Pokazywanie postów oznaczonych etykietą essence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą essence. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 czerwca 2012

Milion powodów :)))

W piątek zrobiłam mały najazd na Naturę. Staram się ograniczać wydatki na kosmetyki, głównie ze względu na to, że moim chwilowym priorytetem jest chęć wyposażenia mieszkania. Od czasu do czasu nachodzi mnie jednak kosmetyczny głód i nie ma zmiłuj, kilka drobiazgów musi wjechać do koszyka i tym samym do kosmetyczki ;))).


Powodów do zakupu poszczególnych produktów miałam oczywiście sporo :)

Skin Finish Compact Powder z Catrice... bo skończył mi się puder z Bourjois i wciąż poszukuję niedrogiego ideału, a pudełeczko wyglądało tak zachęcająco :))).

Multi Colour Blush z Catrice... bo moje róże są już na wyczerpaniu (aha, akurat ;P) i potrzeba mi było czegoś w uniwersalnym kolorze, a czterokolorowe paski dają naprawdę piękny efekt zarówno razem jak i osobno :))).

Maskara Rimmel Glam Eyes... bo moja maskara jest również na wyczerpaniu, a tę poleciła mi koleżanka, poza tym miała być w promocyjnej cenie, co jednak okazało się bujdą przy kasie, mi natomiast nie chciało się już zastanawiać nad inną i takim to sposobem stałam się ofiarą zmyślnych marketingowców ;))).

Lakier do frencha z Bell... bo dawno nie malowałam paznokci na neutralne kolory, a sam lakier kosztował raptem 6,99 zł i dodatkowo polecała go u siebie na blogu kosodrzewina. Nie mogłam nie ulec pokusie :))).

Lakiery essence w odcieniach Make It Golden i Blue Addicted... bo to już klasyki i wstydem jest nie mieć ich w swojej kolekcji, zwłaszcza że są tanie jak barszcz (5,49 zł za sztukę) :))).

Takim to sposobem każdy mój zakup został usprawiedliwiony, a moje sumienie uspokojone ;))). Czy o którymś produkcie chciałybyście przeczytać w pierwszej kolejności?


wtorek, 10 maja 2011

ick-factor!

Czasami bywa tak, że kosmetyk kolorowy, który urzeka nas w opakowaniu, zupełnie nie sprawdza się w praktyce i nie chodzi tu wcale o to, że jest kiepskiej jakości, ale bardziej o fakt, że zupełnie do nas nie pasuje. Tak było u mnie w przypadku lakierów essence z limitowanej edycji I love Berlin! Kto czyta mojego bloga już trochę, wie, że uwielbiam to miasto. Obok limitki nie mogłam więc przejść obojętnie, mimo iż kolory nie do końca były "moje". Jedyne, co mi się tak naprawdę spodobało, to lakiery do paznokci. "Takie ładne odcienie będą w sam raz na wiosnę/lato" - myślałam sobie. Wiosna nadeszła, pomalowałam paznokcie i... efekt wydał mi się bardzo "ick", czyli po prostu "ble" i "fuj".

Po lewej: Green Grass, po prawej: Buddy Bear
Zupełnie nie leżą mi te odcienie, ani jeden, ani drugi nie komponuje się z moją skórą, nie mam nawet ubrań, do których mogłabym je nosić. Po raz pierwszy od dawna miałam wrażenie, że źle bym się czuła wychodząc na ulicę z paznokciami w takich kolorach. Turkusowa zieleń i przykurzony niebieski to odcienie zdecydowanie nie dla mnie.
Abstrahując od moich osobistych uprzedzeń do tych kolorów, lakiery są bardzo dobrej jakości. Mają idealną konsystencję, odpowiedniej wielkości pędzelek, świetnie kryją już przy jednej warstwie. Za cenę ok. 6,5 zł to produkt marzenie.

