Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kremy do rąk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kremy do rąk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2013

"Ganja therapian" dla dłoni

Hemp to, ośmielę się stwierdzić, produkt już kultowy, wielu osobom znany chociażby ze słyszenia z uwagi na roślinę, z której jest wytwarzany, a którą jest słynna konopia indyjska, lub jak kto woli marihuana/trawka/ganja. Historia głosi, że mąż założycielki marki The Body Shop podczas jednej z podróży służbowych został nawet aresztowany z racji posiadania tego kremu w swojej walizce. U nas na szczęście swobodnie można się z nim przechadzać ulicami bez obaw, że zostaniemy oskarżeni o posiadanie substancji niedozwolonej.


Krem zamknięty jest w zakręcanej, metalowej tubce, w moim odczuciu dość nieporęcznej z racji drobnej zakrętki, który lubi wyślizgnąć się ze świeżo nakremowanych dłoni. Ma zwartą, gęstą konsystencję, przez co dość długo się wchłania, pozostawiając na skórze delikatny, ale jednak wyczuwalny film. Pachnie dość dziwnie, trochę jak skoszone siano, i wymaga przyzwyczajenia. Krem przeznaczony jest do bardzo suchej skóry i z takową bez wątpienia sobie poradzi. Mniej potrzebującym polecałabym go raczej na zimę, bo przy wysokich temperaturach stosowanie może być uciążliwe z uwagi na to, że kosmetyk jest naprawdę treściwy.


Początkowo moje nastawienie do tego mazidła było dość sceptyczne, jako że nie lubię uczucia lepkich dłoni, zwłaszcza latem, krem jednak bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. W chwilach gdy był zbyt ciężki do stosowania na dłonie, idealnie sprawdzał się do stóp, zapewniając solidne nawilżenie i niwelując szorstkość. Nie dziwi mnie więc wcale, że jest to jeden z najlepiej sprzedających się produktów TBS. Dobrze go mieć w swojej kosmetyczce, zwłaszcza gdy na zewnatrz panują niskie temperatury (już niebawem niestety :( ) lub nasze dłonie wołają o ratunek.


Znacie Hemp? Lubicie?


wtorek, 2 kwietnia 2013

Ręce, ręce Kloss ;)


Przez moje ręce (dosłownie i w przenośni) przewinęło się ostatnio całkiem sporo kremów do rąk, z czego aż trzy marki Lirene: 

- Krem dla zniszczonych dłoni RATUNEK (cena: ok. 8 zł, 50 ml) 
- Krem kuracja dla rąk REGENRACJA (cena: ok. 8 zł, 100 ml) 
- Cytrynowy krem do rąk WYGŁADZENIE (cena: ok. 8 zł, 100 ml) 

Zima zdaje się nie mieć końca, a więc codzienna pielęgnacja dłoni w ochronie przed zgubnym wpływem czynników atmosferycznych takich jak zimno i wiatr to podstawa. Czego oczekuję od kremu do rąk? Ma niwelować uczucie suchych dłoni, łagodzić i odżywiać,  chronić przed pękaniem i pierzchnięciem skóry.
Czy kremy Lirene spełniają te oczekiwania? Jak można wyczytać z opakowań kremy z założenia mają różne przeznaczenie. W najmniejszej tubce kryje się kosmetyk najbardziej odżywczy o 10% zawartości masła shea, który ma za zadanie w krótkim czasie przywrócić naszym dłoniom gładkość i zdrowy wygląd. Krem regenerujący ma odżywiać i odbudowywać zniszczoną skórę dłoni, krem cytrynowy natomiast wygładzać.







