Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja włosów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 września 2013

Niby zwykły grzebień...

...a jednak robi różnicę. Wykonany z drewna, o szeroko rozstawionych zębach, poradzi sobie z każdym nieładem na głowie.


Co prawda, moje włosy są dość krótkie i ich rozczesywanie raczej nie spędza mi snu z powiek, jednak muszę przyznać, że czuję się naprawdę komfortowo, używając grzebienia z TBS. Plastikowe akcesoria tego typu mogą szarpać włosy, elektryzować je, a niekiedy nawet ranić skalp. Solidny drewniany grzebień potrafi skutecznie wyeliminować te niedogodności.


Warto też wiedzieć, że mokre włosy są szczególnie łamliwe i podatne na zniszczenia. I tu pomocny okazać się może właśnie grzebień drewniany, który jest łagodny dla włosa i idealnie nadaje się również do rozprowadzania wszelkiego rodzaju masek i odżywek. 


W The Body Shop powyższy grzebień o wymiarach 13x5 cm dostaniecie za ok. 20 zł. Zakładam jednak, że podobny można nabyć w wielu innych sklepach po porównywalnej cenie.

A może już taki macie i używacie regularnie?

wtorek, 11 czerwca 2013

Tropiki i siwucha od Batiste ;)

Trafić na dobry suchy szampon, który poratuje nas w opresji, to wbrew pozorom nie lada sztuka. Kto interesuje się tematem, na pewno nie raz miał okazję spotkać się z produktami Batiste. Szampony kuszą zarówno kolorowymi opakowaniami, jak i fantazyjnymi zapachami. Trzeba przyznać, że rzecz to niespotykana w przypadku tego typu produktów. Batiste nie straszy również zbytnio wygórowanymi cenami. Za butelkę o pojemności 200 ml musimy zapłacić ok. 15 zł.


Fajnie, że opakowania przyciągają wzrok, fajnie, że zapach mile łaskocze nozdrza, ale zasadnicze pytanie brzmi: Czy to działa? Jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji spotkać się z ideą suchego szamponu, spieszę z krótkim wyjaśnieniem. Otóż kosmetyk ten ma formę proszku, który rozpylony na nie do końca świeże włosy, w kilka sekund pochłania nadmiar łoju bez konieczności moczenia głowy. Rozwiązanie jak najbardziej skuteczne, ale głównie w sytuacjach awaryjnych, w razie gdy budzik jakimś cudem rano nie zadzwoni, bądź jesteśmy w podróży. Na pewno nie jest to sposób na codzienne "mycie" głowy.


Moja wersja szamponu Batiste Tropical pachnie obłędnie kokosowo. Spełnia również swoją funkcję - odświeża fryzurę i nawet zwiększą jej objętość. Zasadniczą wadą jest jednak biały kolor proszku, który niestety robi ze mnie "siwuchę". Wiem, że należy zachować odpowiedni odstęp podczas rozpylania. Wiem, że produkt należy wetrzeć we włosy i dopiero później rozczesać. Mimo to nie czuję się zbyt komfortowo, wiedząc, że moje włosy wyglądają na przypruszone siwizną ;).
Nic jednak straconego. Batiste ma w swojej ofercie również szampony dla brunetek, szatynek i blondynek, gdzie biały proszek zastąpiono proszkiem o odpowiednim dla danego odcienia włosów kolorze. Na pewno sięgnę po taką wersję w następnej kolejności.
A co Wy sądzicie o gadżetach tego typu?


czwartek, 30 maja 2013

Włosy rodem z Ausstralii

Czy ktoś jeszcze nie słyszał o szamponach i odżywkach z kangurem? Ja, mimo że tematem pielęgnacji włosów interesuję się średnio, o produktach Aussie czytałam już dobrych kilka lat temu, kiedy można było jeszcze pomarzyć, że marka kiedykolwiek zawita do Polski. A dziś, proszę bardzo, słynne kosmetyki możemy najnormalniej w świecie kupić w drogerii, i to nie jakiejś tam high-endowej, ale zwykłej, koło której większość z nas przechodzi każdego dnia - w Rossmannie. Nareszcie mam poczucie, że Polski postrzegane są jako konsumentki zainteresowane dokładnie tymi samymi produktami, co kobiety zza oceanów.


