Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lush. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lush. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 grudnia 2013

Nowości w kosmetyczce

W tym miesiącu moją kosmetyczkę zasiliło całkiem sporo nowości, głównie z tego względu, że zeszły weekend spędziłam w Berlinie, a wiecie, co to oznacza... Lush, Kiko, dm na wyciągnięcie ręki, więc żal byłoby nie skorzystać.

Lush mamił przede wszystkim świąteczną kolekcją. O ile bajecznie kolorowe i przepięknie pachnące mydła, kule do kąpieli omiotłam zaledwie obojętnym wzrokiem, o tyle kosmetykom pielęgnacyjnym nie mogłam się oprzeć i zafundowałam sobie cudownie pachnący karmelowym popcornem peeling do twarzy Let The Good Time Rolls (cena: 9,95 EUR) oraz pod wpływem recenzji dezemki limitowaną maseczkę do twarzy Rudolf (cena: 10,45 EUR).





Kiko zawsze mnie nęci, ale kiedy mam już możliwość zrobienia zakupów w tym sklepie, kompletnie nie mogę się tam odnaleźć. Wszędzie dużo, duuużo błysku i brokatu. Ostatecznie chwyciłam tylko czarny lakier z serii Quick Dry (cena: 1,90 EUR), jako że kolor ten chodził już za mną od dłuższego czasu. Noszę go aktualnie od kilku dni na paznokciach i jestem bardzo zadowolona.


Wypad do Niemiec nie mógłby się odbyć bez zahaczenia o dm. Z racji tego, że żeli pod prysznic i tym podobnych mam niezły zapas, ograniczyłam się do jednego - Balea kokos i nektaryna (cena: 0,65 EUR). Zapach jest obłędny! Mężczyzna dorzucił jeszcze borówkę i pistację z winogronem, bo też rewelacyjnie pachną. A podobno facetom jest wszystko jedno ;).




O dziwo, stojak z edycją limitowaną Catrice Celtica był pełny. Bez większego zastanowienia sięgnęłam po rozświetlacz Far and Beyond (cena: 5,45 EUR). Urzekło mnie solidne opakowanie, wygląd i sama formułą pudru. Drobinki są delikatne i subtelne, a efekt rozświetlenia bardzo przyjemny. Rozświetlacz wygląda jak hybryda terracotty i prasowanych meteorytów od Guerlain



Produktów do ust nigdy za wiele! Po niemalże roku regularnego stosowania wykańczam balsam ochronny alverde o zapachu wanilii i mandarynki. Sztyft ten znowu jest dostępny w sprzedaży, lecz ja nie lubię się powtarzać i wolę sięgać po nowinki. O serii z mocznikiem słyszałam wiele dobrego, w związku z tym wybór padł na balsam Balea Urea (cena: 0,95 EUR).


Kto śledzi mnie na Instagramie lub twitterze ten wie, że wczoraj miałam okazję poznać osobiście jedną z moich ulubionych YouTuberek nissiax83. Poza plotami przy kawie i herbacie odbyła się również wymiana zakupów. Aga zakupiła dla mnie klasyka w światku kosmetycznym, czyli duo Nars Orgasm i Laguna (cena: 41 USD). Całość - opakowanie i zawartość - prezentuje się przepięknie.



Zainteresowało Was coś szczególnie? Chciałybyście o którymś z produktów przeczytać w pierwszej kolejności? Mi nie pozostaje nic innego, jak zabrać się do intensywnego używania :).




sobota, 1 grudnia 2012

Kochanie, umyłem dzieciaki! + moc prezentów

Honey, I washed the kids! to zdecydowanie najlepsza nazwa i najlepszy zapach Lush. To połączenie miodu i karmelu mogłabym wąchać bez końca! Można go kupić pod najróżniejszymi postaciami: mydła, żelu pod prysznic, perfum. Miałam okazję używać mydełka, ale dość słabo się pieniło i nie było jakieś rewelacyjne dla skóry, dlatego tym razem zdecydowałam się na żel pod prysznic o tym samym zapachu, ale innej nazwie It`s raining men.


Produkt jest bardzo przyjemny w użyciu. Moje początkowe obawy, że będzie wodnisty i będzie słabo się pienił, okazały się zupełnie nieuzasadnione. Trochę rozczarował mnie jednak zapach, który jest zdecydowanie mniej intensywny niż w przypadku mydła i znacznie krócej utrzymuje się na skórze. To dość spore manko, kiedy dany kosmetyk kupuje się głównie dla doznań węchowych, bo myć to on myje, co zresztą było do przewidzenia.

