wtorek, 10 grudnia 2013

Coffee kontra Teddy

Kredka do oczu to dla mnie kosmetyk nieodzowny. Rzadko rysuję kreski na górnej powiece, ale bez podkreślenia dolnej linii rzęs nie wyobrażam sobie makijażu. Konturówka idealna ma odcień ciemnego brązu, nie jest ani za twarda, ani za miękka, rysuje kreskę bez konieczności milionowych poprawek, długo się trzyma, urozmaicenie w postaci delikatnego połysku jest również mile widziane.

Długie miesiące służyła mi kredka MAC Eye Pencil w odcieniu Coffee, która ma się już ku końcowi. Byłam z niej bardzo zadowolona, choć może nie był to ideał. Do gustu przypadł mi szczególnie kolor - odcień ciemnego, chłodnego brązu, który łądnie podbija zieloną tęczówkę. Wbrew pozorom niełatwo jest taki znaleźć na drogeryjnych półkach. Rysik dość gładko sunie po powiece, trwałość jest również bez zarzutu, choć muszę zaznaczyć, że kreskę utrwalam przeważnie cieniem do powiek w podobnym odcieniu.

Aktualny egzemplarz z powodzeniem mogłabym zastąpić nowym w dokładnie tym samym kolorze, o już sprawdzonej formule, ale wtedy życie byłoby nudne ;). Spragniona nowości i nieznanego w swojej kosmetyczce Eye Pencil Coffee postanowiłam zastąpić Eye Kohl w odcieniu Teddy.




Jest to zdecydowanie cieplejsza wersja brązu o satynowym wykończeniu. Mimo że gustuję raczej w chłodnych odcieniach, ten wyjątkowo mi się podoba. Kolor jest dość uniwersalny i powinien dobrze się komponować z każdą tęczówką. Szczególnego uroku dodaje mu moim zdaniem wspomniany już połysk, który sprawia, że odcień jest trójwymiarowy i niejednoznaczny. Rysik ma optymalną strukturę, bardzo łatwo narysować nim jednolitą i precyzyjną kreskę, która na powiece utrzymuje się aż do chwili demakijażu.



Konturówki MAC to solidna inwestycja (Coffe: 64 zł, Teddy: 74 zł). Przez moją kosmetyczkę przewinęło się już wiele kredek i zdecydowanie najchętniej sięgam właśnie po te. Za ceną idzie jakość i duża wydajność. Jeśli więc jest to kosmetyk, po który sięgacie na co dzień, a jeszcze nie znalazłyście swojego ideału, może warto rozważyć zakup. Ze mną Teddy na pewno zostanie na dłużej :).





piątek, 6 grudnia 2013

Mikołajkowe rozdanie z Firmoo

Ho, ho, ho!

Z okazji Mikołajek i zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia mam dla Was małe rozdanie. Fundatorem nagród jest sklep internetowy Firmoo.com, a skoro mowa o Firmoo, to oczywistą oczywistością jest, że do wygrania będą okulary. Z pewnością ucieszą się okularnicy, ale i osoby o sokolim wzorku powinni poczuć się usatysfakcjonowane, bo w ofercie sklepu i zerówek, i okularów przeciwsłonecznych nie brakuje. Na lato 2014 będą jak znalazł ;). Ale do rzeczy!




Nagrody:

