Dostałam ostatnio dość pokaźną paczkę od firmy Irena Eris, w której znalazły się kosmetyki takich marek jak Lirene i Pharmaceris. W najbliższym czasie możecie spodziewać się więc szeregu recenzji, które mam nadzieję Was nie znudzą. Zapewniam, że możecie liczyć na rzetelność moich opinii i że podobnie jak ja znajdziecie tutaj swoje perełki.
Przechodząc do rzeczy, dziś zacznę od produktu, który było mi przetestować najłatwiej, mianowicie od miodowego kremu regenerującego do szorstkiej skóry rąk Lirene (100 ml, cena: 7,99 zł). Swojego faworyta już mam, pisałam o nim tutaj >>>>KLIK<<<<, czy więc produkt Lirene jest w stanie konkurować z moim wybrankiem?
Nasze początki były dość trudne. Krem ma gęstą konsystencję, jest dość "nieśmiały" i nieco trudno wydobyć go z tubki, jeśli już jednak nam się to uda, możemy liczyć na przyjemny zapach i szybkie wchłanianie. Nasuwa się jednak pytanie, czy można na nim polegać w każdej sytuacji? W okresie zimy skóra moich dłoni jest dość wymagająca, często bywa przesuszona, spierzchnięta na kostkach, niekiedy potrafi wręcz pękać. Początkowo byłam przekonana, że krem sobie nie poradzi i przez kilka pierwszych dni stosowania faktycznie tak było, dopiero z czasem zaczęłam dostrzegać poprawę. Podczas regularnego używania skóra dłoni uległa wygładzeniu i zaczęła wyglądać na zadbaną. Systematyczność jest więc tu zdecydowanie kluczem do udanego związku ;). W ostatecznym rozrachunku chyba jednak nie zdradzę kremu Kamill na rzecz Lirene. Bez wątpienia jest to porządny kandydat "do ręki", ale nie ten jedyny ;))).