Mikołajki jeszcze nie nadeszły, a ja ostatnio dostaję same prezenty :))).Jako że jak najbardziej pasują one do kąpielowego tematu, to się nimi w tym miejscu chętnie pochwalę ;).

Nie dalej jak w czwartek przyszła do mnie przesyłka z UK od Ani, autorki bloga cherrylassie.blogspot.co.uk. W paczce znajdowały się niesamowicie urocze produkty marki Amazon Soaps: bomby do kąpieli English Rose i Rasperry Coconut oraz mydełko Pink Sugar Cupcake Soap. Amazon Soaps to firma produkująca kosmetyki wytwarzane ręcznie ze składników naturalnych. Coś jak Lush, ale robiony bardziej w domowym zaciszu.


Nie mogę się doczekać, kiedy je wypróbuję. Wizualnie i węchowo moje serce skradło mydło, które nie dość że ma kształt uwielbianych przeze mnie babeczek, posypane jest różowym brokatem, to jeszcze pachnie dokładnie jak Honey, I washed the kids!


Jako wisienka na torcie, a może raczej powinnam powiedzieć truskawka, przyszła wczoraj przesyłka od Goshi z bloga rozowaszpilka.blogspot.com. Znalazłam w niej, obok truskawkowych słodkości (:D), truskawkowe mydełko Alverde. Różowa kostka pachnie bardzo ładnie, truskawkowo, ale nie nachalnie. Dodatkowo zatopione są w niej drobinki owoców. Normalnie uczta dla ciała i zmysłów! :)


Dziękuję Wam dziewczyny! Jesteście pyszne ;D



piątek, 16 listopada 2012

Święta zamknięte w słoiczku

Kolejny produkt z bożonarodzeniowej kolekcji Lush, który kupiłam poniekąd w ciemno. Poniekąd, bo poleciła mi go dezemka, więc w jakimś sensie gwarancję miałam, że kompletny bubel to nie będzie. I faktycznie nie zawiodłam się :).


Buche de Noel to w moim prywatnym słowniku "czyścik" do twarzy. Używam tego określenia, bo nie jest to ani typowy żel, ani peeling, ale swego rodzaju pasta, którą miesza się z odrobiną ciepłej wody i rozprowadza na twarzy. W charakterystycznym czarnym słoiczku znajdziemy 100 g produktu (cena: 5,95 Ł), w którego skład wchodzi kaolin, zmielone migdały, suszona żurawina, świeża satsuma (rodzaj śliwki) oraz drzewo cedrowe. 


Buche de Noel przeznaczony jest do każdego typu skóry. Jak pisze Lush na swojej stronie, jest to świąteczna wersja popularnego produktu Angels on Bare Skin. Migdały mają za zadanie delikatnie peelingować, śliwka i żurawina nawilżać, kaolin oczyszczać, a drzewo cedrowe działać antyseptycznie. Dodatkowo w składzie znajdziemy olejek migdałowy oraz masło kakaowe, które czynią skórę gładką i chronią ją przed zimnem. Połączenie wydaje się zgrane jak zespół kolędników :).


Polubiłam ten produkt przede wszystkim za to, że serwuje mojej buzi delikatny peeling i jednocześnie odżywia skórę. Oczyszcza ją dogłębnie, nie pozostawiając uczucia ściągnięcia, które w zimie potrafi być szczególnie nieprzyjemne.  Jeśli macie okazję nabyć ten "czyścik", szczerze go Wam polecam, bo nie dość że świetnie działa, to dodatkowo rewelacyjnie pachnie marcepanem, a nie ma nic lepszego niż takie świąteczne zapachy zimą :). Chwilami naprawdę chciałoby się zanurzyć łychę w tej masie i wpakować ją sobie do buzi ;))).

A Wy czym się zmywacie zimą?



niedziela, 11 listopada 2012

Od zmierzchu do... kąpieli

Do Świąt jeszcze trochę czasu, ale czemu nie umilić by sobie oczekiwania, relaksując się w wannie i otaczając się świątecznymi zapachami :). A takich bez liku na pewno dostarcza nam Lush.

