niedziela, 31 lipca 2011

Słowo na niedzielę ;)))

Z racji niedzieli postanowiłam podzielić się z Wami dzisiaj przepisem kulinarnym. Jest jeszcze dość wcześnie rano, a więc przed Wami cały dzień na słodkie wypieki :))). Mistrz cukiernictwa pewnie nigdy ze mnie nie będzie, ale szarlotka, o której tu mowa, jest wyjątkowo prosta, szybka i zawsze mi się udaje. Przepis nie jest mojego autorstwa, pochodzi z bloga Innen&Aussen, a że nie każdy włada językiem niemieckim, postanowiłam go tu przełożyć. Do dzieła!

Składniki:

310 g mąki (na ciasto i kruszonkę)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
70 g cukru
1 jajko
110 g margaryny (na ciasto i kruszonkę)
4-5 jabłek (w zależności od wielkości)
2 łyżeczki soku z cytryny
2 opakowania cukru waniliowego
cynamon
100 g rodzynek (opcjonalnie można je przez ok. 1 h moczyć w rumie wraz z sokiem pomarańczowym)

Przygotowanie:

1. 240 g mąki wraz z proszkiem do pieczenia, cukrem, jajkiem i 70 g margaryny zagniatamy na jednolitą masę, formujemy w kulę, następnie zawijamy w folię i wkładamy na ok. 30 min do lodówki (lub zamrażalnika dla szybszego efektu). Im dłużej ciasto posiedzi w zimnie, tym łatwiej będzie je rozwałkowywać.

2. Jabłka obieramy ze skórki, usuwamy gniazda nasienne i kroimy w cienkie plastry, następnie skrapiamy cytryną, aby nie sczerniały.
 
3. Schłodzone ciasto rozwałkowujemy, umieszczamy w okrągłej, wcześniej wysmarowanej tłuszczem formie, następnie na cieście układamy jabłka, posypujemy je cukrem waniliowym (jedno opakowanie), cynamonem i dodajemy odsączone rodzynki.

4. Z pozostałej mąki, margaryny i cukru waniliowego robimy kruszonkę, którą posypujemy ułożone na blasze jabłka. Ciasto wstawiamy do nagrzanego wcześniej do 180 stopni piekarnika na ok. 45 min. 

Et voila!
Wybaczcie kiepskie zdjęcie, ale ciasto piekłam wczoraj, było gotowe ok. godz. 21, więc światło już fotkom nie sprzyjało, do dzisiaj przetrwał natomiast niewielki kawałek ;))). Szarlotka najlepiej smakuje na ciepło, można ją podawać z lodami waniliowymi lub bitą śmietaną. Niebo w gębie! 

Narobiłam Wam smaka? ;)))

sobota, 30 lipca 2011

Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda... cz. 2

Po 4 tygodniach testów naszedł czas na zaprezentowanie mojej opinii na temat szczoteczki Oral-B Professional Care Triumph 5000, którą pokazywałam już tutaj. Jest to moja pierwsza szczoteczka elektryczna, ale już na wstępie mogę Wam powiedzieć, że nie zamieniłabym jej na żadną inną! Dlaczego? Zainteresowanych odpowiedzią zapraszam do dalszej lektury... :)))


Szczoteczka Professional Care Triumph 5000 jest bardzo bogato wyposażona. O składzie zestawu pisałam już w pierwszy poście poświęconym Oral-B, ale dla przypomnienia powtórzę:


- szczoteczka-matka z wymienianymi końcówkami i wskaźnikiem baterii
- końcówka Oral-B Sensitive o bardzo delikatnych włóknach
- końcówka Oral-B 3D White o specjalnie polerujących włóknach pomagających wybielić zęby poprzez usuwanie przebarwień powierzchniowych
 - końcówka Oral-B FlossAction (sztuk dwie) z włóknami mikropuls, które otaczają każdy ząb, dokładnie go czyszcząc
-  bezprzewodowy wyświetlacz Oral-B SmartGuide, który czuwa nad procesem mycia, mierząc czas oraz wskazując nacisk szczoteczki na uzębienie (wraz z zapasową baterią)
- pojemnik do przechowywania końcówek wraz ze stojakiem
- pojemnik na szczoteczkę przydatny zwłaszcza w podróży
- ładowarka

