Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Czasozabijacz

Czy któraś z Was nie słyszała jeszcze o reality show pod sławetnym tytułem "Tap madl"?;) Myślę, że większość z nas obejrzała choć jeden odcinek z czystej ciekawości... W tym poście mowa jednak będzie nie o, w moim odczuciu, niezbyt udanej polskiej wersji tego programu, ale o amerykańskim oryginale, który jest ostatnio moim czasozabijaczem ;).

Historia tego programu sięga dość daleko wstecz, bo aż do 2003 r. W tym czasie w USA wyemitowano 15 sezonów, szesnasty jest aktualnie w toku. Przez 8 lat przez show przewinęło się ok. 200 dziewczyn różnej rasy, różnego koloru skóry i różnego pochodzenia. Ich cel jest tylko jeden (w trzech postaciach): wygrać kontrakt z wzięta agencją modelek, podpisać umowę ze znaną firmą kosmetyczną (Revlon, Sephora, Cover Girl) i zostać top modelką. Program prowadzi znana amerykańska top model Tyra Banks.

Przyznam szczerze, że nigdy nie zainteresowałabym się tym program, gdyby nie wielki szum wokół polskiej wersji show. Zniesmaczona poziomem tvn`owskiej superprodukcji w ogóle i prezencją "Dżoany" Krupy w szczególe zapragnęłam poznać oryginał. Obejrzałam kilka odcinków i... przepadłam z kretesem.

Amerykańską wersję show charakteryzuje prawdziwy rozmach i polot, którego tak bardzo brakowało Top Model. Zostań modelką. Możemy podziwiać kreacje od największych projektantów, pokazy mody z prawdziwego zdarzenia, profesjonalne sesje zdjęciowe ze znanymi fotografami. Co ciekawe, dziewczyny, które kwalifikują się do programu, to wcale nie klasyczne piękności, cukierkowe Barbie czy chude szczapy, ale często zakompleksione, dalekie od ideały podlotki, które dopiero w programie przechodzą prawdziwą metamorfozę. Oczywiście nie brakuje też zadzierających nosa, wszystkowiedzących damulek, no ale czym byłoby reality show bez typowo babskich intryg i skakania sobie do oczu ;))).

Z największą przyjemnością oglądam zawsze sesje zdjęciowe i ich końcowe efekty w postaci ocenianych później przez jurorów zdjęć. Za każdym razem jestem pod prawdziwym wrażeniem pomysłowości autorów programu, stylistów i przede wszystkim wizażystów (!). Często mam jednak wrażenie, że twórcy show z premedytacją wykorzystują słabości poszczególnych uczestniczek, aby uczynić program bardziej emocjonującym. Jeśli któraś z kandydatek na top model ma obiekcje przed eksponowaniem swojego ciała, w kolejnej sesji z pewnością będzie musiała wystąpić w stroju Ewy, jeśli cierpi na arachnofobię, jej kompanem podczas photoshootingu będzie bez wątpienia wielka tarantula, jeśli ma lęk wysokości, będzie zmuszona zawisnąć w uprzęży nad przepaścią itp. itd. Wiadomo, że nic nie sprzedaje się lepiej jak ludzki strach, łzy i intrygi.

Z jednej strony dzięki temu reality show zaczęłam bardziej interesować się modą, z chęcią przeglądam takie magazyny jak Vogue, Elle czy Twój Styl, zaczynam kojarzyć coraz więcej nazwisk ze świata mody i fotografii. Z drugiej strony irytuje mnie sama idea reality show, gdzie dziewczyny są często poniżane i ośmieszane przez oceniających, a jednocześnie tak żądne sukcesu, że znoszą niemalże każdą niedogodność z uśmiechem na twarzy. Nieważne, czy pozujesz na mrozie w kostiumie kąpielowym, czy ze zwierzem przy boku, którego się panicznie boisz lub brzydzisz, nieważne, że po raz pierwszy w życiu rozbierasz się przed grupą nieznajomych, że przytulasz się do zupełnie obcego, półnagiego faceta, masz być zadowolona, bo przecież modelka nie ma nic do gadania... 
Polecam oglądać ten program z lekkim przymrużeniem oka, nie brać wszystkiego na serio i podziwiać w nim to, co najlepsze, czyli bajeczne stroje, makijaże i świetne zdjęcia.  Show to również świetne studium amerykańskiego społeczeństwa i jego mentalności ;).