Miałam przyjemność testować trzy produkty: szampon i odżywkę Miracle Moist do włosów suchych oraz maskę 3 Minute Miracle Deep Conditioner.

Co tu dużo mówić, wszystkie trzy produkty bardzo przypadły mi do gustu. Każdy z nich obłędnie pachnie, a zapach długo utrzymuje się na włosach. Szampon ma gęstą konsystencję, przy moich krótkich włosach wystarczy odrobina, by porządnie je umyć.


Po zastosowaniu odżywek włosy są miękkie, gładkie i podatne na układanie. Zasadniczo bardzo sceptycznie podchodzę do kosmetyków, które obiecują sprawić cuda w 3 minuty, ale 3 Minutes Miracle Deep Conditioner totalnie mnie kupiła. Już dawno stosowanie produktów do włosów nie sprawiało mi tyle przyjemności.


Na szczególną uwagę zasługują moim zdaniem opakowania. Seria Miracle Moist wyposażona została w wygodną zakrętkę z klipsem, który zdecydowanie ułatwia wydobycie produktu pod prysznicem, czy w wannie. Jeszcze fajniejsze rozwiązanie zostało zastosowane w 3-minutowej odżywce, której odpowiednio wyprofilowaną butelkę wystarczy ścisnąć i już mamy kosmetyk na dłoni. Całość wykonana jest z miękkiego, elastycznego plastiku, który bez wątpienia ułatwi zużycie produktu do końca. I like it!


Zdecydowanie nabrałam ochoty na wypróbowanie innych serii od Aussie. Produkty może nie zachwycają składem, ale moim włosom zdecydowanie służą.

A Wy znacie już Aussie? Może którąś linię polecacie w szczególności?



sobota, 11 maja 2013

Warszawa da się lubić ;)

Dzięki uprzejmości marki The Body Shop miałam przyjemność ponownie gościć w Warszawie. Event został zorganizowany z okazji wypuszczenia nowej kolekcji makijażowej sygnowanej przez piosenkarkę Leonę Lewis. O samym wydarzeniu napiszę Wam nieco więcej, gdy dotrą do mnie zdjęcia od pani Fotograf, bo mi samej jakoś nie udało się cyknąć zbyt wielu ciekawych fotek, zbyt dużo się działo.

Całość miała miejsce w Złotych Tarasach, a wiadomo, co to oznacza... ZAKUPY :D Będę się więc dzisiaj trochę chwalić ;)

Podczas eventu miałam okazję poznać niemalże całą ofertę The Body Shop, którą niezwykle cierpliwie przedstawiała mi pani Justyna. Po ponad godzinie macania, próbowania i wąchania, skusiłam się na mgiełkę do twarzy z witaminą C, która posłuży mi do utrwalania i odświeżania makijażu w trakcie upałów, oraz drewniany grzebień, przy którym na pewno nigdy nie złamie mi się żaden ząb, a przy okazji i włosy skorzystają.


Nie mogłam sobie również odmówić zahaczenia o stoisko Yankee Candle, od którego odeszłam oczywiście z czterema nowymi woskami i przy którym musiałam stoczyć wewnętrzną walkę, żeby nie wziąć więcej. Postawiłam na świeże owocowe i kwiatowe zapachy, w sam raz na aktualną porę roku.