Zacznę od tego, że cały zestaw jest świetnie przemyślany, każdy element ma swoje miejsce i w ten sposób nie gubi się w łazience. Szczoteczkę można postawić w pionie na stojaku, który jednocześnie pełni funkcję ładowarki i tylko od nas zależy, czy będzie ona permanentnie podłączona do prądu czy nie. Dla dobra środowiska warto ją jednak pozostawiać w stanie spoczynku i włączać tylko wtedy, gdy szczoteczka "woła jeść" ;). Również cztery końcówki, które stanowią element zestawu, mają swoje miejsce na stojaku dodatkowo zabezpieczonym przykrywką, tak aby nie gromadził się na nich kurz. Ponownie tylko od nas zależy, czy wszystkie końcówki zagarniemy dla siebie, czy może podzielimy się nimi z domownikami ;))). Jeśli zdecydujemy się na drugi wariant do dyspozycji mamy różnokolorowe nakładki, dzięki którym łatwo zaznaczyć, która końcówka jest czyja. Jak widać na załączonym obrazku w moim gospodarstwie domowym podział był dość niesprawiedliwy ;))).


Przejdźmy teraz do tego, co najistotniejsze a więc właściwości. Szczoteczka wyposażona jest w trzy różne końcówki, z których każda ma inną rolę do spełnienia. Dodatkowo sprzęt wyposażony jest w cztery tryby pracy: codzienny, łagodny, masujący dziąsła, wybielający. Moim zdaniem wszystkie spełniają swoje zadania wyśmienicie. Końcówka Sensitive w połączeniu z trybem codziennym lub delikatnym usatysfakcjonuje osoby o nawet najbardziej wrażliwych zębach, końcówka FlossAction dobrze radzi sobie z usuwaniem wszelkich pozostałości pokarmu w przestrzeniach międzyzębowych, w trybie masującym dodatkowo poprawi ukrwienie dziąseł, końcówka 3D White w trybie wybielającym (i dodatkowo w połączeniu z nową pastą 3D White Luxe) wbrew moim pierwotnym oczekiwaniom potrafi całkiem nieźle usunąć tworzący się na zębach osad z kawy czy herbaty.

Nad całym procesem mycia zębów dodatkowo czuwa jeszcze SmartGuide, który odmierza czas podczas mycia, pokazuje w jakim trybie aktualnie pracuje szczoteczka i informuje nas, czy wywierany na zęby nacisk nie jest zbyt duży. Urządzenie można częściowo zaprogramować samodzielnie, określić, ile czasu ma trwać szczotkowanie, w jaki sposób zegar ma odmierzać czas itp. Poniekąd zmyślne urządzenie...

Przyznam, że moje zęby jeszcze nigdy nie miały się tak dobrze :D. Uczucie czystości jest naprawdę oszałamiające. Myślę, że gdyby przejechać po uzębieniu palcem wydałoby ono dokładnie taki sam dźwięk jak czysty talerz zaraz po umyciu :))). Szczoteczka dociera do każdego zakamarka, radzi sobie świetnie z przestrzeniami międzyzębowymi, z trudno dostępnymi rejonami przy dziąsłach. Co ciekawe, zauważyłam, że od kiedy używam Oral-B Professional Care płytka nazębna w ciągu dnia odkłada się o wiele wolniej, a uczucie świeżości w jamie ustnej utrzymuje się dłużej. Mimo tego że moje zęby należą raczej do wrażliwych, nie odczuwam najmniejszego dyskomfortu podczas mycia. 

Jedyne wady, jakie dostrzegam, to dość długi czas ładowania baterii, która od zera do pełnego napełnienia potrzebuje ok. 10 h (sama bateria trzyma ok. 7 dni). Idea SmartGuide`a również mnie jakoś szczególnie nie przekonuje. Mierzenie czasu zdaje się być przydatne, szczoteczka drganiami informuje nas, kiedy należy przejść do kolejnej partii uzębienia i zakończyć szczotkowanie, natomiast ekranik informujący, którą ćwiartkę należy w danej chwili szczotkować jak dla mnie jest całkowicie zbędny. Mam już we krwi, że proces mycia zaczynam od dolnych zębów i choćbym chciała nie potrafię się przestawić, SmartGuide za punkt wyjścia przyjmuje natomiast prawą, górną partię i nie da się go przeprogramować. Może to drobiazg, ale dla mnie dość irytujący, zwłaszcza że za cały zestaw trzeba zapłacić nie bagatela ok. 350-400 zł.