Na zakończenie, tak dla smaczku, kilka fotek zdecydowanej faworytki wszystkich obejrzanych przeze mnie dotąd sezonów - Ann Ward:

A Wy co myślicie o tego typu reality show? Podobała się Wam polska wersja programu? Oglądałyście amerykańską? Jestem ciekawa Waszych opinii :)))

P.S. Dla wszystkich zainteresowanych: odcinki America`s Next Top Model są bez problemu dostępne na YouTube, wystarczy jedynie wpisać odpowiednie słowa w wyszukiwarce ;).

poniedziałek, 4 października 2010

Powrót do korzeni

Wspominałam w ostatnim poście lakierowym, że wracam do korzeni. Ów powrót tyczy się nie tylko koloru lakieru na paznokciach, ale również moich preferencji serialowych. Na stronach internetowych umożliwiających oglądanie seriali on-line można czasami znaleźć prawdziwe perełki. Moją ostatnio na nowo odkrytą perłą jest "Ally McBeal" - wspomnienie mych lat "szczenięcych" ;).

(od lewej: Renee Radick, Nell Porter, Billy Thomas, Ally McBeal, John Cage, Richard Fish, Ling Woo, Georgia Thomas)
Pamiętam dobrze moje pierwsze chwile z "Ally" - ześwirowana, kochliwa prawniczka cierpiąca na chroniczne przywidzenia wcale mnie nie zachwyciła. Chyba byłam wtedy zbyt młoda, w każdym razie w 8 klasie podstawówki środowisko bostońskich prawników jakoś mnie nie interesowało. Do czasu...

Na serial natknęłam się ponownie, będąc w liceum, jakoś w połowie drugiego sezonu, i tak pozostałam z nim wiernie już do samego końca, a dzisiaj wracam do niego znowu, w sumie po raz trzeci. To chyba mówi samo za siebie :).
Czy muszę w ogóle komukolwiek streszczać akcję? Wydaje mi się, że serial to klasyk i większość (pań) dobrze go zna. W telegraficznym skrócie napiszę tylko, że akcja toczy się kancelarii prawniczej Cage&Fish, której pracownicy to chodzące osobliwości podejmujące się prowadzenia niemniej osobliwych spraw. Jak się okazuje w Stanach Zjednoczonych można pozwać za wszystko: za noszenie zbyt krótkich lub zbyt długich spódnic, za bycie ładnym lub brzydkim, za molestowanie seksualne w myślach, za  zapasy w błocie i wiele, wiele innych...:D Czasami akcja potrafi sięgać absurdu, a mimo to serial opowiada o samotności, o poszukiwaniu prawdziwej miłości, w dwóch słowach bawi i wzrusza zarazem. Do dziś pamiętam (uwaga dla tych co nie oglądali, będą spoilery) jak w środowy wieczór roniłam gorzkie łzy z powodu śmierci Billy`ego, pisząc do koleżanki sms o krótkiej treści "Billy...", do dziś pamiętam jak zaśmiewałam się z "Ziółka" jąkającego się niczym świnka Porky (ach to słynne "abedeabedeabede..." :D), do dziś pamiętam, jak wzdychałam do Roberta Downey`a Jr., nie mogąc mu jednocześnie wybaczyć, że odszedł. W skrócie "Ally" to dla mnie album pełen wspomnień, do których chętnie wracam.

(Robert Downey Jr. aka Larry Paul)

Za co kocham "Ally McBeal"?
1. Za John`a Cage ("Ziółko"), jego gwiżdżący nos, buty ortopedyczne oraz ćwiczenia izometryczne, a przede wszystkim za taniec z Barry`m White`m w tle (klik) :D
(Peter MacNicol aka John Cage)

2. Za Calistę Flockhart, bo któż mógłby zagrać Ally lepiej?

(Calista Flockhart aka Ally McBeal)

3. Za piosenkę przewodnią (klik) i ogólnie dobrą muzykę :)

(Vonda Shepard aka Vonda Shepard ;D)

4. Za Richarda Fish`a i jego "fiszyzmy" (nic tylko notować!;))

(od lewej: Richard Fish, Nell Porter, Renee Radick, Ally McBeal, Elaine Vassal)
5. Za to, że takie sceny, można zobaczyć tylko w tym serialu :D





A Wy kochacie Ally? ;) Piszcie, piszcie! Jak zwykle jestem żądna Waszych opinii :))).

czwartek, 16 września 2010

"L" jak . . .