W blogosferze krąży opinia, że wszelkie lushowe kule do kąpieli, żele pod prysznic i tym podobne to typowe kąpielowe gadżety, które mają fajne nazwy, ładnie wyglądają i pachną, dużo kosztują, ale poza tym nie wyróżniają się niczym szczególnym. I ja w sumie się pod tym podpisuję. Jakiś czas temu pisałam, że Lush nie przyprawia mnie już o szybsze bicie serca, ale od czasu do czasu mam ochotę się trochę rozpieścić i sprawić sobie jakiś kąpielowy "umilacz".

Takim gadżetem jest żel pod prysznic Twilight. Zamówienie odbyło się za pośrednictwem internetu i nigdy wcześniej nie miałam okazji wąchać tego cuda, ale zachęcił mnie opis: Ponieważ wszyscy jesteśmy stworzeni z gwiazd. Żel pod prysznic o zapachu lawendy i słodu, który uspokaja, relaksuje i przynosi ulgę, pomagając Ci przejść z dnia do nocy.


Żel pachnie naprawdę ładnie, choć nieco drażni mnie, że to słód a nie lawenda jest dominującą nutą. Produkt jest gęsty, pieni się rewelacyjnie, więc do umycia całego ciała wystarczy zaledwie odrobina. Trudno wypowiadać mi się o zaletach aromaterapii, bo z zasypianiem nie mam najmniejszego problemu. Po całym dniu jestem najczęściej tak zmęczona, że padam na twarz jak kawka, a każda kąpiel bez względu na użyty żel mnie relaksuje. Skóra po umyciu nie jest ani nadmiernie wysuszona, anie szczególnie nawilżona, więc i o nadzwyczajnych właściwościach pielęgnacyjnych nie może być tu mowy.

Na dnie butelki znajduje się jednak mała ciekawostka...


Czyżby to był gwiezdny pył? ;) Trudno powiedzieć, gdyż do tej pory nie udało mi się wydobyć owego srebrnego czegoś na zewnątrz. Żel jest na tyle gęsty, że zwartości wymieszać się nie da. Tak jednak wynikałoby z opisu zamieszczonego na butelce. Zapewne jak dotrę do końca, dowiem się, co siedzi na jej dnie. Już teraz ciekawość trochę mnie zżera ;).

W sumie lubię Lush za takie w zasadzie nie mające większego znaczenia dla samego produktu i jego właściwości akcenty. Sprawiają, że dany kosmetyk staje się ciut bardziej wyjątkowy. Lubię też opisy na etykietach, które zawsze pisane są z lekkim przymrużeniem oka :). 

Jak używać: Och, daj spokój, przecież nie musimy Ci tłumaczyć, jak używać żelu pod prysznic, nieprawdaż?
Top wskazówka: Chcesz spoglądać w niebo nocą i przypomnieć sobie, że jesteś jego częścią? Twilight pomoże Ci się z nim połączyć. Użyj go przed pójściem do łóżka na dobry sen. Ma ten sam zapach, co nasz popularny Twilight Ballistic
Dobrze wiedzieć: Czas między zachodem słońca a zapadnięciem nocy często nazywany jest niebieską godziną ze względu na otaczające nas charakterystyczne światło. Nasz niebiesko-fioletowy żel pod prysznic z dodatkiem migoczących gwiazd stara się je uchwycić  
Żel mnie nie zauroczył na tyle, aby od razu zapragnęła zapasu na cały rok (Twilight to wersja limitowana, cena za 250 ml ok. 8,50 Ł), ale na pewno będę go używać z przyjemnością.


A Wy macie jakieś ulubione kąpielowe gadżety?




czwartek, 1 listopada 2012

Lushowe zachciewajki

Mania na produkty Lush przeszła mi już jakiś czas temu. Nie zmienia to jednak faktu, że lubię, gdy od czasu do czasu lushowe zapachy goszczą w mojej łazience, a że nadarzyła się okazja w postaci wspólnego zamówienia zorganizowanego przez dezemkę, postanowiłam nabyć co nieco...

Jestem ogromną fanką zapachu mydła Honey, I washed the kids, jednak nie przepadam za mydłami w kostce. Są nieporęczne i najczęściej mało wydajne. Kiedy natknęłam się na żel pod prysznic It`s raining men, który obiecuje ten sam aromat karmelo-miodu nie mogłam się oprzeć. Do tego dorzuciłam Twilight z limitowanej świątecznej edycji, który pachnie lawendą i słodem, ma odprężać, relaksować i pomagać w zasypianiu. Pomyślałam, że będzie jak znalazł na długie, zimowe wieczory.