Podsumowując, jestem w 100% na tak dla szczoteczki, SmartGuide przekonał mnie jednak tylko w połowie.

A Wy preferujecie szczotkowanie manualne czy raczej zmechanizowane? :)))


czwartek, 28 lipca 2011

W nastroju na blue :)))

Ostatnio zdecydowanie ograniczam moje lakierowe nabytki. Staram się nie buszować po internecie i nie wyszukiwać nowych, ciekawych kolorów, które okażą się zmorą dla mojego portfela. Mimo wszystko podczas ostatniej wizyty w Niemczech nie mogłam sobie odmówić małego szturmu na szafę p2 i ich lakiery, które uwielbiam. W koszyku wylądował nr 530 charming.


Kolor jest dość trudny do opisania. Czasami dostrzegam w nim intensywnie niebieskie niebo w piękny, słoneczny dzień, innym razem wydaje mi się, że to chaber. Aparat zdecydowanie przekłamuje odcień i za Chiny Ludowe nie chcę uchwycić tej kapki fioletu, która zabłądziła gdzieś wśród błękitu. Powiem Wam, że nie cierpię niebieskich lakierów, ale ten ma w sobie coś szczególnego i urzekł mnie od pierwszego wejrzenia. Poza tym konsystencja jest jak marzenie, maluje się świetnie, lakier schnie błyskawicznie, błyszczy się nawet bez topa (na pierwszym zdjęciu po lewej), trzyma się dobre 4-5 dni bez odprysków. I to wszystko za jedyne 1,55 Euro! Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko dostępności w Polsce!

Zdradzę Wam jeszcze w tajemnicy, że już wkrótce ten odcień i kilka innych powędruje do jednej z Was ;))). Hmmm... ciekawej z jakiej okazji... ;P

środa, 27 lipca 2011

Moja chwila prawdy...

... a więc innymi słowy Makeup Blogger Award



Zasady:
1. Napisz, kto przyznał Ci nagrodę.
2. Napisz 7 makijażowych faktów o sobie.
3. Przekaż nagrodę 15 innym blogerkom i poinformuj je o wyróżnieniu

Do zabawy zaprosiły mnie:
1. anetka, autorka bloga czarny-flamaster.blogspot.com
2. Viollet, autorka bloga viollet-na-obcasach.blogspot.com
3. Sonaille, autorka bloga sonnaille.blogspot.com


Czas spojrzeć prawdzie w oczy... :D


Fakt nr 1


Malować zaczęłam się dość wcześnie, bo mniej więcej w wieku 16 lat, długi czas jednak pojęcie o makijażu miałam raczej nikłe. Stosowałam podkład, ale nie potrafiłam znaleźć zastosowania dla pudru, różu i tym podobnych, makijaż oka polegający na połączeniu dwóch cieni był dla mnie niewykonalny, dlatego ograniczałam się głównie do czarnej kredki. W pierwszej fazie makijażowej przygody paciałam sobie nią całą górną powiekę, później podkreślałam dolną linię rzęs. Co ciekawe, aktualnie czarna kredka mogłaby dla mnie istnieć :))).
Fakt nr 2

O ile jestem w stanie obejść się bez kreski wzdłuż górnej linii rzęs, to nie wyobrażam sobie kompletnego makijażu bez podkreślenia dolnej (najczęściej kredką brązową lub w każdym innym odcieniu, rzadko jednak czarnym ;)). Dzięki temu moje dość małe oczy wydają się większe, bardziej otwarte, a ja czuję się dopełniona ;))).



Fakt nr 3

Nie cierpię malować się w łazience, najchętniej stawiam lusterko koło laptopa, przygotowuję wszystkie utensylia i włączam ulubiony serial. Jestem w stanie wstać sporo wcześniej, żeby móc obejrzeć ulubiony film w trakcie wykonywania makijażu. Kiedy z różnych powodów muszę zrezygnować z mojego rytuału, czuję straszny niedosyt :))).