Każdy z tych kosmetyków używałam z z mniejszą lub większą przyjemnością. Wszystkie mają praktyczne opakowania z miękkiego plastiku zakończone dozownikiem z klapką, charakteryzuje je dość lekka, szybko wchłaniająca się formuła. Dłonie zostają odżywione, choć stopień tego odżywienia różni się w zależności od kremu. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tu bez wątpienia Krem dla zniszczonych dłoni RATUNEK. W okresie najgorszej zimy, kiedy dłonie były szczególnie narażone na działanie niskiej temperatury, jedna aplikacja wystarczyła, by zniknęło nieprzyjemne uczucie suchości i ściągnięcia, a stan nawilżenia skóry unormował się na dłuższy czas. Do tego kremu bez wątpienia będę wracać w trudnych chwilach dla dłoni. 
Dwa pozostałe kremy mają nieco lżejszą formułę i dobrze sprawdzają się w codziennej pielęgnacji, kiedy nasze ręce nie stawiają nam zbyt wielkich wymagań. REGENARACJA to krem dla tych, którzy lubią delikatne, typowo drogeryjne zapachy, krem cytrynowy zadowoli natomiast tych, którzy preferują zapach (nieco chemicznych) cytrusów. Są to całkiem przyzwoite nawilżacze, ale ich działanie jest raczej doraźne. Na tle bardzo bogatej oferty innych marek, a nawet samej marki Lirene, wypadają ostatecznie dość przeciętnie.  

Znacie te kremy? A może macie innych faworytów w tej dziedzinie? 

Produkt został przesłany mi nieodpłatnie do testów. Fakt ten nie miał żadnego wpływu na treść powyższej recenzji.




środa, 13 lutego 2013

Topy i Flopy z Rossmanna

Uzbierało mi się kilka kosmetyków z Rossmanna, których do tej pory nie miałam okazji zrecenzować. Wśród tej całej gromadki znalazły się zarówno Topy, po które chętnie sięgnę ponownie, jak i Flopy, z którymi nie chcę mieć więcej do czynienia. 
No to do dzieła... 

Żurawinowy żel pod prysznic z biała herbatą spod znaku Isany zdobył moją szczególną sympatię i bardzo żałuję, że jest to edycja limitowana. Żel spełnia swoje podstawowe funkcje, czyli myje i, co ważniejsze, nie wysusza mojej skóry na wiór. Urzekł mnie głównie zapach, który jest przyjemnie słodki i nieprzesadnie intensywny. 



Polubiłam się również z peelingiem do ciała z Wellness&Beauty z zawartością soli morskiej oraz olejków. Jest to naprawdę porządny zdzierak zapakowany w bardzo solidny słoik, który z powodzeniem po zużyciu kosmetyku można wykorzystać do czegoś innego. Sól zatopiona jest w dość oleistej bazie, dzięki czemu fajnie się rozprowadza, ale jednocześnie pozostawia na ciele wyczuwalną, tłustawą warstwę, która potrzebuje dobrej chwili, żeby się wchłonąć. Plusem jest, że po zastosowaniu produktu skóra jest wyraźnie wygładzona, a balsam do ciała jest zbędny, minusem natomiast wspomniany czas wchłaniania się kosmetyku. 



Skład: Maris Sal, Ethylhexyl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceridem Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Parfum, Porphyra Umbilicalis Powder, Tocopherol, Butylphenyl Nethylpropional, Limonene, Linaool, Aqua, CI 42051, CI 19140

Produkty, które określiłabym mianem średniaków, to Isana krem do rąk kwiat pomarańczy i Isana orzechowy krem do ciała z dodatkiem masła shea i kakao. W obu przypadkach właściwości pielęgnacyjne nie spełniły w pełni moich oczekiwań. Krem do rąk ma dla mnie zbyt lekką, wodnistą konsystencję, długo się wchłania i mimo to praktycznie w ogóle nie odżywia. Jedyne, co w nim lubię to zapach, który moim zdaniem jest świeży i kwiatowy, ale spotkałam się już z opiniami, że aromat jest dość chemiczny. Najwyraźniej każdemu to, co lubi :). 