Jako że nie lubię, gdy na półkach zalega mi coś, czego nie używam i używać nie będę, postanowiłam puścić tych dwóch osobników (i jeszcze jedną ich koleżankę, która też mi jakoś nie leży) w szeroki świat. Chętnie oddam te lakiery jednej z Was. Jedyny warunek, jaki musicie spełnić, to być publicznym obserwatorem tego bloga i zostawić komentarz pod tym postem, w którym wyrazicie chęć wzięcia udziału w rozdaniu. W niedzielę 15 maja wylosuję jedną osobą, do której powędruję lakiery z poniższego zdjęcia (każdy z tych lakierów użyty był max. 2 razy):

Catrice Mona Lisa Is Staring Back, essence Green Grass, essence Buddy Bear

sobota, 30 kwietnia 2011

Berlin rocks!

W pierwszej kolejności chciałam podziękować za tak liczny odzew pod ostatnim postem, schlebia mi bardzo, że w jakiś sposób liczycie się z moją opinią. Wiele z Was zażyczyło sobie w pierwszej kolejności recenzji eyelinera w żelu z essence. Ucieszyło mnie to, bo produkt ten nie wymaga miesięcznych testów, żeby móc sobie wyrobić zdanie na jego temat :))). Eyeliner w mojej kosmetyczce gości od niedawna, ale w tym krótkim czasie zdecydowanie zdołał podbić moje serce :D. Po pierwsze jest śmiesznie tani (cena to 11,99 zł w Douglasie), po drugie ma piękny fioletowy kolor (ciepły odcień śliwki), po trzecie ma nazwę, której ja, fanka Berlina, po prostu nie mogłam się oprzeć (Berlin rocks) :))).
Z lewej zdjęcie w cieniu, z prawej w słońcu, zachęcam do oglądania zdjęć w powiększeniu, wtedy można zobaczyć, jak kolor pięknie się mieni :)))
Moim zdaniem produkt jest naprawdę niezły, stanowi całkiem dobrą alternatywę dla o wiele droższych kosmetyków tego typu marek takich jak MAC czy Bobbi Brown. Jest wystarczająco napigmentowany, aby narysować nim jednolitą kreskę, z pewnością dobrze sprawdzi się w roli bazy pod cienie w podobnym kolorze.

Jedyne, co odróżnia eyeliner z essence od produktów z górnej półki (poza ceną oczywiście), to konsystencja. Kosmetyk jest niezwykle miękki, co powoduje, że czasami na pędzlu ląduje go zbyt wiele i osobom niewprawnym w malowaniu kresek, może dodatkowo utrudniać tę czynność. Najlepiej nałożyć odrobinę na dłoń i dopiero później na pędzel, wtedy możemy być pewne, że nie zrobimy sobie na powiece niepotrzebnego i trudnego do naprawienia kleksa ;). Swoją drogą, liner z essence swoją konsystencją do złudzenia przypomina ten sam produkt z Catrice. W sumie nic dziwnego... w końcu to ten sam producent ;).

Tak prezentuje się mój dzisiejszy makijaż. Ot, taki zwyklak, ożywiony nieco fioletową kreską:

I jak Wam się podoba? Eyeliner oczywiście ;P

środa, 27 kwietnia 2011

W fazie testów...

Ostatnio w moje ręce trafiło kilka zupełnie nowych produktów, których nie miałam przyjemności wcześniej wypróbować. Aktualnie testuję (w kolejności zupełnie przypadkowej):
 
1. Mgiełkę do twarzy z witaminą E z The Body Shop

2. Cetaphil Dermoprotektor MD (krem twarzy i ciała stworzony do nawilżania skóry wrażliwej lub suchej)


3. Płyn micelarny Vichy Normaderm


4. Roll-on Etiaxil dla skóry wrażliwej zapobiegający nadmiernemu poceniu się




5. Straight Guard marki CHI chroniący włosy przed nadmiernym działaniem ciepła

 
6. Długotrwały błyszczyk oraz pigment marki MAKE-UP STUDIO

7. Eyeliner w żelu firmy essence w kolorze Berlin rocks


Który produkt interesuje Was najbardziej? Którą recenzję chciałybyście przeczytać w pierwszej kolejności? A może same miałyście przyjemność testować któryś z tych kosmetyków? Ja pod adresem poszczególnych produktów mam określone oczekiwania, ale i jestem pełna nadziei, że zostaną one spełnione :))).