Sugerując się Waszymi komentarzami pod jednym z serialowych postów, postanowiłam zapoznać się bliżej z serialem "The L Word" (pl. "Słowo na L"). Nigdy o nim wcześniej nie słyszałam i muszę przyznać, że byłam bardzo ciekawa, o czym też on jest... Myślałam, że mnie - starą serialową wyjadaczkę - nic już nie zdoła zaskoczyć. A jednak...

Zacznijmy może od tego, do czego odnosi się tytułowe słowo na "L". Jeśli powiem Wam,  że w filmie przeważająca liczba głównych bohaterów to kobiety i że serialu w dobie "walki o krzyż" pod Pałacem Prezydenckim nie odważyłaby się zapewne wyemitować żadna polska telewizja, obawiając się posądzenia o szerzenie sodomii, to domyślicie się, co kryje się za tajemniczą literką? Tak, sądzę, że jesteście na dobrym tropie: serial opowiada o lesbijkach


W telegraficznym skrócie: akcja dotyczy losów kilku lesbijek, względnie biseksualnych kobiet (względnie kobiet dopiero odkrywających swoją lesbijską tożsamość), zamieszkałych w Los Angeles, mieście, w którym, jak się okazuje, homoseksualizm jest niezwykle "in". Co jak co, ale sądowiąc się w fotelu w celu obejrzenia pierwszego odcinka, takiej tematyki się nie spodziewałam. Fakt, nieco się zdziwiłam, homofobką jednak w żadnym razie nie jestem, więc brnęłam dalej :).

Znacie to uczucie, kiedy od pierwszego odcinka serialu czujecie, że między Wami a bohaterami na ekranie wytwarza się pewna chemia, tak że nie jesteście w stanie odejść od telewizora i po obejrzeniu jednego odcinka chcecie więcej i więcej? Niestety, w tym wypadku zamiast iskrzyć, zaczęło zgrzytać.

Zgrzyt nr 1: wygląd niektórych bohaterek (naprawdę nie wiem, kto dobierał fryzurę Alice  i Shane, niby drobiazg, ale czasami nawet najmniejsze szczegóły potrafią działać na nerwy).

Zgrzyt nr 2: wątek trójkąta miłosnego pomiędzy Jenny, Mariną  i Timem (Jenny ze swoją wiecznie zbolałą miną cierpiętnicy przywodzi mi na myśl zbłąknaą w lesie sarenkę - to zdecydowanie odbiera jej postaci wiarygodność; Marina z jej hiszpańskim/włoskim/francuskim (?) akcentem, swoją erudycją i tajemniczością również mnie nie przekonuje).

Zgrzyt nr 3: prezentowany obraz kobiet (domyślam się, że środowisko gejowskie różni się od heteroseksualnego i pewnie mentalność lesbijek w jakimś stopniu odbiega od mentalności kobiet heteroseksualnych, ale zgodnie z wizją autorek serialu płeć piękna jest podła, zdradza i kłamie zdecydowanie częściej niż płeć brzydka, która swoją drogą w serialu pojawia się bardzo sporadycznie, co również zapisuję na minus).