  • 1 para wybranych przez Was okularów korekcyjnych lub przeciwsłonecznych z Firmoo Classic Series wraz z darmową przesyłką
  • 5 voucherów "50% zniżki" dla 5 kolejnych osób na wybrane przez nie oprawki wraz z darmową przesyłką
Co trzeba zrobić, aby wziąć udział:
  • Być publicznym obserwatorem mojego bloga
  • Pod tym postem zostawić komentarz wyrażający chęć wzięcia udziału w rozdaniu oraz zawierający Twój adres e-mail i  link do wybranej przez Ciebie pary okularów z Firmoo Classic Series
  • Posiadać adres w kraju, do którego Firmoo wysyła swoje produkty (LISTA)
  • Opublikować informację o niniejszym rozdaniu oraz programie Firmoo "Pierwsza para okularów za darmo"* na używanym przez Ciebie portalu społecznościowym i zamieścić linka do niej w komentarzu (+1 los za każdy portal)
Pozostałe informacje:
  • Organizatorem rozdania jest blog mojakosmetykomania.blogspot.com
  • Fundatorem nagrody jest sklep Firmoo.com
  • Zgłoszenia można nadsyłać od chwili publikacji posta do 13.12.2013 do godz. 23:59
  • Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losową
  • Adresy e-mail Zwycięzców zostaną przekazane do Firmoo.com celem wygenerowania kodów zakupowych/zniżkowych
  • Po otrzymaniu kodu na swój adres e-mail Zwycięzca samodzielnie składa zamówienie na wybrane przez siebie oprawki/okulary
  • Za dostarczenie przesyłki odpowiada Fundator nagrody
  • Organizator nie ponosi odpowiedzialności za niedostarczenie lub nieterminowe dostarczenie przesyłki przez Fundatora do  Zwycięzców
Jeśli więc marzy Ci się para nowych okularów pod choinką lub chciał(a)byś obdarować kogoś bliskiego, wystarczy, że zostawisz stosowny komentarz, a Mikołaj być może sam zapuka do Twych drzwi :).

Jeśli chcecie poznać moją opinię na temat okularów Firmoo, zapraszam Was do tego >>>posta<<<.


*Sklep Firmoo oferuje każdemu nowemu klientowi pierwszą parę okularów za darmo. Jedyny koszt, jako trzeba ponieść to cena przesyłki.



środa, 4 grudnia 2013

List do M. vol. 3

Idą Święta, więc najwyższy czas na podsumowanie zeszłego roku i nowy list do Świętego. W sferze niematerialnej generalnie niczego mi nie brakuje, wszyscy w moim najbliższym otoczeniu są zdrowi i szczęśliwi, w związku z tym skupię się na chciejstwach w czystej postaci. Nie oczekuję, że zostanę zasypana wymienionymi tu prezentami, ale doświadczenie pokazuje, że zebranie wszystkiego do kupy, ułatwia mi spełnienie tego typu zachcianek.

W zeszłym roku życzyłam sobie:

I. X Box 360 i Kinect

Nie mam i mieć nie zamierzam. Po pierwszym zachwycie ochota na posiadania takiego sprzętu we własnym domu jakoś mi przeszła, chyba głównie ze względu na cenę tego urządzenia. U znajomych jednak zawsze chętnie poskaczę :).

II. Laptop

Nowego-starego laptopa podarował mi chłopak. Jest w świetnym stanie, w związku z czym nie widziałam potrzeby zakupu całkiem nowego.


III. Samsung Galaxy III

Mam i kocham! Dla blogerki porządny smartfon to jednak narzędzie niezbędne ;).


IV. Wakacje w tropikach

Były! Choć Fuerteventura to może nie tropiki, ale i tak było pięknie, słonecznie i ciepło, czyli dokładnie tak, jak chciałam. Na Kanary mam zamiar wrócić w przyszłym roku :).


V. Pierścionek Florentines

Nie mam, ale dostałam inny, też całkiem ładny :D


VI. Bibeloty

Coś tam mi przybyło, choć niewiele. Ze wszystkich pomieszczeń w mieszkaniu na pewno sypialnia nabrała najwięcej charakteru.


W tym roku życzę sobie:

I. Biżuteria Tous

Misie fascynują mnie już od jakiegoś czasu i chętnie przygarnęłabym coś z salonu Tous.. Może np. taką bransoletkę? Podoba mi się jednak o wiele więcej ;).

II. Zegarek Micheal Kors

Lubię duże zegarki w odcieniach złota, a Kors to już klasyka. Wygląda pięknie i pasuje w zasadzie do wszystkiego.

III. Torba od Dzikiego Józefa

Ciągle przewija się w moich postach, bo ciągle o niej myślę, a od kiedy miałam okazję zobaczyć te cacuszka na żywo, to już w ogóle włącza mi się chciejstwo zaawansowane. Przygarnęłabym czarną, podłużną, sztywną ;D.