W przypadku kremu do ciała znowu mamy bardzo lekką formułę, dzięki której produkt błyskawicznie wsiąka w skórę, ale jednocześnie bardzo słabo nawilża. W moim odczuciu kosmetyk sprawdzi się w okresie wiosenno-letnim, choć orzechowy zapach, który nota bene nie utrzymuje się zbyt długo na skórze, uznałabym raczej za typowo jesienno-zimowy. 




Kompletnym "No Go" jest dla mnie natomiast jogurtowo-mandarynkowe masło do ciała od Wellness&Beauty, które po pierwsze ma niesamowicie dziwną konsystencję przypominającą mi desery typu sernik na zimno, po drugie zapach, którego nie jestem w stanie znieść. Mój nos nie należy do szczególnie wrażliwych i mało który kosmetyk brzydko dla mnie pachnie, ale to połączenie chemicznej mandarynki i czegoś, co zapachem ma przypominać jogurt, wręcz mnie odrzuca. Nie miałam okazji przetestować nawet właściwości pielęgnacyjnych tego kosmetyku, bo jakoś nie mam ochoty katować mojego nosa tym smrodkiem. 



Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii Butter, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Theobroma Cacao Seed Butter, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Pentaerythrityl Distearate, Dimethicone, Phenoxyethanol, Sodium Polyacrylate, Parfum, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Limonene, Sodium Stearoyl Glutamate, Tocopheryl Acetate, Methylparaben, Citric Acid, Yogurt, Xanthan Gum, Ethylparaben, Alcohol, Linalool, Citronellol, Citral, Isobutylparaben, Butylparaben, Propylparaben, Citrus Madurensis Fruit Extract, Caramel, CI 15985, Geraniol.

Zastosowania nie widzę również dla nabłyszczającego kremu do nóg Fusswohl, który ani szczególnie nie nabłyszcza, ani szczególnie nie pachnie, ani za bardzo nie pielęgnuje. W kremie zatopione są drobiny srebrnego brokatu mające pełnić funkcje rozświetlające. Osobiście wydaje mi się to pomysłem dość chybionym, jako że zimą tak czy owak do karnawałowych kreacji nosi się rajstopy, a lato i srebro jakoś nie idą dla mnie w parze. Nawet nie wiem, jakie alternatywne zastosowanie mogłabym znaleźć dla tego kosmetyku. Może Wy macie jakieś pomysły?





Jeśli któraś z Was miałaby ochotę przygarnąć niechciane przeze mnie produktu (masło do ciała i krem do nóg), pomimo mojej nieprzychylnej recenzji, dajcie znać w komentarzu. Obdaruję pierwszą osobę, która wyrazi chęć i zgodzi się pokryć koszty przesyłki.



czwartek, 28 czerwca 2012

Glossy-Perełki

Cztery GlossyBox'y już za nami. Postanowiłam więc zebrać produkty, które spośród wszystkich pudełek najbardziej przypadły mi do gustu i w przypadku których bardzo poważnie rozważam zakup pełnowymiarowego opakowania. Ciekawe? No to do dzieła!

Największą niespodzianką pierwszego pudełka wcale nie była dla mnie miniaturka perfum Daisy, do których zapachu do dzisiaj jakoś szczególnie przekonana nie jestem, ale suchy olejek NUXE. Sama idea suchego olejku była dla mnie kompletną nowością i za bardzo nie wiedziałam nawet, z czym to się je. Okazuje się natomiast, że można niemalże ze wszystkim ;). Olejek jest dobry na włosy, skórę, paznokcie. W moim przypadku jego główne zastosowania to pielęgnacja przesuszonych miejsc na ciele i skórek wokół paznokci. Sprawdza się rewelacyjnie, szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy. Jak dla mnie strzał w 10! Niestety produkt jest dość kosztowny, za 100 ml musimy zapłacić ok. 80 zł.