 
Serial można z pewnością docenić za kilka ciekawych wątków, jak problem homoseksualnych małżeństw, posiadania przez nie dzieci, zmaganie się z brakiem akceptacji dla odmiennej tożsamości seksualnej w społeczeństwie i rodzinie. Żaden jednak tak naprawdę nie przykuwa uwagi na dłużej, nie ma tego dreszczyka emocji związanego z oczekiwaniem "co będzie dalej???". Nie sądzę również, bym tęskniła za którąś z bohaterek, gdyby nagle zamaskowany oddział "moherowych beretów" postanowił uczynić serial niedostępnym w Polsce ze względu na obrazobórcze treści (scen łóżkowych, jak można się domyślić, tutaj nie brakuje) ;). Przyznaję jednak, że obejrzałam dopiero pierwszy sezon, więc może ci spośród Was, którzy mogą pochwalić się dłuższym stażem w oglądaniu "The L Word" niż ja, będą w stanie mnie zachęcić do sięgnięcia po kolejną serię??? Czekam na sugestie :).

Pozdrawiam
xoxo
M. 

P.S. Mam nadzieję, że moja subiektywna recenzja nie uraziła niczyich uczuć ani osobistych, ani politycznych :).

piątek, 13 sierpnia 2010

Off-top vol. 2

Dziś znowu będzie nie na temat i owo "nie na temat" ponownie będzie dotyczyło seriali, a właściwie jednego konkretnego...

Już jakiś czas temu wspominałam, że trafiłam na nowy "tasiemiec", który mnie "zauroczył". Właściwie zarówno słowo "tasiemiec", jak i "zauroczył" jest tutaj nie na miejscu. Według mnie tasiemcem nie można nazwać serialu, który liczy sobie cztery sezony (do tej pory) po dwanaście odcinków w każdym, bo w końcu gdzie mu tam do słynnej już "Mody na sukces". "Zauroczyć" raczej nie jest również w stanie film, w którym co drugie słowo to f*ck i który dość często potrafi ścisnąć za gardło, a od czasu do czasu nawet przyprawić o depresję. A jednak... Mowa tu o brytyjskiej serii "Skins" (pol. "Kumple").

(Na zdjęciu w górnym rzędzie od lewej: Anwar, Tony, Michelle, Sid; w drugim rzędzie od lewej: Jal, Maxxie, Cassie; w okularach: Chris; u dołu dwie postacie drugoplanowe, których imion niestety nie pamiętam;))

Na serial ten natknęłam się zupełnie przypadkiem. Jedna z amerykańskich guru makijażowych (o ironio!), xsparkage (klik), wspominała o nim w którymś ze swoich filmików, a że ja wciąż szukam serialowych nowinek, czym prędzej postanowiłam się zapoznać. Przyznam, że pierwszy odcinek nie był powalający i trochę mnie znudził. Nie należę do osób o szczególnie wrażliwych na przekleństwa uszach, ale nie jestem również zwolenniczką wulgarnego języka, więc już sam fakt, że bohaterowie co mniej więcej 30 sek. wręcz bombardują nas przeróżnymi wariacjami brytyjskich "kwiatków", przemawiał na niekorzyść "Skins". Ponadto, tematyka koncentrowała się głównie na seksie, co też mnie jakoś szczególnie nie zachwyciło. Postanowiłam jednak mimo wszystko dać serialowi drugą szansę, obejrzałam kolejny odcinek, potem następny i następny, i... wciągnęło mnie na amen. 

(To zdjęcie poniekąd świetnie oddaje charakter serialu, ale proszę się nie zniechęcać;))

Serial opowiada o grupce młodzieży z Bristolu, których życia zdecydowanie nie określiłabym przymiotnikiem "kolorowe". Barwne może ono i jest, ale raczej w negatywnym znaczeniu tego słowa. Niby codzienność bohaterów to nieustająca impreza, ale cały czas ma się wrażenie, że ta ciągła zabawa, alkohol, narkotyki to tylko sposób na zagłuszenie codziennych problemów. A jest ich sporo: anoreksja, związki, przyjaźnie, miłosne trójkąty, homoseksualizm, skoncentrowani wyłącznie na sobie rodzice, utrata bliskich, niechciane ciąże itp. itd.