Na koniec musiałam również wdepnąć do MAC. Wykończyłam niemalże wszystkie róże, jakie mam w swoim posiadaniu i postanowiłam zaopatrzyć się w jakiegoś macowego minerałka, bo raz, że mają one naprawdę ładne odcienie o fajnym, nieprzesadnym nasyceniu, a dwa, że są to najbardziej wydajne kosmetyki, jakie znam. Za namową nieocenionej MakeUpBrock, która w salonie MAC w Złotych Tarasach pracuje, zdecydowałam się na ciepły odcień Warm Soul.


Dodam jeszcze, że TBS z eventu też nie wypuścił nas z pustymi rękami :).


Po raz kolejny moje kosmetyczne chciejstwo na jakiś czas zostało zaspokojone. Chciałybyście poczytać, o którymś z kosmetyków w pierwszej kolejności? 




sobota, 29 września 2012

Kąpielowi umilacze :)))

Po bardzo intensywnym tygodniu w pracy w końcu nadszedł czas na upragniony sobotni relaks! A jak relaks to tylko domowe SPA w wannie. Dzisiaj opiszę pokrótce kilka kąpielowych umilaczy, które przywędrowały do mnie w paczce od Rossmanna i po których kompletnie się nie spodziewałam, że tak bardzo je polubię.

W pierwszej kolejności przetestowałam olejek do kąpieli Wellness&Beauty o zapachu trawy cytrynowej i bambusa. Olejek bogaty jest w lipidy, które chronią skórę przed wysuszeniem i czynią ją miękką i gładką. 
Uwielbiam kąpiele w wannie, ale nie przepadam za wysuszoną twardą wodą skórą i balsamowaniem, dlatego każdy kosmetyk, który pozwala mi zrezygnować z tej ostatniej czynności jest dla mnie na wagę złota. Olejek dla mnie jest rewelacyjny. Wystarczy dodać odrobinę do wody i można rozkoszować się pięknym zapachem trawy i cytryny, który cudownie relaksuje, oraz nawilżoną po kąpieli skórą. Koniecznie muszę sprawdzić, czy produkt ten występuje w większych butlach, bo moja buteleczka (150 ml) jest niestety już pusta.



Skoro zdenkowałam olejek, mogłam sięgnąć po sól do kąpieli Wellness&Beauty o zapachu maku i kwiatu pomarańczy. Trzeba przyznać, że jest to niezwykle intrygująca kompozycja zapachowa, bardzo przyjemna i ożywcza. Sól zawiera wartościowe minerały, które wg producenta mają zapewniać naszemu ciału i zmysłom relaks. I tak faktycznie jest! 
Produkt bardzo dobrze rozpuszcza się w wodzie, barwi ją na różowo i, co w przypadku soli do kąpieli stanowi dla mnie nowość, produkuje całkiem niezłą pianę. Skóra po umyciu jest nawilżona i nie wymaga smarowania balsamem. Jestem na tak i na pewno zaopatrzę się w kolejne saszetki!




Na koniec parę słów o szamponie biotyna i kofeina oraz żelu pod prysznic kwiat neroli i bambus z Alterry. Olbrzymi plus za to, że są to kosmetyki wegańskie bez sztucznych konserwantów. O właściwościach pielęgnacyjnych wypowiadać się nie będę, bo dla mnie szampon i żel mają po prostu pełnić funkcje myjące, przyjemnie pachnieć i nie powodować podrażnień. Pod tym względem oba produkty spisują się na medal.



Szampon z powodzeniem mogę stosować codziennie, włosy są lekkie, puszyste, ale jednocześnie nie nadmiernie sypkie. Żel jest łagodny i przyjemny w stosowaniu. Oba kosmetyki pienią się rewelacyjnie. Szampony i żele z Alterry znałam już wcześniej, dlatego największym zaskoczeniem była dla mnie konsystencja. Wcześniej produkty były glutowate, gęstawe i przez to mało wydajne. Formuła najwyraźniej została jednak zmieniona, bo teraz swą konsystencją kosmetyki przypominają inne szampony i żele. Jest to olbrzymia zmiana na plus!