Warto jednak wspomnieć, że The Body Shop od niedawna w swoim asortymencie ma całkiem niezłą alternatywę w postaci Olejku do ciała i włosów, którą otrzymałam do testów dzięki uprzejmości firmy. Właściwości są w zasadzie identyczne, a zapach (w moim przypadku oliwki) jeszcze przyjemniejszy niż NUXE (który potrafi być momentami nieco duszący). Nie bez znaczenia jest też cena, bo w przypadku olejku z TBS za 100 ml musimy zapłacić 39 zł. Szkoda tylko, że sklepy firmowe są zaledwie w kilku miastach w Polsce (w Poznaniu niestety brak! :((( ).


Kolejne produkty pochodzą z trzeciego pudełka. Moim zdecydowanym "muszęmieciem" został krem LIERAC Mesolift Creme. Jest to głównie specyfik rozjaśniający i zapobiegający oznakom starzenia. Próbka ma raptem 10 ml, a ja używam ją każdego dnia od ok. 4 tygodni i dopiero docieram do dna. Moja skóra w stosunku do kremów bywa baaaardzo kapryśna, po tym natomiast uległa diametralnej zmianie - znacznie się wygładziła, zniknęły zmiany skórne i przebarwienia, po korektor zaczęłam sięgać tylko od wielkiego dzwonu. Super! Na pewno po wyduszeniu z tubki ostatniej kropli kremu skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie (za 30 ml musimy zapłacić ok. 60 zł). Mam również zamiar dokładniej przyjrzeć się całej ofercie tej marki. Interesuje mnie głównie ich krem złuszczający, znacie może?
 

Na koniec moje pierwsze zetknięcie z marką L'OCCITANE, czyli krem do rąk z 20% zawartością masła shea oraz krem do stóp z 15% zawartością masła shea. Wrażenia bardzo pozytywne, zwłaszcza jeśli chodzi o krem do rąk (na stopy jakoś nie mam szczególnego ciśnienia ;)). Jest on lekki w swojej konsystencji, dzięki czemu nie pozostawia tłustej warstwy na dłoniach, której nie cierpię, i jednocześnie wystarczająco treściwy, by dobrze odżywiać dłonie. Jest to pierwszy krem, który pomógł mi pozbyć się zaczerwienień na knykciach po zimie. Chcę pełnowymiarowe opakowanie! Mam również wielką ochotę pobuszować po sklepie w poszukiwaniu innych perełek. Polecacie coś szczególnie godnego uwagi dla cery mieszanej, problematycznej?


W sumie niewiele tych produktów jak na cztery pudełka, ale taka przecież jest idea GB, by wśród wielu kosmetyków znaleźć ten jedyny. Czekam z niecierpliwością na lipcowego boxa, ale jeśli jego poziom będzie taki jak czerwcowego, nastąpi niechybne rozstanie, mimo że idea jako taka w dalszym ciągu mi się podoba.

A Wy znalazłyście swoje perełki w dotychczasowych pudełkach?


sobota, 3 marca 2012

Porządny kandydat do ręki ;)

Dostałam ostatnio dość pokaźną paczkę od firmy Irena Eris, w której znalazły się kosmetyki takich marek jak Lirene i Pharmaceris. W najbliższym czasie możecie spodziewać się więc szeregu recenzji, które mam nadzieję Was nie znudzą. Zapewniam, że możecie liczyć na rzetelność moich opinii i że podobnie jak ja znajdziecie tutaj swoje perełki.

Przechodząc do rzeczy, dziś zacznę od produktu, który było mi przetestować najłatwiej, mianowicie od miodowego kremu regenerującego do szorstkiej skóry rąk Lirene (100 ml, cena: 7,99 zł). Swojego faworyta już mam, pisałam o nim tutaj >>>>KLIK<<<<, czy więc produkt Lirene jest w stanie konkurować z moim wybrankiem?