Serial zasługuję na uwagę choćby z tego względu, że jest to brytyjska produkcja, która moim zdaniem przełamuje wiele schematów typowych przykładowo dla amerykańskich seriali, którymi karmi nas polska TV i które sprzedają nam nieco wypaczony obraz świata. W "Skins" nie odnajdziemy jednak również polskiej rzeczywistości, mimo wszystko model dorastania w Wielkiej Brytanii wygląda zupełnie inaczej niż u nas, nastolatkowie są zdecydowanie bardziej wyzwoleni, o wiele wcześniej zaczynają samodzielne życie, rodzice zdają się być o wiele bardziej "wyluzowani". Czy jednakże właśnie taki styl życia nie czeka nas za kilka lat? Nie wykluczałabym takiej możliwości... Może warto  więc dowiedzieć się, z czym my jako potencjalni rodzice możemy mieć kiedyś do czynienia;).

  
To, co mnie zdecydowanie urzekło, to sposób konstruowania fabuły. Każdy odcinek skupia się na innym bohaterze serialu, kontynuując jednocześnie ogólne wątki. W ten sposób o wiele lepiej możemy poznać zarówno osobowości poszczególnych postaci jak i przyczynę ich problemów. Nie będę tutaj raczyć Was opisami, kto jest kim, gdyż mi osobiście największą przyjemność sprawiało odkrywanie tajemnic każdego z bohaterów podczas "pochłaniania" poszczególnych odcinków serialu. Są to bez wątpienia osobowości niezwykle barwne, podobnie zresztą jak ich perypetie. Trudno byłoby mi zdecydować się na jednego ulubieńca, gdyż każdy  bohater jest inny i ma w sobie coś wyjątkowego, za co zasługuje na szczególną sympatią. Ulubiony odcinek? Do tej pory obejrzałam dwa sezony i najbardziej spodobał mi się epizod (bodajże) siódmy z pierwszej serii (ten, w którym bohaterowie jadą na wycieczkę do Rosji, by namacalnie poznać historię komunizmu) - rozbawił mnie do łez, zazwyczaj jednak serial jest niesamowicie smutny, momentami wręcz depresyjny.

Uwaga! Osobom, które są bardzo wrażliwe na wulgaryzmy i którym nie odpowiada ciągłe poruszanie tematyki seksualnej, serial z pewnością się nie spodoba. Główne wątki kręcą się przede wszystkim wokół takich problemów jak seks, przyjaźń, miłość (dokładnie w tej kolejności). Myślę też, że nie jest to film odpowiedni dla osób poniżej 16 roku życia, ja na pewno nie pozwoliłabym go oglądać moim nastoletnim dzieciom, dla ich i mojego dobra;).







A może mieliście już przyjemność obcować ze "Skins"? Jeśli tak - jestem bardzo ciekawa Waszych opinii, jeśli nie - chętnie się dowiem, czy chcielibyście obejrzeć ten serial. Ja już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę  trzeci sezon. Z tego, co się orientuję, serial jest nadal emitowany i z pewnością jesienią pojawi się kolejna, już piąta seria.

Tutaj możecie poczytać co nieco jeszcze na temat fabuły i obsady:)

Pozdrawiam Was i zachęcam do oglądania:)
xoxo
M.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Serialowy off-top


Godzina 21:00. Dziś (o dziwo!) dość prędko uporałam się z pracą. To pewnie dzięki temu, że temperatura spadła o jakieś 10 stopni. Nareszcie! Jednak mogę ufać mojemu weatherbug, polecam Wam zainstalowanie sobie takiego cudeńka. Ale do rzeczy... godzina 21:00, wolny wieczór, czemu by nie napisać posta? Dziś jednak będzie "off-topowo" i pewnie jak zwykle długo, więc zanim zasiądziecie do lektury, może warto by zaparzyć sobie kawę, herbatkę, nalać soczku? Zachęcam:)

Rzecz dziś będzie o mojej drugiej "hobbymanii", a mianowicie o serialach. Tak, musicie wiedzieć, że oprócz tego, że mam bzika na punkcie kosmetyków, mam również fioła na punkcie seriali. Ale nie zrozumcie mnie źle, nie jestem zwolenniczką tasiemców w stylu "Moda na sukces", w którym w 4657886 odcinku Ridge przekonuje się, że Brook jest jego ojcem (absurdalne, ale w tym serialu wcale nie niemożliwe!), ani telenowel typu "Klan" czy "M jak miłość", choć przyznaję, że z dwoma ostatnimi miewałam bliskie spotkania przed telewizorem, ale to było dawno temu i nieprawda;) Niestety poziom polskich seriali pozostawia wiele do życzenia (mam tu na myśli seriale aktualnie emitowane, nie zaś klasyki typu "Wojna domowa" czy "Alternatywy 4", które po prostu uwielbiam), dlatego oglądam głównie te zagraniczne, przeważnie produkcji amerykańskiej (jedyną polską perełką w tej chwili jest dla mnie serial "Usta, usta" z m. in. Pawłem Wilczakiem w roli głównej, który jest po prostu stworzony do roli komediowych). 

