Zdarzało się Wam czasem kupić jakiś kosmetyk, testować go jakiś czas i dojść do wniosku, że nie wiecie, co tak naprawdę macie o nim sądzić? Nie ma nic gorszego niż kosmetyczna konsternacja, no bo skąd niby mamy wiedzieć, czy dany produkt kupić ponownie, czy może jednak dać sobie z nim spokój i wypróbować coś innego... W przeciągu ostatnich kilku miesięcy znalazło się kilku takich delikwentów w mojej kosmetyczce i postanowiłam się dziś z Wami podzielić moim bardzo niesprecyzowanym zdaniem na ich temat. Może Wy mi podpowiecie, co tak naprawdę powinnam o nich myśleć, oczywiście, jeśli miałyście z nimi kiedykolwiek styczność:)
Na pierwszy ogień pójdzie suchy szampon do włosów marki SEPHORA. Z pewnością nie uszło Waszej uwadze, że jestem wielką fanką YouTubowych filmików poświęconych makijażowi, pielęgnacji i wszystkim innym tematom, które my - kobiety lubimy najbardziej. Właśnie na YT po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu takiego cuda ja dry shampoo, czyli po prostu szamponu na sucho (och, ileż to rzeczy można się dowiedzieć z YT, nieprawdaż?). Bardzo zaciekawił mnie ten produkt. Kto ma krótkie włosy ten wie, jaka to czasami potrafi być katorga. Wieczorne mycie włosów i kładzenie się spać z mokrymi bez jakichkolwiek zabiegów stylizacyjnych kończy się poranną katastrofą. Zdarzało Wam się zerknąć rano w lustro i z przestrachem stwierdzić, że każdy włos sterczy w inną stronę? Zakładam, że nie tylko ja miewam ten problem. Krótkie włosy niestety wymagają porannego mycia i mozolnego układania, lubią się również przetłuszczać, dlatego poszukiwałam produktu, który mógłby nieco ułatwić moje życie i zaoszczędzić mi trochę, jakże cennego o poranku czasu. Mój wybór padł właśnie na suchy szampon z Sephory.

Jak to działa w teorii? Szampon ma formę białego proszku, który rozpylamy z odległości ok. 15-20 cm na pasma włosów, czekamy aż produkt osiądzie i następnie po chwili wytrzepujemy go z włosów. Proszek ma za zadanie wchłaniać nadmiar łoju. Jak to działa w praktyce? Podczas pierwszej aplikacji część produktu dostała mi się do ust i, pomijając fakt, że to na pewno nie było zdrowe, później przez pół dnia czułam proszek między zębami. Z czasem nauczyłam się już aplikować go z zamkniętymi ustami i najlepiej wstrzymując oddech. Produkt zadziałał, zdecydowanie włosy zostały odświeżone, choć za sprawą proszku w dotyku były nieco chropowate. O objętości, którą obiecuje nam producent wielkimi czerwonymi literkami na opakowaniu, możemy jednak zapomnieć. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu buteleczka opróżniła się po ok. 5 użyciach. Tego się nie spodziewałam od szamponu za 35 zł! Ostateczny bilans jest taki, że nie wiem, co mam myśleć o tym produkcie. Zdecydowanie ułatwia życie, bo możemy sobie pozwolić na nieco rzadsze mycie włosów (ja po prostu nienawidzę uczucia nieświeżych włosów, doprowadza mnie to do szału!), co znowu zaoszczędza nam wspomniany już czas. Z drugiej jednak strony produkt ma wiele minusów i do najtańszych nie należy (choć jest zdecydowanie najkorzystniejszy cenowo wśród tego typu produktów, bo w Sephorze znajdziemy suche szampony i za 100 zł!). No i jestem w kropce... A może Wy znacie podobny produkt godny polecenia? Wszelkie wskazówki mile widziane:)
Kolejny produkt wzbudzający we mnie kosmetyczną konsternację to specyfiki do twarzy marki, którą "wykukałam" w Douglasie przy kasie i zachęciły mnie ładnym opakowaniem... Niestety jestem istotą bardzo podatną na wszelkie chwyty marketingowe: jakaś nowinka, ładne opakowanie, coś niespotykanego - na pewno wyląduje prędzej czy później w moim koszyku... Przekleństwo, ale przynajmniej mam Wam o czym pisać;)