piątek, 15 kwietnia 2011

Z drogeryjnej półki

Nie ma to, jak poczucie, że za kilka złotych znalazło się naprawdę dobry kosmetyk, który w pełni spełnia nasze oczekiwania :))). Pod postem rozdaniowym pisałyście, że chciałybyście poczytać więcej o produktach tanich i dobrych. Pogrzebałam w swojej kosmetyczce i wybrałam swoich ulubieńców za kilka lub kilkanaście złotych, którzy towarzyszą mi już od dłuższego czasu i z którymi póki co nie mam zamiaru rozstawać. No to jazda... ;)))

Revlon Colorstay w kolorze 150 Buff dla skóry tłustej i mieszanej
Podkład, który albo się kocha, albo nienawidzi. Ja zdecydowanie go kocham i jest to póki co mój numer 1 wśród tego typu kosmetyków. Lubię go za odpowiednie dla mnie krycie, super trwałość, idealny kolor i przystępną cenę (na allegro ok. 40 zł). Wiele osób narzeka, że podkład jest ciężki, że trudno się rozprowadza, że tworzy efekt maski. Pamiętajcie jednak, że każdy podkład, który dobrze kryje, będzie dość treściwy. A jak uniknąć trudności z nakładaniem? U mnie najlepiej sprawdza się aplikacja skunksem (w przypadku, gdy potrzebne mi mocne krycie) lub zwilżoną gąbeczką (wtedy krycie jest o wiele, wiele słabsze i podkład jedynie wyrównuje koloryt skóry). Nakładając podkład pędzlem duofibre, nie radzę jednak wykonywać kolistych ruchów i próbować rozcierać kosmetyk, wystarczy jedynie dotykać pędzlem twarzy (ang. tap) - efekt "air brush" murowany :))).


Maybelline Dream Mat Powder
Idealny puder do utrwalania makijażu. Jest niesamowicie drobno zmielony i jednocześnie bardzo zbity, przez co nie tworzy efektu "pudrowatości" na twarzy. Mój odcień to 03 Golden Rose, ale kosmetyk jest w zasadzie transparentny i idealnie dopasowuje się do koloru danej cery. Świetnie matuje na dobre kilak godzin. Jest to produkt, do którego pomimo przerw zawsze bardzo chętnie wracam (cena ok. 30 zł).

Maskara multi action z essence
Nigdy nie dałabym wiary, że maskara za 10 zł może być tak dobra. Kupiłam ją po raz pierwszy pod wpływem bardzo pochlebnych recenzji, którym nie do końca chciało mi się wierzyć. A jednak... Tusz ten bardzo fajnie podkreśla rzęsy, delikatnie je wydłuża i pogrubia. Efekt nie jest może spektakularny, ale ja na swoje rzęsiska akurat nigdy nie mogłam narzekać, więc to, co robi z nimi ta maskara, w zupełności mi wystarcza. Tusz trzyma się na rzęsach cały dzień, nie osypuje się, nie odbija się ani na górnej, ani na dolnej powiece. Świetne rozwiązanie, zwłaszcza gdy w portfelu pusto ;))).







Eyeliner w żelu z Catrice w odcieniu It`s Mambo Nr. 2
O tym produkcie pisałam już wcześniej tutaj, ale myślę, że nie zaszkodzi pozachwycać się jeszcze raz ;))). Produkt jest naprawdę godny uwagi, bardzo kremowy, nie sprawia najmniejszych trudności podczas aplikacji, pędzelek wręcz sunie po powiece. Kreska trzyma się u mnie cały dzień, nic się nie kruszy, nie osypuje. Za cenę ok. 15 zł otrzymujemy naprawdę dobrej jakości kosmetyk. Szkoda tylko, że produkty Catrice w dalszym ciągu są dość trudno dostępne w Polsce. Szanowny Panie producencie, najwyższy czas to zmienić!!! ;)