IV. Zimowe ubrania do biegania

Ostatnio nie trenuję na zewnątrz, bo brak mi odpowiednich ubrań. W marcu planuję jednak pierwszy oficjalny start w Maniackiej Dziesiątce, więc nie ma to tamto, tylko trzeba się zaopatrzyć w długie spodnie, bieliznę termiczną, czapkę i rękawiczki i ruszyć w trasę. Kocham biegać, czy już to gdzieś pisałam?

V. Żeliwne hantle

Wkrótce kończę program treningowy Insanity i chciałabym zrobić wreszcie pierwsze podejście do Zuzki. W zanadrzu mam też jeszcze jeden program treningowy Chalean Extreme. Będą hantle, będzie dodatkowa motywacja!
VI. Balsam otulający do dłoni Put and Rub

Kosmetycznie generalnie jestem zaspokojona. Ten balsam jednak za mną chodzi już jakiś czas. Może Święty zdąży mi go jeszcze przynieść przed końcem grudnia ;).

VII. Kosmetyki Mizon

No i dalej wierzę w cudowne działanie ślimaczego śluzu i jego zbawienny wpływ na cerę. Chętnie przygarnęłabym serum, krem do twarzy i pod oczy, a przede wszystkim wodoodporny krem BB.


Na tym lista moich osobistych chciejstw się kończy, choć nie ukrywam, że przygarnęłabym też kilka bardzo praktycznych sprzętów kuchennych jak np. moździerz, suszarkę do sałaty, czajnik elektryczny, malakser... Kto mnie śledzi na Instagramie ten wie, że staram się rozwijać kulinarnie i wszystko, co ułatwia życie w kuchni jest przeze mnie jak najbardziej pożądane ;).

A jakie Wy macie życzenia do M.? Piszcie w komentarzach lub linkujcie - uwielbiam czytać takie posty :)



poniedziałek, 2 grudnia 2013

Femme Fatale

Po lakier L`Oreal z serii Color Riche sięgnęłam zachęcona pozytywnymi opiniami na blogach. Celowałam w czerń, ale akurat nie było, więc z okazji -40% w Rossmannie chwyciłam ponadczasową czerwień o numerze 403 i uwodzicielsko brzmiącej nazwie Femme Fatale. Zgodzicie się chyba, że czerwieni przecież nigdy za wiele? :)


Po lekturze tylu pochlebnych opinii od  Femme Fatale oczekiwałam naprawdę sporo, bo musicie wiedzieć, że z lakierami jakoś mi ostatnio nie po drodze. Malowanie doprowadza mnie do szału, a odpryski pojawiają się najczęściej już kolejnego dnia. Żeby kolor utrzymał się na moich paznokciach dłużej niż 24 h, musiałabym tylko siedzieć i pachnieć, a to raczej niewykonalne.



Emalia zamknięta w zaledwie 5 ml buteleczce (cena regularna: ok. 23 zł, w promocji: ok. 13 zł) okazała się bardzo trafionym zakupem. Lakier ma świetną, żelową konsystencję, która pozwala rozprowadzić kolor równomiernie po płytce. Intensywność można stopniować, dokładając kolejne warstwy. Schnie w mgnieniu oka bez wspomagaczy. Sam z siebie cudownie się błyszczy. I, co najważniejsze, jest trwały, bo na moich kapryśnych paznokciach, trzyma się nawet 3-4 dni. Sukces na całej linii!


Jedyny minus to w zasadzie cena i pojemność, bo po zaledwie kilku aplikacjach w buteleczce ostała się może połowa. Z drugiej jednak strony mogę być pewna, że lakier zużyję do końca, nim zdąży zgęstnieć i będzie nadawał się jedynie do wyrzucenia.



I jak Wam się podoba? Stawiacie na klasykę na paznokciach czy może wolicie bardziej odjechane kolory? :)




niedziela, 1 grudnia 2013

Niedzielne grzeszki, czyli Chocolate Chip Cookies

Weekend bez czegoś słodkiego to weekend zdecydowanie stracony. Od dobrych 6 miesięcy słodycze jadam sporadycznie, ale jak już grzeszę to najchętniej za sprawą domowych wypieków. Ciasteczka z kawałkami czekolady do najzdrowszych nie należą, ale są pyszne i, co najważniejsze, bardzo szybkie w przygotowaniu. Ciasteczkowe potwory (jak ja!) będą naprawdę zachwycone. Jeśli więc nie macie pomysłu na niedzielny deser, może właśnie te ciasteczka trafią w Wasze gusta.