Fakt nr 4


Bez podkładu, tuszu do rzęs i... lakieru do paznokci czuję się dziwnie naga. Nawet w pracy koledzy się dziwują, kiedy przychodzę w paznokciach "saute" ;))).


Fakt nr 5


Mimo uwielbienia dla ciemnych szminek w swojej kolekcji nie mam ani jednej. Uważam, że moje usta są zbyt małe i niekształtne, by podkreślać je w ten sposób. Soczyste odcienie pomadek - tak - ale tylko u innych. Dla równowagi za to w mojej kosmetyczce gości chyba każdy możliwy odcień "nude" :D.

Fakt nr 6


W stosunku do kosmetyków staram się być bardzo sprawiedliwa i wszystkie używać regularnie. Dla przykładu rzadko kiedy noszę ten sam makijaż przez dwa dni z rzędu. Nie cierpię, wprost nienawidzę, kiedy w kosmetyczce zalegają mi produkty, których nie używam, które kupiłam pod wpływem chwili lub które kompletnie się u mnie nie sprawdziły. Wolę je oddać lub nawet wyrzucić, niż patrzeć jak sobie leżą i nic nie robią...



Fakt nr 7

Nie potrafię zasnąć w makijażu, podobnie jak nie potrafię iść spać, nie umywszy wcześniej zębów. Od razu mam wrażenie, że wszystko klei się do poduszki, a moja twarz jest po prostu brudna. Choćbym była półprzytomna ze zmęczenie i zasypiała na stojąco, zawsze doczołguję się do łazienki i pozbywam się tego, co mam na twarzy.





 Tag przekazuję dalej (tutaj trochę nagnę zasady - wybaczcie!):

1. maus, autorce bloga cosrocewokowpadnie.blogspot.com
2. Urban Warrior, autorce bloga urbanstateofmind.blogspot.com
3. cammie, autorce bloga no-to-pieknie.blogspot.com
4. Siulce, autorce bloga siulka.blogspot.com
5. Smieti, autorce bloga smieti.blogspot.com

... oraz wszystkim tym, którzy mają ochotę wziąć w zabawie :))).


Bardzo jestem ciekawa, jak wygląda Wasza makijażowa chwila prawdy :D. Mamy coś wspólnego? Napiszcie! :)))

wtorek, 26 lipca 2011

Ale jaja ;)))

Ostatnio mam dziwną słabość do jaj :D. Zaczęło się od pędzla z MAC 138, o którym pisałam tutaj, następnie do kolekcji dołączył Beauty Blender, o którym mowa była tutaj, a niedawno gromadka powiększyła się o balsam do ust firmy EOS, o którym będzie niniejszy post.
Zakup poczyniony przeze mnie na allegro (cena: ok. 17 zł) jest kolejnym dowodem na to, jak wielką siłę przekazu ma YouTube i jemu podobne media, bez których nigdy w życiu nie dowiedziałabym się o istnieniu takiego ustrojstwa, które tak naprawdę nie jest niczym innym jak zwykłym balsamem do ust, z tym że w nieco bardziej udziwnionej "jajecznej" formie ;))).

Zakup mimo krążących wokół balsamu legend był poniekąd przypadkowy. Z przyzwyczajenia kupując coś u danego sprzedawcy, kliknęłam na "Pokaż inne przedmioty...", co oczywiście wywołało reakcję łańcuchową i poza pożądaną przeze mnie maskarą w wirtualnym koszyku wylądował jeszcze EOS. Bo przecież kupując kilka przedmiotów, za przesyłkę płacisz tylko raz! ;P
Muszę przyznać, że naprawdę polubiłam to "dziwadełko" ;). Balsam ma aksamitną konsystencję, gładko sunie po ustach, konsystencję określiłabym jako lekko wodnistą (w porównaniu do mojego pielęgnacyjnego faworyta - pomadki Burt`s Bees, o której pisałam tutaj). Nawilżenie nie jest permanentne, ale mimo wszystko jak najbardziej przyzwoite. Zapach jest dość intensywny, wrażliwym nosom może przeszkadzać. Co ciekawe, w opisie aukcji allegro produkt figurował jako "miodowy" (zdjęcia były jedynie poglądowe), możecie więc sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy się okazało, iż produkt w rzeczywistości pachnie mieszanką melona (honeydew) i wiciokrzewu (honeysuckle) :D. No cóż, najwyraźniej nie wszyscy wiedzą, do czego służy słownik... ;P Smak jest również wyczuwalny, delikatnie słodkawy, może drażnić, ale mi wcale nie przeszkadza. Na tle innych balsamów EOS nie wyróżnia się jakoś szczególnie. Ot gadżet, ale za to jaki fajny! :D

niedziela, 24 lipca 2011

Czy to już mięta?