Nasze początki były dość trudne. Krem ma gęstą konsystencję, jest dość "nieśmiały" i nieco trudno wydobyć go z tubki, jeśli już jednak nam się to uda, możemy liczyć na przyjemny zapach i szybkie wchłanianie. Nasuwa się jednak pytanie, czy można na nim polegać w każdej sytuacji? W okresie zimy skóra moich dłoni jest dość wymagająca, często bywa przesuszona, spierzchnięta na kostkach, niekiedy potrafi wręcz pękać. Początkowo byłam przekonana, że krem sobie nie poradzi i przez kilka pierwszych dni stosowania faktycznie tak było, dopiero z czasem zaczęłam dostrzegać poprawę. Podczas regularnego używania skóra dłoni uległa wygładzeniu i zaczęła wyglądać na zadbaną. Systematyczność jest więc tu zdecydowanie kluczem do udanego związku ;). W ostatecznym rozrachunku chyba jednak nie zdradzę kremu Kamill na rzecz Lirene. Bez wątpienia jest to porządny kandydat "do ręki", ale nie ten jedyny ;))).


piątek, 3 września 2010

Saga o dłoniach vol. 2 (TBS)

Dużo negatywnych myśli krąży mi dzisiaj po głowie, dlatego postanowiłam napisać nową notkę, co by je trochę odegnać. Mam nadzieję, że pomoże...

Muszę przyznać, że ostatnio mam bzika na punkcie pielęgnacji dłoni. Po krytycznych oględzinach doszłam do wniosku, że ich stan nie do końca mnie zadowala, postanowiłam więc wziąć je w obroty. Borykam się z niezbyt estetycznymi skórkami wokół paznokci, w związku z czym ostatnio moja kosmetyczka powiększa się o preparaty mające pomagać zwalczać tę dolegliwość, ale o tym będzie innym razem - część trzecia "Sagi" w przygotowaniu :).

Krem, który w dzisiejszym odcinku "Sagi" odgrywa główną rolę  to Almond Oil Daily Hand & Nail Cream z firmy The Body Shop (wyjątkowo dziś posłużę się zdjęciem z amerykańskiej strony www.thebodyshop-usa.com, jako że moja prywatna fotka zaginęła w bezbrzeżnych czeluściach komputera;)). A oto i nasz bohater:

Krem kupiłam pod wpływem impulsu podczas mojej pierwszej wizyty w niemieckim The Body Shop. Znacie to uczucie, kiedy słyszałyście tyle dobrego o marce i długi czas chciałyście wypróbować jakiś produkt, a jak przyszło co do czego, to nie wiedziałyście, na co się zdecydować? Ja mam tak często i zawsze wtedy zastanawiam się, który kosmetyk przydałby mi się w tym momencie najbardziej. W ten oto sposób padło na krem do rąk, jako że była zima, miałam wysuszone dłonie i takie tam babskie "bla bla bla" mające na celu usprawiedliwić zakup kolejnego, nie do końca potrzebnego produktu. Krem mnie jednak bardzo pozytywnie zaskoczył: przyjemnie pachnie migdałami, ma lekką konsystencję, szybko się wchłania i pomimo swojej "lekkości" bardzo dobrze nawilża. Uczucie suchych dłoni znika w try miga. Produkt nie pozostawia również tłustej warstwy, co zdecydowanie wysuwa go na prowadzenie wśród moich ulubionych kremów do rąk. Główne składniki to olejek migdałowy, który odpowiada za nawilżenie naszej skóry, następnie olejek sojowy, który ma właściwości nawilżające i lecznicze, masło shea, które zmiękcza skórę, podobnie jak kolejny składnik - lanolina, i na koniec organiczny wosk pszczeli, który pielęgnuje przede wszystkim obszar wokół paznokci. Dodatkowo w składzie znajduje się panthenol, który przeciwdziała łamaniu się paznokci, a więc mnóstwo dobroci! W mojej ocenie krem zasługuje na 4,5 pkt (na 5 możliwych). Jedynym minusem moim zdaniem jest cena, bo za 100 ml musimy zapłacić ok. 40 zł.