Summa summarum każdy z produktów przypadł mi do gustu. Lubię, gdy dobra jakość łączy się z niską ceną (ceny możecie sprawdzić na stronie rossnet.pl). A Wy znacie te produkty? Używacie? Może możecie polecić mi coś jeszcze? Czekam na Wasze sugestie :).




czwartek, 13 września 2012

MERZedes wśród suplementów (?)

Tak, tak, i ja brałam udział w trzymiesięcznej akcji Merz Spezial. O tych tabletkach słyszeli już chyba wszyscy, więc jedynie w telegraficznym skrócie napiszę, że jest to suplement diety, który ma na celu, jak sam napis na opakowaniu głosi, regenerację skóry, włosów i paznokci. Opakowanie zawiera 60 tabletek, które stanowią 30 dni kuracji (cena w zależności od apteki: 30-40 zł).

Oczekiwania miałam spore, bo i firma jest mi dobrze znana, i o samym suplemencie nasłuchałam się wiele dobrego. Liczyłam przede wszystkim na poprawę stanu skóry, gdyż z paznokciami i włosami właściwie nigdy większych problemów nie miałam. Pigułki łykałam sumiennie dwa razy dziennie przez 3 miesiące, mając świadomość, że jedynie systematyka i odpowiedni czas kuracji są w stanie zapewnić wymierne rezultaty.


Z perspektywy tych 3 miesięcy mogę stwierdzić, że preparat nie do końca sprostał moim wymaganiom. 

To, co pierwsze rzuciło mi się w oczy, to wygładzenie płytki paznokcia, które nastąpiło po ok. miesiącu zażywania suplementu. Rowki i wgłębienia w dalszym ciągu są obecne, ale uległy zdecydowanemu spłyceniu. 

Druga rzecz, to przyspieszenie wzrostu płytki paznokcia i włosów. Zauważyłam, że wizyty u fryzjera znacznie zwiększyły swoją częstotliwość, co przy dość krótkim cięciu nie do końca jest mi na rękę, bo generuje dodatkowe koszty.

Po trzecie po 3 miesiącach dostrzegam też, że paznokcie znacznie się wzmocniły - spokojnie mogę nosić dłuższe i nic im się nie dzieje. 

I wreszcie po czwarte: pomimo ogromnych nadziei stan cery nie uległ najmniejszej zmianie. Nie dostrzegłam poprawy kolorytu, ujednolicenia i wygładzenia. Null, nada niestety :(.


Myślę, że Merz Spezial to jeden z lepszych suplementów na rynku, choć do MERZedesa mu jednak chyba jeszcze trochę brakuje. Dla mnie to taki VW średniej klasy. Póki co nie widzę potrzeby zażywać go dalej, choć w razie problemów z włosami i paznokciami pewnie do niego wrócę.


A jaki jest Wasz stosunek do preparatów tego typu? 




sobota, 11 sierpnia 2012

Podaruj mi trochę słońca. . .

Słonko nas w tym roku nie rozpieszcza, ale i tak jest lepiej niż w zeszłe lato, które kojarzy mi się wyłącznie z deszczem. Wystawiając się na działanie promieni słonecznych, trzeba oczywiście pamiętać o odpowiedniej ochronie. Dotyczy to również włosów.

Jakiś czas temu od marki KEMON do przetestowania dostałam szampon i maskę ACTYVA z linii LINFA SOLARE.

LINFA SOLARE SHAMPOO (cena: 48 zł za 250 ml) to nawilżający preparat do mycia włosów i ciała po kąpieli słonecznej. Łagodnie myje, neutralizuje wysuszające, odwadniające działanie słońca, soli i chloru. Usuwa pozostałości produktów chroniących przed słońcem. Sprawia, że włosy są lśniące, miękkie i lekkie. Po zastosowaniu preparatu skóra jest miękka, aksamitna w dotyku i delikatnie pachnąca. Daje natychmiastowe uczucie świeżości.