Oryginalny przepis w wersji anglojęzycznej znajdziecie na blogu Handle the Heat, do mnie trafił za pośrednictwem koleżanki (dzięki Martyna :*), do tego doszły moje małe modyfikacje et voila... Chocolate Chip Cookies w pełnej odsłonie.


Składniki (ok. 12 ciastek):

150 g mąki
100 g masła lub margaryny
1 jajko
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
3 łyżki białego cukru
4 łyżki brązowego cukru
1/2 tabliczki czekolady pokrojonej w drobną kostkę

Wykonanie:

Masło, jajko, cukier i wanilię zmiksować na jednolitą masę, dodać mąkę z solą i sodą, ponownie zmiksować. Po uzyskaniu jednolitej masy dodać kawałki czekolady i jeszcze raz wymieszać. Ciasto powinno mieć lepką konsystencję. Następnie rozgrzać piekarnik do 180 st., blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto najlepiej nakładać łyżką, zachowując odstęp pomiędzy porcjami ciasta. Kulki wyłożone na blachę spłaszczą się podczas pieczenia i urosną. Jeśli chcecie uzyskać ciastka większych rozmiarów, wystarczy rozpłaszczyć porcje ciasta podczas nakładania na blachę. Piec ok. 9-10 min.

Ważne uwagi:

1. Jeśli chcecie, aby ciastka były choć odrobinę zdrowsze, zwykłą mąkę możecie zastąpić pełnoziarnistą, jest ona jednak dość ciężka, warto więc dać jej odrobinę mniej.

2. Ilość cukru możecie spokojnie dopasować do swoich potrzeb. W mojej wersji i tak została ona już znacznie okrojona, a ciastka nadal są słodkie. Biały cukier zastępuję najczęściej ksylitolem, który jest znacznie mniej kaloryczny. Można go też zastąpić też stevią lub fruktozą, ale wtedy uwaga na odpowiednie proporcje!

3. Czekolada może być zarówno gorzka jak i mleczna. Próbowałam obie wersje i mi bardziej smakuje wersja z mleczną czekoladą, gorzka czekolada jest zbyt wyrazista w smaku.

4. Ekstrakt z wanilii zastępuję syropem do kawy o smaku waniliowym - sprawdza się wyśmienicie.

5. Jeśli nie macie miksera, ciasto można wyrobić ręcznie. Będzie się kleić do łapek jak cholera, ale warto się pomęczyć dla tego smaku ;).

6. Ciastka zaraz po upieczeniu są dość miękkie, warto im więc dać trochę odpocząć. Im dłużej poleżą, tym bardziej będą kruche.

Smacznego! I niech Wam idzie w cycki :D



sobota, 30 listopada 2013

Peany na cześć wody termalnej Uriage

O tej cudownej wodzie w blogosferze napisano już wiele, głównie w samych superlatywach. Moja chęć posiadania tego produktu rosła z każdą czytaną recenzją. Wodę termalną Uriage zachwala się za solidny atomizer rozpylający idealną mgiełkę, za formę aplikacji, która nie wymaga osuszania, za zawartość minerałów, za fantastyczne działanie. I jak tu przejść obojętnie koło takich pochwał? No po prostu się nie da!

Tak o wodzie Uriage pisze producent:
Idealny produkt do codziennej pielęgnacji. Woda Termalna Uriage unikalna ze względu na swoją izotoniczność i skład mineralny. Jest to jedyna taka Woda Termalna, nie wymagająca osuszania po aplikacji. Woda Termalna Uriage pozwala zachować równowagę osmotyczną i integralność komórek naskórka. Dzięki tej właściwości po spryskaniu skóry Wodą Termalną Uriage nie osuszamy jej, pozwalając minerałom na działanie. Skuteczność Wody Termalnej Uriage została udowodniona w badaniach klinicznych.