Swoich ulubieńców postanowiłam podzielić na trzy kategorie: ulubieńców wszech czasów, ulubieńców i chwilowych ulubieńców. No to jedziemy...
Do pierwszej kategorii załapały się seriale, które po prostu uwielbiam, które obejrzałam już w całości po kilka razy i które mogłabym nadal oglądać.

Na pierwszym miejscu znalazł się... ta daaam....
"Przyjaciele" to zdecydowanie mój ulubiony serial. Czy w ogóle muszę go przedstawiać? Czy po tej ziemi stąpa jeszcze ktoś, kto go nie zna? Nie sądzę! Gdyby jednak gdzieś znalazł się taki delikwent, to w skrócie przybliżę, że tematem serialu są po prostu perypetie, jak sam tytuł wskazuje, szóstki przyjaciół, którzy w większości mieszkają w jednym budynku, spotykają się w kawiarni pod blokiem, wciąż się zakochują i odkochują, wychodzą za mąż, rodzą dzieci itp. itd., czyli samo życie (ale za to w Nowym Jorku!). 10 serii, ok. 240 wspaniałych odcinków, 6 barwnych postaci (od lewej: Monica, Phoebe, Rachel, Joey, Chandler i Ross) i, co najważniejsze, śmiechu co nie miara. Nie pamiętam serialu, na którym co jakieś 30 sek. wybuchałabym śmiechem i to za każdym razem, jak go oglądam. Nieważne, czy dany odcinek widzę 2, 3 czy 10 raz, zawsze śmieję się tak samo. Moja ulubiona postać? Trudno byłoby mi się zdecydować, ale chyba Phoebe za jej cudowne nieprzystosowanie do życia i słodką naiwność. Ulubiony odcinek? Zdecydowanie ten, w którym Joey mówi po francusku (sezon 10, odcinek 13). Jeśli jeszcze nie oglądaliście tego serialu, to czym prędzej musicie uzupełnić te braki. Zapewniam Was, że nie pożałujecie:)

Ok, czas na miejsce drugie. Ta daaaam...
Tych czterech pań chyba również nie muszę Wam przedstawiać? "Seks w wielkim mieście" to zdecydowanie mój drugi ulubieniec wszech czasów. Kocham ten serial nie tylko ze względu na cztery fantastyczne główne bohaterki (od lewej: Charlotte, Carrie, Samantha, Miranda), ale przede wszystkim ze względu na piątego, niemego bohatera, którym jest Nowy Jork, miasto, które zdecydowanie znajduje się na pierwszym miejscu mojej listy "Miejsca, które chcę zobaczyć". Dla niewtajemniczonych (których jak sądzę tutaj nie znajdę, no ale nigdy nie wiadomo;)) każdy odcinek serialu to coś jakby felieton pisany przez Carrie dla jednej z nowojorskich gazet. Opisuje ona damsko-męskie perypetie kochających modę, mniej więcej trzydziestoletnich (choć tylko na początku) singielek. Podoba mi się, że serial porusza często tematy kontrowersyjne, związane oczywiście z seksem, więc uwaga, serial nie stroni od scen z pieprzykiem, dlatego radzę się zastanowić, w jakim towarzystwie go oglądacie;) Oczywiście wszystko pozostaje w granicach dobrego smaku:) Moja ulubiona postać? Znowu trudno mi się zdecydować. W pierwszej kolejności chyba Carrie, bo wokół niej wszystko się kręci, w drugiej chyba Mr. Big, bo jest słodkim draniem, a wiadomo, kobiety takich lubią najbardziej. Ulubiony odcinek? Brak. Ale mam swoją ulubioną scenę, choć, o dziwo nie pochodzi ona z serialu, a z pierwszej części pełnometrażowego filmu i jest to scena, w które Carrie pakuje swoje rzeczy przed przeprowadzą do nowego mieszkania, w którym ma zamieszkać z Big`iem po ślubie. Gwoli ścisłości, wielką fanką kinowej wersji nie jestem, ale jest to z pewnością miłe spotkanie z ulubionymi bohaterkami po latach:)