W tym roku nie miałam (i mieć już raczej nie będę) do czynienia z prawdziwie palącym słońcem i morską wodą, dlatego trudno mi ocenić, czy szampon faktycznie sprawdza się w takich warunkach. Używam go jednak na co dzień i jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza że produkt jest niesamowicie wydajny. Włosy po umyciu są faktycznie miękkie i nieobciążone, nie przetłuszczają się zbyt szybko. Z marką KEMON styczność mam już na tyle długo, że wybierając się na wakacje w jakieś ciepłe miejsce, sięgnęłabym po ten szampon, ufając w ciemno, że spełni swoją rolę.


LINFA SOLARE MASK (cena: 77 zł za 200 ml) to kuracja regenerująca i odżywiająca po kąpieli słonecznej, do stosowania po umyciu i osuszeniu ręcznikiem włosów.  Działa intensywnie nawilżająco i odbudowująco. Sprawia, że włosy mniej się plączą i są łatwe do rozczesania. Ujednolica strukturę włosów i głęboko odbudowuje uszkodzone włókna. Zapewnia połysk, miękkość i elastyczność włókien. Powoduje poczucie gęstości i objętości włosów.



Maska zdecydowanie mniej przypadła mi do gustu, ale wynika to głównie stąd, że nie lubię się z produktami tego typu. Włosów mam niewiele i na dodatek są cienkie, więc ciężkie odżywki sprawiają tylko, że wyglądam, jakbym ich na głowie miała jeszcze mniej. Poza tym, trudno mi uwierzyć w dogłębne działanie masek, który wystarczy nałożyć na 2-3 min. i później spłukać. Bez wątpienia jednak produkt ułatwia rozczesywanie i wygładza strukturę włosa. W moim przypadku jest to jednak kosmetyk zbędny.


A jaki jest Wasz stosunek do produktów gwarantujących profesjonalną pielęgnację włosów?





czwartek, 17 maja 2012

Manya stylizowanya vol. 4


Czas na recenzję kolejnych kosmetyków włoskiej marki kemon, które ostatnio wpadły mi w łapki...

Pianka Volume Hidro charakteryzuje się unikalną żelową formułą, która ma pozwalać na modelowanie i utrwalanie dowolnych fryzur. Jej zadanie to dodawać włosom witalności, dyscyplinować je i okiełznać loki.

Pianka ma bardzo dziwną konsystencję. Po naciśnięciu dyfuzora z opakowania najpierw wydobywa się sprzężone powietrze, a później sam produkt w postaci pseudo żelu, który zwiększa swoją objętość na dłoni. Nie jest to typowa pianka z rodzaju tych, które znam z drogerii. Produkt jest dość zbity, klejący i skleja mokre włosy w strąki, których trudno się pozbyć nawet po wysuszeniu. Z samego opisu można już jednak wywnioskować, że nie jest to produkt przeznaczony do moich włosów, bo z natury są one proste jak druty i nie puszą się. Pianka nie przypadła mi do gustu. Myślałam, że będzie nadawać włosom objętości, ale niestety zawiodłam się. Czy sprawdzi się u osób o faktycznie kręconych włosach? Trudno powiedzieć, a na zakup w ciemno produkt jest moim zdaniem zbyt drogi (cena: 72 zł za 250 ml).
Bye Bye Split End zaś to fluid nadający włosom jedwabistą gładkość, sprawiający, że końcówki wyglądają zdrowiej, ułatwiający rozczesywanie, zwiększający odporność na wilgotność otoczenia, a także ograniczający elektryzowanie.

Pod względem zastosowania i konsystencji produkt przypomina mi jedwab do włosów, cechuje go równie przyjemny zapach (mango) oraz nieco lżejsza niż przykładowo w przypadku Biosilku konsystencja. Bye Bye Split End bardzo przypadł mi do gustu. Po zastosowaniu włosy są gładkie, błyszczące, miękkie, nieobciążone (pod warunkiem że zastosujemy zalecaną ilość, czyli ok 2-3 krople).

