBBa: Dzień 3

Następnym produktem poddanym próBBie był krem Lioele Triple Solution SPF30 PA++. Niestety nie udało mi się doszukać oficjalnej strony producenta, dodatkowe informacje na jego temat zaczerpnęłam więc po prostu z sieci. Jest to BB krem, który ma działać kompleksowo, ma chronić przed słońcem, rozjaśniać przebarwienia i wygładzać zmarszczki. Co ja o tym sądzę?

zdjęcie zapożyczone z bazarek.pl
Aplikacja:
W porównaniu do dotychczasowo testowanych BB kremów ten zaskoczył mnie swoją gęstością. Lioele Triple Solution jest gęsty i treściwy, ale aplikacja mimo to jest łatwa, produkt w żadnym wypadku nie smuży, sprawdza się idealnie z pędzlem typu "skunks". Dzięki swojej konsystencji do pokrycia całej twarzy wystarczy naprawdę odrobina, krycie jest pełne, jednak bez efektu maski. Oczywiście w moim przypadku nie obejdzie się bez korektora na najbardziej newralgiczne miejsca, ale jeśli nie macie zbyt dużych przebarwień z pewnością będziecie mogły go sobie podarować.

Kolor:
O sklerozo, zapomniałam cyknąć fotkę swatcha! Mam nadzieję, że mi wybaczycie, tym bardziej że w internecie można znaleźć wiele zdjęć tego kremu, wystarczy jedynie wpisać odpowiednią frazę w wyszukiwarce Google Grafika. Lioele Triple Solution występuje w jednym uniwersalnym odcieniu, który o dziwo idealnie stapia się z moją cerą. Odcień to beż z kapką żółci, w sam raz dla bladolicych Europejek.

Komfort noszenia:
Jest to zdecydowanie najbardziej trwały BB krem ze wszystkich, które dane mi było testować. Jego wytrzymałość porównałabym spokojnie do podkładu Revlon Colorstay z tą różnicą, że jest o wiele, wiele lżejszy, przez co niemalże niewyczuwalny na twarzy, i nie jest wodoodporny. Na mojej skłonnej do świecenia się w strefie T skórze przetrwał cały dzień bez konieczności poprawek czy matowienia. Co niestety odstrasza, to jego dość ograniczona dostępność (nawet na ebay) i cena. Z tego, co się zdążyłam zorientować, jest to jeden z droższych BB kremów, cena sięga nawet ok. 30 USD.

czwartek, 19 maja 2011

PróBBa: Dzień 2

Kolejny z BB kremów, które przyszło mi testować to Mushroom BB Cream SPF20 w odcieniu nr 2 marki SkinFood.

Producent na stronie nie podaje do jakiej skóry przeznaczony jest ten kosmetyk, można więc założyć, że powinien on być uniwersalny. Z informacji wynika również, że produkt można stosować zarówno jako bazę pod makijaż, jak i jako podkład, który ukryje niedoskonałości i wyrówna koloryt naszej skóry. W notce od producenta podkreślane są również regenerujące, wybielające i antystarzeniowe właściwości wszystkich BB kremów. Co ja o tym sądzę?

www.skinfood.sg




Aplikacja:
Produkt bardzo przyjemnie pachnie, wbrew pozorom nie grzybami ;), zapach jest delikatnie kwiatowo-owocowy, trudny do zidentyfikowania. Krem ma dość rzadką konsystencję, ale jest odrobinę gęściejszy niż Peach Sake Pore BB Cream (o którym możecie przeczytać TUTAJ). Świetnie nakłada się go pędzlem typu "skunks". Krycie jest również zaskakująco dobre, w moim przypadku poradził sobie z większością przebarwień i nierówności, zapotrzebowania na korektor było później minimalne.

Kolor:
Jako że kolor w przypadku BB kremów odgrywa dość istotną rolę, postanowiłam tym razem wyszczególnić ten punkt w osobnej kategorii. O ile Peach Sake Pore BB Cream był bardzo rozświetlający ze względu na sporą zawartość żółtego pigmentu, "grzybek" jest o wiele bardziej... grzybkowy ;). Ma w sobie sporo beżu z kapką różu, z pewnością lepiej się sprawdzi u osób o ciemniejszej karnacji, choć i z moją jasną skórą stapia się idealnie. Występuje w dwóch odcieniach: ciemniejszym i jaśniejszym (ja mam ten pierwszy).

Komfort noszenia:
Po rozczarowaniach z "brzoskwinką" nie spodziewałam się cudów, ale zostałam całkiem mile zaskoczona. Krem jest naprawdę trwały, zmatowiony delikatnie pudrem (Vichy Dermablend, Peach Sake Pore Powder), wytrzymał ok. 8-9 h i dopiero pod koniec dnia pojawiły się na twarzy delikatne prześwity, które mimo wszystko w dalszym ciągu nie burzyły jakoś szczególnie estetycznego wyglądu makijażu. Pierwszy błysk pojawia się u mnie po ok. 6 h w najbardziej newralgicznych miejscach, czyli przy skrzydełkach nosa oraz na czole pomiędzy brwiami. Próby matowienia twarzy nie powodują starcia kosmetyku. Produkt nie tworzy efektu maski, wygląda bardzo naturalnie i w zasadzie zupełnie go nie czuć podczas noszenia, co zapisuję bardzo in plus.

Ogólne moje wrażenie jest całkiem pozytywne, myślę, że osoby o podobnej cerze do mojej mogą spokojnie rozważyć zakup tego kremu. Myślę, że i osoby o skórze normalnej i suchej powinny być zadowolone. Co do właściwości pielęgnacyjnych BB kremów, ze swoją opinią wstrzymam się do ostatniego posta z tej serii. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną :))).

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...