Zima jakoś nie chce odejść, a ja dokopuję się wreszcie do moich grudniowych (sic!) niemieckich zdobyczy. W większości są to właśnie zimowe edycje limitowane, może więc dobrze, że aura za oknem cały czas sprzyja otulaniu się ciepłym kocem i zażywaniu aromatycznych, gorących kąpieli. A wiosna i tak prędzej czy później się zjawi ;))).
Skoro za oknem wiatr hula i śnieg pruszy, warto mieć w kieszeni coś, co ochroni nasze usta przed zgubnym działaniem czynników atmosferycznych. W moim przypadku jest to waniliowo-mandarynkowy balsam do ust alverde.
Pomadka ta okrążyła już chyba blogosferę wzdłuż i wszerz, wcale jednak mnie to nie dziwi, bo produkt użytkuje się niezwykle przyjemnie. Kosmetyk jest w naturalny, pachnie świeżo, choć niezbyt intensywnie. Na próżno tu jednak szukać aromatu kwiatu wanilii, jeśli ktoś jest fanem. Zapach mandarynki zdecydowanie dominuje, jeśli o dominacji można mówić w przypadku ledwie wyczuwalnej woni. Nie jest to jednak wielkie manko, bo produkt nadrabia właściwościami pielęgnacyjnymi. Konsystencja jest dość zwarta, momentami grudkowata, jednak w kontakcie z ustami sztyft mięknie i ładnie sunie po wargach, pokrywając je solidną warstwą ochronną. A w tym wszystkim najlepsze jest, że pomadka kosztuje zaledwie 1,50 Euro! Gdyby tylko dm był jeszcze za rogiem ;).
Znacie? Lubicie?