Mam świadomość, że tego typu produkty opierają się głównie na silikonie i to on gwarantuje te pożądane właściwości, ale moim włosom ta substancja stosowana z umiarem wcale nie szkodzi.Jeśli więc lubicie jedwabie i tego typu produkty, to z powodzeniem możecie sięgnąć po Bye Bye Split End, bo moim zdaniem produkt z tradycyjnym jedwabiem wygrywa pod względem funkcjonalnego opakowania, konsystencji i zapachu. W tym wypadku cenę w stosunku do pojemności uważam za uzasadnioną (cena: 66 zł za 65 ml).

To jak będzie? Silikony yes or no? ;)

PS. Produkty zostały przesłane mi nieodpłatnie do testów. Fakt ten nie miał żadnego wpływu na treść niniejszej recenzji.

wtorek, 8 maja 2012

Majowy "kot w worku" ;)))

I znowu minął kolejny miesiąc... Kolejne pudełka GlossyBox zaczynają wyznaczać mi upływ czasu, ale jednocześnie sprawiają ogromną radość. Zawartość majowego boxa może nie powaliła mnie na kolana, bo ponownie składa się głównie z pielęgnacji, ale mimo wszystko czuję się jak najbardziej ukontentowana i nie żałuję wydanych pieniędzy :))). Nie będę się rozpisywać, niech przemówią obrazy ;))).

Ze wszystkich produktów najbardziej ucieszyły mnie kremy do rąk i stóp L'OCCITANE, o których słyszałam naprawdę wiele, ale nigdy do tej pory nie miałam okazji wypróbować. Ciekawi mnie również suchy szampon RENE FURTERER, zwłaszcza że cena za pełnowymiarowy produkt po prostu zwala z nóg. Żel z AVENE ma idealną pojemność, zbliża się lato, czas wyjazdów, więc opakowanie jak znalazł na podróż, no i produkt też niczego sobie. Po raz kolejny w pudełku znalazł się krem marki LIERAC. Ostatni zdążyłam już zużyć, z chęcią więc sięgnę po następny, tym bardziej że ma właściwości rozświetlające. Chyba najmniejszy szał to peeling do ciała DERMIKA, ale tylko z tego względu że ja po prostu nie mam cierpliwości do tego typu kosmetyków.

Podsumowując, jestem zadowolona, a to oznacza, że zatrzymam subskrypcję na kolejny miesiąc. A Was majowe GB zadowoliło, czy może raczej rozczarowało? Dajcie znać, co sądzicie :))).


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Fryz w stylu vamp ;)


Kurzy się tu ostatnio, głównie z tego względu, że kurzy się i u mnie w domu. Aktualnie przeżywam drugi tydzień najgorszego syfu w historii, czyli remont;). Nienawidzę! Ale jeśli mieszkanko ma wyglądać pięknie, to trzeba pocierpieć niestety. Ściśnięta na kilku metrach kwadratowych z całym swoim dobytkiem i... kotem oczywiście, jakoś nie mam weny do cykania fotek. W związku z tym pójdę dziś trochę na łatwiznę i napiszę kilka słów na temat lakieru do włosów Vamp Spray 44 marki kemon, któy otrzymałam od producenta wraz ze zdjęciami.