Podczas jednej z wizyt w Rossmannie, kiedy byłam jeszcze na etapie poszukiwania idealnego miętowego lakieru, o czym była mowa TUTAJ, w oko wpadł mi Rimmel nr 500 Peppermint. W pierwszej chwili zdziwiłam się, że drogeryjna marka, która w swojej ofercie ma raczej klasyczne kolory, podąża za trendami i produkuje również to, czego pożądają niemal wszyscy, czyli MIĘTĘ ;))). Na stoisku stała jednak tylko jedna buteleczka, więc bardzo prawdopodobne jest, że lakier ten w sprzedaży był już wcześniej, tylko rozchodził się jak ciepłe bułeczki ;))). W każdym razie nie myśląc długo, zapakowałam go do koszyka (cena: ok. 17 zł).
Lakier ma w sobie znacznie więcej niebieskiego niż zieleni, co ciekawe od słynnego China Glaze For Audrey różni się raptem może o ton. Przyznam szczerze, że w buteleczce odcień podoba mi się bardziej niż na paznokciach, ma w sobie zdecydowanie więcej mięty. Taki efekt możemy uzyskać, nakładając jedną warstwę produktu, która jednak smuży i nie wygląda estetycznie, druga warstwa jest więc konieczna, ale ona niweluje znowu mroźny miętowy odcień. Mamy tu więc przypadek klasycznego błędnego koła ;))). Aplikacja również nie należy do najłatwiejszych. Lakiery Rimmel charakteryzuje bardzo szeroki, płaski pędzelek, który dla ludzi o małej płytce może stanowić istną zmorę, choć mi akurat w miarę pasuje. Sama emalia jest dość gęsta, przez co często nakładana warstwa lakieru jest zbyt gruba i robi się guma, podczas malowania trzeba być więc bardzo ostrożnym i oszczędnie nabierać produkt. Trwałość trudno mi ocenić. Aktualnie stawiam swoje pierwsze kroki z utwardzaczem Seche Vite i to on głównie czyni lakier pancernym.

Lakier może do najlepszych nie należy, ale z pewnością da się go oswoić. Sama jednak nie wiem, co myśleć o tym odcieniu... Czy to już mięta? Jak sądzicie? :)))

sobota, 23 lipca 2011

Jade`s Fortune

Nie byłabym sobą, gdybym podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie nie weszła do salonu MAC. Koniecznie na własne oczy chciałam zobaczyć letnią kolekcję mineralną. Dużo nowych produktów, ciekawe zestawienia kolorystyczne, ale oczywiście, jak można się domyślić, najciekawsze kąski już dawno były wyprzedane. Mimo to w oko wpadł mi jeden cień: Jade`s Fortune o przepięknym zielono-żółto-niebiesko-czarnych nitkach, które w połączeniu ze sobą dają bliżej niezidentyfikowany odcień o szarawo-niebieskawej bazie z zieloną poświatą i delikatnymi różowo-niebieskimi mikrodrobinkami ;))). Opis dość skomplikowany, ale na taki właśnie ów cień zasługuje, gdyż bez wątpienia jest nietuzinkowy. Zresztą zobaczcie same :))).
Jak się pewnie domyślacie, zdjęcie nie oddaje prawdziwego uroku tego odcienia. Choćbym się dwoiła i troiła, aparat nie jest w stanie uchwycić zmieniającego się jak kameleon koloru i migoczących w słońcu drobinek. Nie jest to może jakiś niesamowity "muszęmieć", ale wizualnie zarówno w pudełeczku i na oku cieszy wzrok. Poniżej makijaż z jego użyciem. Jade`s Fortune był jedynym cieniem, który wykorzystałam do jego wykonania.
I co sądzicie? Hot or Not? ;)))

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...