Post zaczyna się niebezpiecznie rozrastać;) Jesteście jeszcze ze mną? Mam nadzieję, w końcu czas na miejsce trzecie. Ta daaaam...
Poznaliście już "Dextera"? Jeśli nie, to w sumie nie wiem, czy chcielibyście go poznać, choć w gruncie rzeczy jest to chyba najsympatyczniejszy seryjny morderca, jakiego udało mi się spotkać na telewizyjnym ekranie, ale strzeżcie się, jeśli macie coś na sumieniu, wtedy może stać się groźny;) Za ten serial wielkie brawa dla jego twórców! Sztuką jest stworzenie tak psychologicznie skomplikowanej, niejednoznacznej postaci. Z jednej strony pracownik policyjnego laboratorium, kochający brat, partner, z drugiej ćwiartujący swoje ofiary zabójca. Nie będę się tu rozpisywać, w razie gdybyście nie mieli jeszcze przyjemności obcować z tym serialem, który wciąż jest emitowany. Nie mogę się doczekać nowego sezonu jesienią! Ulubiona postać? Debra za jej niewyparzony język;) Ulubiony odcinek? Tu bym skłaniała się raczej ku ulubionemu sezonowi (sezon 2). Jeśli jesteście osobami o słabych nerwach, bez obaw, serial nie jest przesadnie drastyczny. Początkowo bałam się, że będzie obrzydliwie, ale nie, po obejrzeniu jednego odcinka chce się więcej i więcej, bo w każdym odkrywa się rąbek tajemnicy. Polecam!

Czas na drugą kategorię, czyli ulubieńców. Do niej zaliczam seriale, które bardzo lubię, które chętnie oglądam, ale którym jeszcze co nieco brakuje, aby zakwalifikować się do pierwszej kategorii. W pierwszej kolejności chciałabym wymienić "The Big Bang Theory", czyli "Teorię wielkiego podrywu".

Jest to dwudziestominutowy serial komediowy, który opowiada perypetie grupki totalnie oderwanych od rzeczywistości fizyków (od lewej: Sheldon, Leonard, Howard, Raj) oraz ich niezbyt rozgarniętej sąsiadki (w środku: Penny). Chłopcy oprócz tego, że żyją nauką, próbują usilnie podrywać płeć przeciwną, oczywiście z dość opłakanym skutkiem. Serial jest niezwykle zabawny, a przy okazji można się co nieco dowiedzieć o prawach fizyki;) Ulubiona postać? Forever and always Sheldon Cooper! Po prostu uwielbiam jego natręctwa, jest niczym zwierzątko z innej planety. Ulubiony odcinek? Ten, w którym Penny wciąga się w gry online. Po prostu mistrzostwo!

Kolejny komediowy ulubieniec to "The Office".
Serial bardzo, bardzo specyficzny. Określiłabym go mianem "z kamerą wśród zwierząt", gdyż właśnie w takiej konwencji jest utrzymany. Mamy wrażenie, że film to ciągły reportaż o pracownikach biura w niejakim Scranton. Powala mnie specyficzny humor tego serialu. Początkowo wydawał mi się jakiś taki... nijaki, ale kilka odcinków wystarczyło, żeby się wciągnąć. Biuro to zbiorowisko najdziwniejszych postaci w jednym miejscu. Obraz nieco demotywujący, ale za to przezabawny! Moja ulubiona postać to zdecydowanie Dwight Shrute (na zdjęciu pierwszy po lewej) ze względu na jego "miłość" do natury  i manie prześladowcze. Nie mam tutaj ulubionego odcinka, ale praktycznie każdy zawiera jakiś smaczek;)
Do moich ulubieńców zaliczają się jeszcze: "Greys Anatomy", czyli "Chirurdzy" głównie ze względu na wartką akcję i ciekawe przypadki, "Desperate Housewives", a więc "Gotowe na wszystko", choć tutaj muszę powiedzieć, że jakość serialu z sezonu na sezon się pogarsza, na koniec w tej kategorii "Gilmore Girls", czyli "Kochane kłopoty", bo uwielbiam atmosferę tego małego miasteczka, w którym rozgrywa się akcja, no i postaci są niesamowicie hmmm... interesujące? Kto oglądał, ten wie, o czym mowa;) Nie będę się tutaj dłużej rozpisywać na ich temat, bo do jutra nie odejdę od komputera;) A chciałabym jeszcze przejść do tymczasowych ulubieńców, a więc seriali, które odkryłam ostatnimi czasy i które pochłonęłam w try miga.