Wodę kupiłam głównie z myślą o stosowaniu jej po nałożeniu makijażu w celu związania ze sobą wszystkich jego warstw i pozbycia się efektu widocznie upudrowanej buzi. Był to zdecydowany strzał w 10. Wystarczy rozpylić na twarz delikatną mgiełkę, by wszystkie nałożone na buzię produkty stopiły się ze sobą i dały naturalny efekt idealnej, promiennej cery bez uczucia lepkości (jak w przypadku różnego rodzaju mgiełek) i maski (jak w przypadku spray`ów przedłużających trwałość makijażu). Buzia po zastosowaniu nie tylko wygląda naturalniej, ale i sam makijaż utrzymuje się na niej dłużej.

Jakby tych wszystkich zbawiennych właściwości było mało, woda sprawdza się również świetnie nałożona na skórę saute. Fantastycznie ją wtedy tonizuje, niweluje zaczerwienienia, przywraca ogólną równowagę. W smaku jest delikatnie słona, co wskazuje na zawartość soli mineralnych, mających zbawienny wpływ na moją dość problematyczną skórę.


Wszystkim blogerskim zachwytom nad tym produktem pozostaje mi jedynie przyklasnąć i do nich dołączyć. Sama od kilku tygodni zadaję sobie pytanie: "Jak ja mogłam bez tego żyć?!". Nawet dość wysoka cena (ok. 45 zł za 300 ml) mnie nie zniechęca (zresztą często można natknąć się na promocje). Uriage zdecydowanie ma już swoje stałe miejsce w mojej kosmetyczce :).




poniedziałek, 25 listopada 2013

Dezodoranty/antyperspiranty

Dezodoranty/antyperspiranty to produkty niesamowicie przyziemne, o których otwarcie mówi się rzadko, a które każdy w swojej łazience ma i systematycznie używa (oby!). Dzięki uprzejmości marki Dove miałam okazję ostatnimi czasy testować całą gamę ichnich antyperspirantów. Testy były dłuuugie, bo postawiłam sobie za cel denkować każde z opakowań solidnie i przed skończeniem jednego nie rozpoczynać kolejnego. Dało mi to możliwość wypróbowania rzeczonych kosmetyków w niemalże każdej możliwej sytuacji: podczas upałów, nocnych zabaw, wysiłku i tym podobnych sytuacji. Jeśli jeszcze nie macie swojego idealnego "deo", może ta recenzja Was zainteresuje :).


Osobiste upodobania w przypadku antyperspirantów to rzecz kluczowa. Jedni wolą klasykę, inni kulki i sztyfty. Ja zdecydowanie zaliczam się do tej drugiej grupy i najchętniej sięgam po antyperspiranty w kulce, nieco mniej chętnie po sztyfty, a "psikacze" najczęściej omijam szerokim łukiem.


Pośród szerokiej gamy antyperspirantów Dove stara się wyróżnić swoje produkty właściwościami pielęgnującymi, zawartością kremu nawilżającego oraz witaminy E. Zarówno obie wersje w kulce jak i klasyczna wersja w sztyfcie zaliczają się do bardzo delikatnych dezodorantów, które dobrze chronią (przy przeciętnej potliwości) i jednocześnie nie podrażniają delikatnej skóry pach nawet bezpośrednio po depilacji. Do gustu szczególnie przypadł mi wariant natural touch z minerałami z Morza Martwego, który przyjemnie, świeżo i nienachalnie pachnie, dobrze chroni i, co najważniejsze, nie brudzi. Tego samego nie mogę niestety powiedzieć o wersji Original w sztyfcie, która, co prawda, fajnie pielęgnuje, ale pozostawia niesamowite smugi na ciemnych ubraniach, których tak po prostu zmyć się nie da. Bez solidnie wypracowanej techniki wkładania ubrań pomijającej strefę pach się nie obejdzie. Maniaczkom czerni zdecydowanie nie polecam!

Do tej pory moimi ulubieńcami wśród antyperspirantów było słynne z dowcipów "Fa w kulce", Dove o tej samej formule jednak całkiem nieźle dotrzymuje mu kroku. A Wy macie swoich faworytów?

  



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...