Pomimo że krem w gruncie rzeczy przypadł mi do gustu, uważam, że produkty TBS są zdecydowanie przereklamowane i o wiele za drogie na polskie warunki. Bez wątpienia można na półkach znaleźć perełki, ale wiele kosmetyków dostępnych w stałym asortymencie (czasami zdarzają się ciekawe edycje limitowane, zwłaszcza z okazji Świąt Bożego Narodzenia) niewiele różni się od zwykłych drogeryjnych specyfików, które oferują nam dobrze znane marki za niewygórowaną cenę. Zachęcam Was do obejrzenia filmiku na YouTube autorstwa użytkowniczki AzjatyckiCukier (klik), która być może przybliży Wam kilka innych interesujących Was produktów tej marki i którą osobiście podziwiam za niezwykle krytyczne podejście do kosmetyków. Za to ukłon w jej stronę!:)

Warto w tym miejscu wspomnieć, że firma TBS nie tylko produkuje kosmetyki, ale również angażuje się w wiele akcji społecznych i charytatywnych, przykładowo na rzecz równouprawnienia kobiet, przeciwko AIDS czy dziecięcej prostytucji. Moim zdaniem taka postawa jest godna pochwały i czasami pozwala nam nieco łatwiej przełknąć gorzką pigułkę, jeśli produkt okaże się nietrafiony;).

No to tyle na dziś... Negatywne myśli już nieco się rozwiały. Pisanie odpręża... zwłaszcza pisanie o przyjemnych rzeczach;)

Pozdrawiam!
xoxo
M.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Saga o dłoniach vol. 1 (Lush)

W pierwszej kolejności chciałabym podziękować wszystkim, którzy śledzą mojego bloga i zechcieli wziąć udział w ankiecie. Bardzo liczę się z Waszym zdaniem:) Wyniki ankiety nie wypadły jednak jednoznacznie: 14 osób głosowało za krótszymi postami, 25 za dłuższymi, a więc zdania są dosyć podzielone. Podążając za filozofią stoików, postanowiłam w związku z tym zastosować metodę "złotego środka" i publikować posty średniej długości. Myślę, że z takiego rozwiązania każdy powinien być zadowolony:)
A teraz do rzeczy...

Ostatnio dziwnym trafem w mojej kosmetyczce uzbierało się sporo produktów przeznaczonych do pielęgnacji dłoni, głównie kremy, powiedziałabym, ze średniej półki, dość trudno dostępne w Polsce, ale jednak nie nieosiągalne. Jako że zanim wydamy większą sumę pieniędzy na określony kosmetyk, warto rozważyć, czy jego zakup (dodatkowo wiążący się najczęściej z wysokimi kosztami przesyłki) w ogóle się opłaca, pomyślałam, że skrobnę kilka słów na temat "specyfików", które testowałam w przeciągu dobrych ostatnich kilku miesięcy.
No to do dzieła!

W pierwszej części "Sagi" rzecz będzie o kremach typowo do rąk: "Helping Hands" i "Handy Gurugu" marki Lush. Wyrażenia "typowo do rąk" używam tutaj do określenia produktu, który zasadniczo służy do smarowania dłoni (istnieją również "specjalistyczne" kremy, przykładowo do pielęgnacji skórek, ale o tym będzie mowa kiedy indziej;)).