Lushowe żele pod prysznic to prawdziwa sinusoida. Potrafią rewelacyjnie się pienić, pięknie pachnieć i nawilżać. Niektóre bywają jednak lejące, w ogóle nie dają piany i przez to są niesamowicie niewydajne. Podsumowując w kilku słowach, raz są świetnie, innym razem kompletnie do d... Zobaczymy, jak będzie tym razem...

Z edycji świątecznej capnęłam również Buche de Noel, którym zachwycała się dezemka. W związku z tym i ja postanowiłam spróbować. Buche de Noel to "czyścik" do twarzy, który nie tylko myje, ale również peelinguje i odżywia. Zapach jest bardzo świąteczny, migdałowo-marcepanowy. Pierwsze wrażenia jak najbardziej pozytywne, a pełna recenzja zapewne wkrótce.


Do zakupów dorzucono mały drobiazg w postaci próbki Smaragdine Bubble Bath z serii Retro Lush. Nigdy nie miałam żadnego produktu z tej linii, więc bardzo chętnie przetestuję. Maź, bo taką postać ma kosmetyk, pachnie paczulą. Dla mnie jest to ziołowy aromat, rześki i orzeźwiający.


A Wy macie jakiś swoich ulubieńców z Lush?

P.S. Brak porządnego światła dziennego solidnie daje mi się we znaki, stąd zdjęcia są, jakie są... :/



niedziela, 14 sierpnia 2011

Wyjątek potwierdzający regułę ;)))

Wczoraj pisałam, że moje serce na widok produktów marki Lush już od dawna nie bije z ożywieniem. Istnieje jednak pewien wyjątek, który w moim odczuciu jedynie potwierdza powyższą regułę. Produkt, w który zaopatruję się ZAWSZE, jeśli mam tylko okazję robić zakupy w Lush to szampon w kostce. Rodzajów jest wiele, do wyboru i (dosłownie) do koloru. Próbowałam już kilku (Ultimate Shine, Jumping Juniper, Godiva, New), ale moim zdecydowanym ulubieńcem jest odpowiednik szamponu Big w formie stałej, czyli Seanik (cena: 8,25 Euro). 
Skład: Sodium Lauryl Sulfate, Irish Moss Gel (Chondrus crispus), Perfume, Nori Seaweed (Algae), Fine Sea Salt, Lemon Oil (Citrus limonum), Mimosa Absolute (Acacia decurrens), Orange Flower Absolute (Citrus Aurantium dulcis), Jasmine Absolute (Jasminum grandiflorum), Cocamide DEA, *Limonene, Colour 42045 * Occurs naturally in essential oils Vegan
Szampon uwielbiam przede wszystkim za jego praktyczność. Jest niewielki i lekki, bardzo wydajny (wystarcza mi na ok. 3 miesiące codziennego używania), wprost idealny w podróży (często przy zakupie dwóch sztuk dostajemy gratis puszkę do przechowywania). Jeśli zastanawiacie się, jak stosować to cudo, to nie ma nic prostszego: włosy wystarczy zwilżyć i potrzeć o nie kostkę, piana wytwarza się błyskawicznie. Po użyciu trzeba jednak pamiętać, aby pozostawić szampon do wyschnięcia i nie zamykać go w puszcze, gdyż wtedy może zmienić stan ze stałego w galaretowaty ;))). Włosy po umyciu są oczyszczone, miękkie w dotyku, błyszczące, zapach nie jest szczególnie silny, ale przyjemnie orzeźwiający, wyczuwalny dla osób trzecich ;).

Seanik to zdecydowanie mój numer jeden, jeśli chodzi o lushowe kosmetyki. Jest to produkt wegański, nie zawiera więc żadnych składników pochodzenia odzwierzęcego, choć można się spierać o jego naturalność, jako że w swoim składzie ma SLS-y. Mnie one jednak jakoś szczególnie nie ruszają ;))). Jedyne co mnie martwi, to jego rosnąca cena. Jeszcze nie dawno za jedną kostkę w niemieckim Lush'u trzeba było zapłacić ok. 7 Euro, dziś już ponad 8 :(((. Swoją drogą, ciekawa jestem, czy doczekamy się kiedyś Lush w Polsce...




sobota, 13 sierpnia 2011

Anioły i demony

Niejeden raz z pewnością zdążyłyście się przekonać, że nie ma kosmetyków idealnych i uniwersalnych. Co człowiek, to inne oczekiwania i potrzeby. Każda firma kosmetyczna ma w związku z tym swoje anioły i demony, czyli po prostu hity i kity. Dziś będzie o lushowych "Aniołach na nagiej skórze" (Angels on Bare Skin), a raczej o ich demonach ;))).