Szminka Catrice w odcieniu Be Natural!
Na temat tego produktu również już się wypowiadałam (KLIK), ale postanowiłam napisać o nim ponownie, ponieważ z każdym dniem pomadkę tę lubię coraz bardziej :))). Uwielbiam ją za kolor, beżowy nude, który w moim odczuciu świetnie komponuje się ze skórą o delikatnie żółtych tonach. Pomadka jest kryjąca, może nieco ciężka na ustach, ale dzięki temu dość długo się utrzymuje (jak na pomadkę oczywiście ;)). I tu ponownie apel do producenta o lepszą dostępność i szerszą gamę kolorystyczną (koszt ok. 10 zł) ;))).






Lakiery z Wibo
Na koniec z pewnością wszystkim dobrze już znane lakiery z Wibo. W swojej kolekcji posiadam odcienie (od lewej) 78 (prezentowany tutaj), 74 (prezentowany tutaj) oraz 61. Lubię te produkty za naprawdę ciekawe kolory, piękny połysk na paznokciu i przede wszystkim niesamowitą trwałość. Również cena zachęca jak najbardziej do zakupu (ok. 5,50 zł) :))). I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno omijałam szafę Wibo szerokim łukiem ;).




Namówiłam Was na zakup, któregoś z tych kosmetyków? ;))) Jeśli chcecie poczytać o moich drogeryjnych typach z zakresu szeroko pojętej pielęgnacji ciała zapraszam Was TUTAJ.

wtorek, 9 listopada 2010

A miało być tak pięknie: Essence Underwater

Miało być w samym superlatywach. Taki był pierwotny zamysł. Że cena niska (ok. 5 zł)... że kolor piękny (przybrudzony granat z niebieskim shimmerem względnie flakies - aż tak dobrze się nie znam)... że pigmentacja świetna (jedna warstwa w zasadzie jest w pełni kryjąca)... że pędzelek idealnie przycięty (nie za szeroki i nie za wąski)... Niestety... Nic mi po świetnej pigmentacji i aplikacji, skoro po niecałych 24 h noszenia porządnie starły mi się końcówki (widać to zresztą dość wyraźnie na zdjęciach), a po nieco ponad 24 h lakier paskudnie odprysnął mi na kciuku i zanosi się, że na pozostałych paznokciach w przeciągu kilku kolejnych godzin skończy tak samo. Ehhh...
Po lewej światło dzienne przy pochmurnym niebie, po prawej światło sztuczne
Kolor jest śliczny. Urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Fakt, że błękitne (chyba) flakies są w ogóle niewidoczne w świetle dziennym i ledwo że dostrzegalne w świetle sztucznym, wcale mnie nie zniechęcił. Uwielbiam kremy, więc jak dla mnie to ogromna zaleta :). Aplikacja również bez zarzutu, tylko ta trwałość... Od niedzieli, kiedy kupiłam lakier, malowałam nim paznokcie już dwa razy i za każdym razem nie przetrwał nawet 24 h pomimo bazy i top coat`u. Zaznaczam, że nie wykonywałam żadnych "inwazyjnych" prac domowych, no może poza drobnym zmywaniem :/.

A jakie są Wasze doświadczenia z lakierami essence? Zasługują na drugą szansę?;)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Kosmetyczne wtopy (?)

Zdarzało się Wam czasem kupić jakiś kosmetyk, testować go jakiś czas i dojść do wniosku, że nie wiecie, co tak naprawdę macie o nim sądzić? Nie ma nic gorszego niż kosmetyczna konsternacja, no bo skąd niby mamy wiedzieć, czy dany produkt kupić ponownie, czy może jednak dać sobie z nim spokój i wypróbować coś innego... W przeciągu ostatnich kilku miesięcy znalazło się kilku takich delikwentów w mojej kosmetyczce i postanowiłam się dziś z Wami podzielić moim bardzo niesprecyzowanym zdaniem na ich temat. Może Wy mi podpowiecie, co tak naprawdę powinnam o nich myśleć, oczywiście, jeśli miałyście z nimi kiedykolwiek styczność:)