Krem "Helping Hands" kupiłam z myślą o moim mężczyźnie, który ma tendencję do suchych dłoni. Oczywiście nie omieszkałam i sama produkt co nieco przetestować, a jakże;) Według zapewnień ekspedientki we frankfurckim Lush`u jest to specyfik o bardzo silnych właściwościach odżywczych, który powinien być w stanie uleczyć nawet najbardziej spracowane dłonie. Zaleca się go osobom, które przykładowo pracują na budowie lub mają styczność ze środkami chemicznymi (głównie czyszczącymi). Główny składnik to wyciąg z rumianku rzymskiego, który ma właściwości nawilżające i kojące, wyciąg z lnu zwyczajnego, który działa ochronnie, olejek migdałowy, masło shea i inne. Krem ma konsystencję gęstego jogurtu, łatwo się wchłania i jedynie na krótko pozostawia tłustawą warstwę na dłoniach. Za jego wadę można uznać niezbyt przyjemny zapach, który, co prawda, nie jest drażniący, ale do kwiatków na łące zdecydowanie mu daleko;) Świadczy to jednak o tym, że produkt nie został wzbogacony o sztuczne aromaty tylko po ty, by umilić nam jego użytkowanie. Ponadto, od dawien dawna wiadomo przecież, że lekarstwo, które pomaga, najczęściej gorzko smakuje, można więc powiedzieć, że tak właśnie jest i w tym przypadku, bowiem krem bardzo dobrze pielęgnuje. W skali od 1 do 5 "Helping Hands" dostaje ode mnie 4 pkt (-0,5 pkt. za zapach i -0,5 pkt. za cenę, koszt to ok. 10 Euro).

Kolejny bohater dzisiejszego odcinka to krem "Handy Gurugu". Skąd ta nieco zabawna dla polskiego ucha nazwa? Otóż masło shea, które jest głównym składnikiem kremu (drugie na liście "Ingridients") pochodzi podobnież z wioski Gurugu w Ghanie. Ile w tym prawdy? To już wiedzą tylko pracownicy Lush;) Główny składnik "Gurugu" to olejek różany, który ma niezwykle szerokie zastosowanie w przemyśle kosmetycznym, następnie masło shea, gliceryna, kwas stearynowy, bio olejek migdałowy, świeży sok z cytryny i inne. Krem ten ma o wiele gęstszą konsystencję niż Helping Hands, jest również o wiele bardziej tłusty, do tego stopnia, że po wtarciu produktu w dłonie wciąż pozostaje na nich klejąca się warstwa kosmetyku. Nie jest to komfortowe uczucie, osobiście mam wtedy wrażenie, że dotykając czegoś (nie daj Boże w tramwaju lub innym środku komunikacji miejskiej!), cały "okoliczny" brud przykleja mi się do dłoni - za to duży minus! Być może zimą będzie sprawował się lepiej, zobaczymy. Nie mogę natomiast narzekać na zapach, krem pachnie bardzo przyjemnie, choć ciężkawo i sądzę, że osobom o wrażliwym nosie może to przeszkadzać. W ogólnej ocenie "Handy Gurugu" zasługuje na max. 3 pkt (-1 za tłustą konsystencję, -0,5 za ciężkawy zapach, -0,5 za cenę, koszt to ok. 10 Euro). Osobiście odradzam ten produkt, obecnie stosuję go tylko na noc, bo w dzień, jak wspominałam wyżej, efekt "lepkich rąk" bardzo mi przeszkadza, na pewno nie kupię go ponownie, gdyż z dłońmi cudów również nie czyni.

Koniec końców wniosek nasuwa się prosty: również do marki Lush nie można podchodzić bezkrytycznie. Jak każda firma kosmetyczna ma produkty lepsze i gorsze, dlatego zanim kupicie jakiś produkt, warto na jego temat trochę poczytać, poszukać recenzji na blogach (np. u mnie, ha ha!;)) albo na YouTube. W ten sposób możecie z pewnością zaoszczędzić kilka cennych "groszy". A może już macie swój idealny produkt do pielęgnacji dłoni i nie musicie szukać dalej? Bardzo jestem ciekawa:)

Pozdrawiam
xoxo
M.

P. S. Już teraz zapraszam Was na kolejną część "Sagi", tym razem w roli głównej wystąpi marka The Body Shop:)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...