Pierwszym z nich jest "True Blood". Tak, wiem, kolejny serial o wampirach. Sama początkowo nie byłam do niego przekonana i nawet śmiałam się z mojego mężczyzny, co też on ogląda, ale ostatecznie po obejrzeniu mniej więcej dwóch pierwszych odcinków niesamowicie się wciągnęłam. Historia opowiada o mieszkańcach małego miasteczka w stanie Luizjana o wdzięcznej nazwie Bon Temps. Wszyscy wiedzą o istnieniu wampirów na świecie, które dysponują nawet swoim politycznym lobby (sic!), ale okazuje się, że nie są to jedyne dziwne stworzenia, które stąpają po naszej ziemi. Serial bywa momentami nieco drastyczny, ale stanowi miłą odmianę dla moim zdaniem nieco kiczowatej sagi "Zmierzch" (mam nadzieję, że fani wybaczą mi to określenie;)). Ulubiona postać to bez wahania Eric, bo jest taki tajemniczy i coś w sobie ma. Ulubiony sezon to sezon nr 2. Właśnie rozpoczęła się trzecia seria i niestety mam dość mieszane uczucia, póki co mnie nie wciągnęła za bardzo, co jednak nie zmienia faktu, że pierwsze dwie są godne polecenia.

I nadszedł czas na moje ostatnie odkrycie (ufff!), jest nim "Glee". Serial bardzo świeży, dopiero zakończyła się pierwsza seria, jest on jednak zdecydowanie godny polecenia, zwłaszcza dla fanów dobrej muzyki, gdyż właśnie o tym on opowiada, o muzyce. Głównymi bohaterami są uczniowie śpiewający w szkolnym chórze. Akcja jest dość powierzchowna, takie tam damsko-męskie perypetie, pierwsze miłości, niechciane ciąże itp., ale oprawa muzyczna czyni serial zdecydowanie unikalnym. Ciekawe jest również zestawienie głównych bohaterów, którzy prezentują całą masę pokręconych osobowości: od wiecznie szykanowanej szarej myszki, poprzez odkrywającego swoją tożsamość geja, po zabiegające o popularność cheerleaderki, do tego dochodzi jeszcze nauczycielka z nerwicą natręctw i znęcająca się nad wszystkimi trenerka o w gruncie rzeczy gołębim sercu. Moja ulubiona postać? Zdecydowanie gej Kurt, bo jest przezabawny i słodki. Ulubiony odcinek? Tutaj skłaniałabym się raczej ku ulubionym gleeps`om, czyli w moim slangu, utworom muzycznym i ich tanecznej aranżacji. Są to w sumie trzy piosenki: "U Can`t touch this" MC Hammera wykonane w bibliotece zobacz, "I Wanna Sex You Up" zobacz i "Bust Your Windows" w wykonaniu Mercedes posłuchaj.

Dobrnęłam do końca! Jupi!!! Ciekawa jestem, czy jeszcze jesteście ze mną??? Czy dotrwaliście do końca??? Pewnie już nawet zdążyła Wam się skończyć kawa... ;) Co myślicie o takich off-topach??? Dajcie znać w komentarzach, bo...
Pozdrawiam Was gorąco, jest 23:05, odmeldowuję się!

xoxo
(dziś) mojaSERIALOmania

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...