Na pierwszy ogień pójdzie suchy szampon do włosów marki SEPHORA. Z pewnością nie uszło Waszej uwadze, że jestem wielką fanką YouTubowych filmików poświęconych makijażowi, pielęgnacji i wszystkim innym tematom, które my - kobiety lubimy najbardziej. Właśnie na YT po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu takiego cuda ja dry shampoo, czyli po prostu szamponu na sucho (och, ileż to rzeczy można się dowiedzieć z YT, nieprawdaż?). Bardzo zaciekawił mnie ten produkt. Kto ma krótkie włosy ten wie, jaka to czasami potrafi być katorga. Wieczorne mycie włosów i kładzenie się spać z mokrymi bez jakichkolwiek zabiegów stylizacyjnych kończy się poranną katastrofą. Zdarzało Wam się zerknąć rano w lustro i z przestrachem stwierdzić, że każdy włos sterczy w inną stronę? Zakładam, że nie tylko ja miewam ten problem. Krótkie włosy niestety wymagają porannego mycia i mozolnego układania, lubią się również przetłuszczać, dlatego poszukiwałam produktu, który mógłby nieco ułatwić moje życie i zaoszczędzić mi trochę, jakże cennego o poranku czasu. Mój wybór padł właśnie na suchy szampon z Sephory.

Jak to działa w teorii? Szampon ma formę białego proszku, który rozpylamy z odległości ok. 15-20 cm na pasma włosów, czekamy aż produkt osiądzie i następnie po chwili wytrzepujemy go z włosów. Proszek ma za zadanie wchłaniać nadmiar łoju. Jak to działa w praktyce? Podczas pierwszej aplikacji część produktu dostała mi się do ust i, pomijając fakt, że to na pewno nie było zdrowe, później przez pół dnia czułam proszek między zębami. Z czasem nauczyłam się już aplikować go z zamkniętymi ustami i najlepiej wstrzymując oddech. Produkt zadziałał, zdecydowanie włosy zostały odświeżone, choć za sprawą proszku w dotyku były nieco chropowate. O objętości, którą obiecuje nam producent wielkimi czerwonymi literkami na opakowaniu, możemy jednak zapomnieć. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu buteleczka opróżniła się po ok. 5 użyciach. Tego się nie spodziewałam od szamponu za 35 zł! Ostateczny bilans jest taki, że nie wiem, co mam myśleć o tym produkcie. Zdecydowanie ułatwia życie, bo możemy sobie pozwolić na nieco rzadsze mycie włosów (ja po prostu nienawidzę uczucia nieświeżych włosów, doprowadza mnie to do szału!), co znowu zaoszczędza nam wspomniany już czas. Z drugiej jednak strony produkt ma wiele minusów i do najtańszych nie należy (choć jest zdecydowanie najkorzystniejszy cenowo wśród tego typu produktów, bo w Sephorze znajdziemy suche szampony i za 100 zł!). No i jestem w kropce... A może Wy znacie podobny produkt godny polecenia? Wszelkie wskazówki mile widziane:)

Kolejny produkt wzbudzający we mnie kosmetyczną konsternację to specyfiki do twarzy marki, którą "wykukałam" w Douglasie przy kasie i zachęciły mnie ładnym opakowaniem... Niestety jestem istotą bardzo podatną na wszelkie chwyty marketingowe: jakaś nowinka, ładne opakowanie, coś niespotykanego - na pewno wyląduje prędzej czy później w moim koszyku... Przekleństwo, ale przynajmniej mam Wam o czym pisać;)