Marka kemon słynie z produktów drogich, ale i profesjonalnych. Lakier do włosów pochodzi z nowej linii AND, która niedawno została wprowadzona na rynek. W przeciwieństwie do serii Hairmanya wyróżnia się prostym, nie rzucającym się w oczy opakowaniem. Do tej pory kemon zachwycał nietuzinkowymi zapachami, ten lakier pod tym względem się jednak nie wyróżnia. Zapach jest zwyczajny, na szczęście nie duszący.
Lakier ma być szybkoschnący i mocno utrwalający. Silnego utrwalenia jednak nie zauważyłam. Owszem lakier jest dość mocny, ale z bardziej ekstremalnymi fryzurami raczej sobie nie poradzi. Przy moich krótkich włosach produkt sprawdza się mimo wszystko całkiem nieźle, daje naturalny efekt, nie zlepia kosmyków i łatwo się wyczesuje, nie nadaje jednak włosom obiecanego blasku. Dla mnie jest to zdecydowanie bardziej produkt dla salonów fryzjerskich, niż na przeciętnych użytkowniczek lakierów, jako że cena jest jak zwykle dość zaporowa (cena: 57 zł za 300 ml).

A Wy co sądzicie? Byłybyście w stanie wydać taką okrągłą sumkę na lakier do włosów?

PS. Produkt udostępniono mi nieodpłatnie do testów. Fakt ten nie miał jednak żadnego wpływu na treść niniejszej recenzji.


poniedziałek, 13 lutego 2012

Wielka niewiadoma + rozdanie

Odżywkę Aloes WAX testuję już bez mała dwa miesiące i w dalszym ciągu nie mam o niej wyrobionego zdania. Nie wiem, czy świadczy to o produkcie dobrze, czy źle. Chyba po prostu pielęgnacja włosów nie jest moim priorytetem i męczą mnie maski, które trzeba nakładać na głowę na dłużej niż chwilę, owijać termicznym czepkiem i później spłukiwać. Rano zdecydowanie szkoda mi czasu na takie zabiegi, najczęściej odżywka bez spłukiwania to maksimum, na które mogę sobie pozwolić. Nie znaczy to jednak, że nie mam ochoty od czasu do czasu zafundować włosom porządnej kuracji.Tylko czy odżywka WAX jest w stanie taką kurację mi zapewnić? Otóż... nie wiem.


Dochodzę do wniosku, że nie jestem obiektem właściwym do testów. Włosy mam raczej nieproblematyczne pod względem pielęgnacji, często je ścinam, w związku z czym w przeciągu 5 tygodni pomiędzy jedną a drugą wizytą u fryzjera codzienne suszenie, czy prostowanie nie jest w stanie im zaszkodzić. Powiem krótko: po dobrych kilku tygodniach stosowania maski (mniej więcej raz na 7 dni) nie zauważyłam większej zmiany w kondycji włosów, nie wspominając już o ewentualnych spektakularnych efektach w postaci wzmocnienia struktury włosa itp. itd. Produkt przeznaczony jest specjalnie do włosów przetłuszczających się, ale i tu nie dostrzegłam ani zmiany na plus, ani na minus. Po prostu jedna wielka niewiadoma...

***********************************************************************************************************************

Jako że sama nie do końca jestem w stanie umiejętnie ocenić ten produkt, chciałabym umożliwić Wam testy na własną rękę.



Mam do rozdania 5 zestawów produktów pielęgnacyjnych do włosów marki Pilomax: 4 zestawy, w skład których wchodzą 2 maski (Aloes WAX do włosów przetłuszczających się oraz Kamille WAX do włosów jasnych o pojemności 70 g) oraz 1 zestaw próbek, w skład którego wchodzą saszetki Aloes WAX (3 x 30ml), saszetki Kamille WAX (3 x 10 ml) oraz szampon Henna WAX (3 x 7 ml). Jeśli chciałybyście wygrać, któryś z zestawów, zostawcie do 19.02 do godz. 23:59 pod tym postem komentarz z odpowiedzią na pytanie: "Co lubisz w swoich włosaęch?" Nie stawiam żadnych dodatkowych wymagań, wszystkich chętnych zapraszam do zabawy :))).

Produkty zostały przesłane mi przez firmę Pilomax, za co serdecznie dziękuję. Jednocześnie informuję, iż w żaden sposób fakt nie miał wpływu na treść powyższej recenzji.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...