Czyż opakowanie nie przykuwa uwagi? Takie ładne, kolorowe... A co w środku? W niebieskim pudełku znajdziemy płatki mające za zadanie oczyszczać strefę T z uprzykrzających nam życie wągrów. Paski oczyszczające, gdyż tak to się fachowo nazywa, zawierają wyciąg z oczaru wirginijskiego, który w kosmetyce wykorzystywany jest do produkcji balsamów i kremów ujędrniających, toników oraz maseczek. Przyśpiesza proces regeneracji skóry, skutecznie ją odmładzając, pobudza jej ziarninowanie (informacje zaczerpnęłam z wikipedii). Górny płatek naklejamy po uprzednim zwilżeniu na czoło tuż nad linią nosa, dolny na brodę. Następnie czekamy do wyschnięcie (ok. 15-20 min) i zrywamy, pozbywając się nadmiaru sebum blokującego nasze pory. W teorii, ponieważ w praktyce na skórze pozostaje jedynie biały, klejący się osad i ja osobiście nie zauważyłam żadnych efektów (oczywiście wcześniej zadbałam o to, by pory się otworzyły, jednak i to nie pomaga). Za 12,90 zł (w zestawie znajduje się 6 kompletów pasków) jest to jeden wielki pic na wodę, dosłownie i w przenośni.
O wiele bardziej skuteczna jest wersja w zielonkawym opakowaniu. Są to "plasterki oczyszczające na krosty" (cóż za wdzięczna nazwa "plasterki na krosty"! czy tylko mnie to razi?). Mają one postać przezroczystych, owalnych nalepek, które naklejamy na noc w miejscu powstania zmian skórnych. Plastry zawierają olejek z drzewa herbacianego i kwas salicylowy. Efekty? O dziwo, ów wynalazek zdaje się działać! Po naklejeniu takowego plastra na noc rano wszelkie zmiany skórne wydają się mniejsze, choć czasami miewam wątpliwości, czy to aby nie tylko siła sugestii. Czy kupię ponownie? Trudno mi ocenić, na pewno jest to jednak specyfik, który można wypróbować, z pewnością u jednych sprawdzi się lepiej, u innych gorzej, ale czasami tonący (czytaj osoba z problemami skórnymi) brzytwy się chwyta. A nóż widelec zadziała? Cena jak wyżej. Z tej serii można dostać również bibułki matujące, ale na te nie dałam się już namówić sprzedawczyni;)
I na koniec balsam przeciwko otarciom z Essence - zakup, który w przeciągu ostatnich tygodni wkurzył mnie najbardziej. Dlaczego? Bo to nic innego jak zwykła wazelina w sztyfcie! Z tym że wazelina zazwyczaj kosztuje ok. 2 zł, to "cudeńko" natomiast 12,99 zł.

Jak mogłam dać się tak zrobić w balona? Essence ma to do siebie, że nie zawsze umieszcza na swoich stoiskach testery, tyczy się to zarówno ich produktów do pielęgnacji jak i kosmetyków kolorowych. Dodatkowo marka nie zadaje sobie trudu, żeby zamieścić skład produktu na opakowaniu. Wygodne, czyż nie? Informacje o składzie możemy najczęściej przeczytać z jakiejś tam ukrytej karteczki na stoisku w sklepie (i obawiam się, że nie znajdziemy tam składu wszystkich produktów) lub w internecie, gdzie znajduje się osobna zakładka o składnikach (do pobrania w .pdf), ale o kompresie do stóp dowiadujemy się z niej, jedynie, że nie należy go stosować na otwarte rany i pęcherze. Przyznam się, że jestem laikiem, jeśli chodzi o skład chemiczny produktów, ale oczekiwałabym podstawowych informacji na opakowaniu, tak aby w każdej chwili móc sięgnąć po kosmetyk, który mnie interesuje i sprawdzić, co wsmarowuję w swoje ciało. Nie mam ochoty szukać informacji w sklepie lub w internecie. Może coś przeoczyłam, może nie mam racji (jeśli tak, to mnie poprawcie), ale ja od niemieckiej marki oczekiwałabym czegoś lepszego, nawet tej najtańszej, w końcu Ordnung muss sein! ;)
Ogólnie rzecz biorąc, wazelina świetnie przeciwdziała otarciom i leczy skórę. W moim przypadku taki produkt jest nieoceniony, bo obcierają mnie dosłownie WSZYSTKIE buty. Jedyną zaletą tego produktu jest to, że można go wrzucić do torebki i jest łatwy w aplikacji, choć gramatura (na temat której swoją drogą również brak informacji na opakowaniu) też pozostawia wiele do życzenia. Produkt na plus, ale cena niewspółmierna do tego, co za nią otrzymujemy. Ponowny zakup? Nein, danke!
Nie ma co, post pełen goryczy, ale musiałam gdzieś wyrzucić swoje małe frustracje, a kto mnie lepiej zrozumie jak Wy:) Na dodatek wstałam dziś godzinę za wcześnie! Takie efekty posiadania zegarków bez cyferek na tarczy, człowiek ledwo wypuszczony z objęć Morfeusza nie zauważa, czy mała wskazówka wskazuje 8 czy 7, ścieli łóżko, ubiera się i stwierdza, że coś chyba jednak jest nie tak... Ale za to dzień o godzinę dłuższy;) Zdarzyło się Wam kiedyś coś takiego?
Pozdrawiam Was ciepło!
xoxo
mojaKOSMETYKOmania
Bez odbioru!