Czyż opakowanie nie przykuwa uwagi? Takie ładne, kolorowe... A co w środku? W niebieskim pudełku znajdziemy płatki mające za zadanie oczyszczać strefę T z uprzykrzających nam życie wągrów. Paski oczyszczające, gdyż tak to się fachowo nazywa, zawierają wyciąg z oczaru wirginijskiego, który w kosmetyce wykorzystywany jest do produkcji balsamów i kremów ujędrniających, toników oraz maseczek. Przyśpiesza proces regeneracji skóry, skutecznie ją odmładzając, pobudza jej ziarninowanie (informacje zaczerpnęłam z wikipedii). Górny płatek naklejamy po uprzednim zwilżeniu na czoło tuż nad linią nosa, dolny na brodę. Następnie czekamy do wyschnięcie (ok. 15-20 min) i zrywamy, pozbywając się nadmiaru sebum blokującego nasze pory. W teorii, ponieważ w praktyce na skórze pozostaje jedynie biały, klejący się osad i ja osobiście nie zauważyłam żadnych efektów (oczywiście wcześniej zadbałam o to, by pory się otworzyły, jednak i to nie pomaga). Za 12,90 zł (w zestawie znajduje się 6 kompletów pasków) jest to jeden wielki pic na wodę, dosłownie i w przenośni.
O wiele bardziej skuteczna jest wersja w zielonkawym opakowaniu. Są to "plasterki oczyszczające na krosty" (cóż za wdzięczna nazwa "plasterki na krosty"! czy tylko mnie to razi?). Mają one postać przezroczystych, owalnych nalepek, które naklejamy na noc w miejscu powstania zmian skórnych. Plastry zawierają olejek z drzewa herbacianego i kwas salicylowy. Efekty? O dziwo, ów wynalazek zdaje się działać! Po naklejeniu takowego plastra na noc rano wszelkie zmiany skórne wydają się mniejsze, choć czasami miewam wątpliwości, czy to aby nie tylko siła sugestii. Czy kupię ponownie? Trudno mi ocenić, na pewno jest to jednak specyfik, który można wypróbować, z pewnością u jednych sprawdzi się lepiej, u innych gorzej, ale czasami tonący (czytaj osoba z problemami skórnymi) brzytwy się chwyta. A nóż widelec zadziała? Cena jak wyżej. Z tej serii można dostać również bibułki matujące, ale na te nie dałam się już namówić sprzedawczyni;)

I na koniec balsam przeciwko otarciom z Essence - zakup, który w przeciągu ostatnich tygodni wkurzył mnie najbardziej. Dlaczego? Bo to nic innego jak zwykła wazelina w sztyfcie! Z tym że wazelina zazwyczaj kosztuje ok. 2 zł, to "cudeńko" natomiast 12,99 zł.

Jak mogłam dać się tak zrobić w balona? Essence ma to do siebie, że nie zawsze umieszcza na swoich stoiskach testery, tyczy się to zarówno ich produktów do pielęgnacji jak i kosmetyków kolorowych. Dodatkowo marka nie zadaje sobie trudu, żeby zamieścić skład produktu na opakowaniu. Wygodne, czyż nie? Informacje o składzie możemy najczęściej przeczytać z jakiejś tam ukrytej karteczki na stoisku w sklepie (i obawiam się, że nie znajdziemy tam składu wszystkich produktów) lub w internecie, gdzie znajduje się osobna zakładka o składnikach (do pobrania w .pdf), ale o kompresie do stóp dowiadujemy się z niej, jedynie, że nie należy go stosować na otwarte rany i pęcherze. Przyznam się, że jestem laikiem, jeśli chodzi o skład chemiczny produktów, ale oczekiwałabym podstawowych informacji na opakowaniu, tak aby w każdej chwili móc sięgnąć po kosmetyk, który mnie interesuje i sprawdzić, co wsmarowuję w swoje ciało. Nie mam ochoty szukać informacji w sklepie lub w internecie. Może coś przeoczyłam, może nie mam racji (jeśli tak, to mnie poprawcie), ale ja od niemieckiej marki oczekiwałabym czegoś lepszego, nawet tej najtańszej, w końcu Ordnung muss sein! ;)
Ogólnie rzecz biorąc, wazelina świetnie przeciwdziała otarciom i leczy skórę. W moim przypadku taki produkt jest nieoceniony, bo obcierają mnie dosłownie WSZYSTKIE buty. Jedyną zaletą tego produktu jest to, że można go wrzucić do torebki i jest łatwy w aplikacji, choć gramatura (na temat której swoją drogą również brak informacji na opakowaniu) też pozostawia wiele do życzenia. Produkt na plus, ale cena niewspółmierna do tego, co za nią otrzymujemy. Ponowny zakup? Nein, danke!

Nie ma co, post pełen goryczy, ale musiałam gdzieś wyrzucić swoje małe frustracje, a kto mnie lepiej zrozumie jak Wy:) Na dodatek wstałam dziś godzinę za wcześnie! Takie efekty posiadania zegarków bez cyferek na tarczy, człowiek ledwo wypuszczony z objęć Morfeusza nie zauważa, czy mała wskazówka wskazuje 8 czy 7, ścieli łóżko, ubiera się i stwierdza, że coś chyba jednak jest nie tak... Ale za to dzień o godzinę dłuższy;) Zdarzyło się Wam kiedyś coś takiego?
Pozdrawiam Was ciepło!
xoxo
mojaKOSMETYKOmania

Bez odbioru!

niedziela, 11 lipca 2010

Plażowanie czas zacząć!

"Wakacje, znowu są wakacje, na pewno mam rację, wakacje znowu są..."

Piękne i prawdziwe są słowa piosenki kabaretu OT.TO (pamiętacie jeszcze tych czterech sympatycznych panów?), zwłaszcza w lipcu i w sierpniu, no i zwłaszcza wtedy, kiedy mamy piękną wakacyjną pogodę. Oczywiście piękno to pojęcie niezwykle względne, szczególnie kiedy z nieba leje się żar, a nam przyszło spędzać letnie miesiące w mieście, gdzie "wakacyjna pogoda" zmienia się w istną mordęgę: o godz. 10 na ulicy nie ma już czym oddychać, w tramwaju człowiek czuje się niczym w prawdziwej saunie (kto jechał typową poznańską bimbą, ten wie, że trudno tam otworzyć każdy lufcik, a o urządzeniu zwanym klimą można zapomnieć), a miejsc, w których można choć odrobinę poczuć się jak na urlopie jest jak na lekarstwo. Już nie wspomnę, że dla mnie wakacje to najczęściej praca, praca i jeszcze raz praca, dlatego moja radość nie miała granic, kiedy okazało się, że ja, mój mężczyzna i jeszcze kilku znajomych wybieramy się w niedzielę nad wodę do oddalonego od Poznania o ok. 80 km Skorzęcina. Ostatnio nad jeziorem byłam... dawno... Zapytalibyście mnie o konkretną datę, z pewnością nie potrafiłabym Wam udzielić konkretnej odpowiedzi, no więc, jak się pewnie domyślacie, i w mojej szafie ubraniowo-kosmetycznej dostrzegłam pewne braki, których oczywiście nie omieszkałam uzupełnić;)



W pierwszej kolejności należało się zaopatrzyć w odpowiednie filtry. Wiadomo, ochrona naszej skóry to podstawa! 

Do ciała zakupiłam zachęcona bardzo przystępną ceną (bodajże 13,99 w drogerii Natura) emulsję do opalania Sopot Sun z Ziaji z SPF 20. Emulsja ta jest wodoodporna, zawiera fotostabilne filtry UAV i UVB, masło shea, prowitaminę E oraz B5 i wg producenta jest przeznaczona do wszystkich rodzajów skóry, a jej stosowanie zaleca się w pierwszych dniach opalania. Wrażenia? Krem pachnie jak typowa emulsja do opalania, łatwo się aplikuje, ale niestety dość długo się wchłania, co często kończy się lepieniem się piasku do całego naszego świeżo nasmarowanego ciała. Trudno mi się wypowiadać na temat skuteczności ochrony, w każdym razie plecy na pewno sobie spaliłam pomimo wysokiego filtra... Jeśli chodzi o twarz, to postanowiłam zainwestować w bardziej profesjonalny kosmetyk. Mam skórę mieszaną, ze skłonnością do przebarwień, więc stwierdziłam, że nie będę ryzykować. Chciałam kupić krem Anthelios z La Roche-Posay z filtrem 50, ale akurat nie było wersji do ceny trądzikowej i pani poleciła mi krem z Biodermy Photoderm AKN Mat SPF 30 do cery tłustej i mieszanej ze skłonnością do trądziku. Cena prawie mnie powaliła! 40 ml kremu kosztuje 65 zł, ja swój kupiłam po cenie promocyjnej (55 zł), ale muszę powiedzieć, że to były naprawdę dobrze wydane pieniądze! Krem bardzo łatwo się aplikuje, szybko się wchłania, naprawdę na długo matuje naszą skórę i, co najważniejsze, naprawdę chroni. Moja twarz wystawiona była dobre 5 h na działanie promieni słonecznych i w tym czasie słońce zaledwie zdążyło musnąć moją skórę. Zaletą tego kremu są filtry pochodzenia mineralnego, nie zaś chemicznego, jak w innych kremach (również w przypadku Anthelios).
Kolejny kosmetyk to masło kakaowe z Ziaji w spray`u przyspieszające opalanie. Przyznam się szczerze, że ja bałam się go używać... W tak ostrym słońcu przyspieszone opalanie zdecydowanie nie było mi potrzebne. Stosował go zaś mój mężczyzna i... teraz smaruje sobie plecy zsiadłym mlekiem;) Oj będzie chłopak cierpiał, oj będzie... Plus dla tego kosmetyku za łatwą aplikację, bo nawet nie musimy brudzić sobie rąk, minus za słodki zapach, który moim zdaniem tylko przyciąga owady.

No i jeszcze kilka kosmetyków kolorowych, a w zasadzie to dwa:


Postanowiłam również zainwestować w wodoodporną maskarę, bo przyznam się bez bicia, że z niepomalowanymi rzęsami nawet na plaży czuję się po prostu nago;) Nad tym produktem nie zastanawiałam się zbyt długo, przede wszystkim miał być tani, bo po co mi droga maskara na jeden raz. Mój wybór padł na Manhattan Ultimate Boosting (cena to ok. 15 zł) i okazał się całkiem trafny. Maskara nieco wydłuża i pogrubia moje rzęsy (dla idealnego efektu potrzebuję dwie warstwy) i naprawdę jest wodoodporna! Wytrzymała cały dzień, wysoką temperaturę i kąpiele w wodzie. Produkt jak najbardziej wart uwagi, zwłaszcza, że koszt nie jest wygórowany (podczas nakładania radzę jednak poczekać z machaniem rzęsiskami do wyschnięcia, gdyż tusz może odbijać się na górnej powiece). Oprócz tego chwyciłam jeszcze cień do powiek z essence z kolekcji limitowanej Cute as Hell w kolorze 01 Naughty but Nice. Jest to matowa, pastelowa żółć, która  na pewno fajnie ożywi każdy letni makijaż. Nie miałam do tej pory żadnego żółtego cienia w swojej kolekcji, a ten mi się po prostu "napatoczył", więc się skusiłam. Z pewnością to przez ten design, opakowanie jest naprawdę miłe dla oka;)

Pani w Naturze przy kasie jeszcze praktycznie wcisnęła mi torbę plażową za 9,99 zł. Przyznam jednak, że jakoś szczególnie się nie opierałam i torba rzeczywiście się przydała. Fajne, modne marynarskie kolory, dobre wykonanie, więc nie żałuję swojej uległości;) Spodenki natomiast zostały zakupione w Esotiq, na plażę jak znalazł:)


Ależ się rozpisałam, mam nadzieję, że dotrwaliście do końca. Bardzo jestem ciekawa, jak Wy spędzacie swoje wakacje i jak u Wam wyglądają wakacyjne zakupy. Mój wypad do Skorzęcina mogę zaliczyć do naprawdę udanych, jest tam naprawdę fajny kompleks wypoczynkowy, tylko te tłumy!!!
Pozdrawiam Was gorąco, niestety już z dusznego Poznania;)
xoxo
mojaKOSMETYKOmania

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...