Skład: Ground Almonds (Prunus dulcis), Glycerine, Kaolin, Water (Aqua), Lavender Oil (Lavandula angustifolia), Rose Absolute (Rosa damascena), Chamomile Blue Oil (Matricaria chamomilla), Tagetes Oil (Tagetes minuta), Benzoin Resinoid (Styrax tonkinensis pierre), Lavender Flowers (Lavandula angustifolia), *Limonene, *Linalool

Pisałam już kiedyś, że kosmetyki Lush dawno przestały wywoływać u mnie przyspieszone bicie serca. O "Aniołach" słyszałam jednak wiele dobrego, dlatego podczas ostatniej wyprawy do Niemiec postanowiłam się w nie zaopatrzyć. Ze sklepowej półki zgarnęłam ostatnie opakowanie, co wskazywałoby na to, że produkt cieszy się naprawdę sporą popularnością i dawało nadzieję na zadowalające efekty. W moim przypadku okazało się jednak, że "Anioły" to w gruncie rzeczy bardziej demony...

Produkt w założeniu ma pełnić funkcję cleansera i oczyszczać naszą skórę, dzięki zawartości ziarenek i innych ścierających drobinek może również służyć jako peeling. Ma konsystencję gęstej pasty, która zwilżona wodą pozwala rozprowadzić się na buzi. Jest delikatny, ziarna nie rysują powierzchni skóry, a co najwyżej delikatnie ją masują. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie nieproszeni goście, którzy zawitali na mojej twarzy zaledwie po kilku użyciach i przez następne dobre kilka dni nie chcieli wrócić tam, skąd przyszli. Za demony na twarzy obwiniam "Anioły", bo był to jedyny produkt, który w owym czasie zmieniłam w swojej rutynie. Po pewnym czasie postanowiłam jednak dać im drugą szansę. W tej chwili moja skóra już przywykła i nie reaguje na produkt tak alergicznie. Dłuższe używanie nie przyniosło jednak również żadnych spektakularnych efektów, poziom oczyszczania i pielęgnacji określiłabym zaledwie jako przyzwoity.

Nie skreślam tego produktu, setki tysięcy osób wystawiających mu pozytywną opinię nie mogą się mylić, ale w moim przypadku kolejnego opakowania raczej nie będzie. Po raz kolejny (biorąc pod uwagę moje kosmetyczne doświadczenia) potwierdził się fakt, że produkty Lush to nic szczególnego, zwłaszcza że ich ceny nie należą do najniższych (100 g Angels on Bare Skin kosztuje 9,95 Euro).


A jakie jest Wasze zdanie? Hit czy kit?




wtorek, 28 września 2010

Jestem w kropce.





Byłam wczoraj w Lush. Chciałam tylko popatrzeć, popodziwiać, powąchać. Oczywiście skończyło się na tym, że nie byłam w stanie wyjść z pustymi rękami.
Skusiłam się na szampon Ultimate Shine Shampoo, który już od dawna chciałam wypróbować i który ma nadawać piękny blask naszym włosom, oraz uwiedziona efektem kolorystycznym i zapachem na Bubble Bar Somewhere Over The Rainbow, której zadaniem jest stworzyć w naszej wannie bajecznie kolorową pianę.
Pani sprzedawczyni była na tyle uprzejma, że pozwoliła mi wybrać sobie darmową próbkę. Zdecydowałam się na produkt, z którym do tej pory nie miałam jeszcze do czynienia - balsam do ust Honey Trap.
Przy okazji dostałam gazetę Lush Times. Zadowolona z zakupów wróciłam do domu. Chciałam sprawdzić, ile kosztuje ów balsam do ust. I tu zaczęły się schody... Do czego zmierzam? Szukając ceny, przyjrzałam się bliżej składnikom tego produktu. Rzadko to robię, gdyż zasadniczo małą przywiązuję do tego wagę, zdziwiłam się jednak bardzo, widząc, że kosmetyk w swoim składzie zawiera parabeny (Methylparaben), a więc środki konserwujące. Zaintrygowana wertowałam gazetkę dalej i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że co drugi lush'owy specyfik jest "wzbogacany" o konserwanty. Poniżej na zdjęciu kilka przykładów (na zielono zaznaczono składniki naturalne, na czarno składniki pochodzenia chemicznego, parabeny znajdują się na końcu listy):
Czar prysł. O ile Lush nie obiecuje nam, że kosmetyki są w 100% naturalne (nie oszukujmy się, nawet najbardziej naturalne produkty zawierają w sobie odrobinę chemii), to logo firmy mówi, że są to "Fresh Handmade Cosmetics", a więc produkty produkowane ręcznie i przede wszystkim świeże. Nieco mnie to zastanawia, bo czy produkt zawierający środek konserwujący z ponad 12-sto miesięczną datą przydatności można uznać za świeży? Nie wspominając już o tym, że Methylparaben oraz Propylparaben zgodnie z dyrektywą unijną zostały oznaczone poniższą ikonką, która służy do opisu substancji szkodliwych dla zdrowia.





Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę tutaj wyjść na hipokrytkę. W swojej kosmetyczce posiadam kilka produktów Lush, testuję różne ich specyfiki już od ponad roku, bardzo chętnie ich używam, jestem również generalnie zadowolona z ich działania. Przyznam się również, że balsam do ust tak mnie zachwycił, iż nawet rozważam jego zakup. Moje usta dawno nie były takie gładkie i miękkie. Po prostu cud, miód i orzeszki.  Myślę, że mimo wszystko pewnie jeszcze tam wrócę. Zastanawiam się jednak, czy cała ta lush'owa oprawa, niezwykle mamiący marketing firmy, stawiający na prostotę i rzekomą ekologię, nie zakłada nam przysłowiowych klapek na oczy. Za lush'owe produkty płacimy grube pieniądze, czy jednak są one naprawdę tego warte??? 

Bardzo chciałabym poznać Wasze zdanie na ten temat. Przesadzam? Nie mam racji? Zaznaczam, że wszlkie informacje o substancjach szkodliwych dla zdrowia czerpię z wikipedii, blogów, YouTube i tym podobnych źródeł - chemikiem nie jestem, nie chcę więc też udawać eksperta w tej dziedzinie. Myślę, że może jednak warto podyskutować na ten temat, zwłaszcza że marka coraz bardziej zyskuje w Polsce na popularności. Co Wy na to?

piątek, 10 września 2010

Saga o dłoniach vol. 3 (Lush, SH, p2)

Obsesji na punkcie dłoni ciąg dalszy;) W trzeciej części sagi (i póki co chyba ostatniej) bohaterami będą produkty do pielęgnacji skórek wokół paznokci. Stara prawda głosi, że nawet najpiękniejszy odcień lakieru nie będzie na naszych paznokciach prezentował się dobrze, jeśli skórki wokół płytki pozostaną niezadbane. Niestety, częste malowanie, a co za tym idzie i zmywanie lakieru nawet najłagodniejszymi środkami, przesusza naszą skórę dłoni, co często skutkuje nieestetycznymi i, co gorsza, bolesnymi "zadziorami". Jak temu zaradzić?

Sama mam spore skłonności do suchej skóry wokół paznokci, ale długi czas, mówiąc kolokwialnie, olewałam sprawę. Dopiero YouTube uświadomił mnie kosmetycznie i sprawił, że zaczęłam zwracać uwagę na najdrobniejsze detale w makijażu i pielęgnacji. Doszłam do wniosku, że przesuszonym skórkom trzeba powiedzieć stanowczo i zdecydowano NIE!;) Po ilości marek wymienionych w tytule posta z pewnością zdążyłyście wywnioskować, że długo i na różne sposoby walczyłam z problemem i ze swoim wewnętrznym leniem, bo musicie wiedzieć, że skuteczna pielęgnacja wymaga zdecydowanie wytrwałości i systematyczności, a o to w moim przypadku niełatwo ;).

Pierwszym produktem, który miał czynić cuda był krem Lemony Flutter z Lush.

zdjęcie: www.lush.de

Przyznam, że pokładałam w nim wielką nadzieję, wydawało mi się, że raz go użyję, no może dwa,  i będzie po problemie. Niestety, ten krem to moje największe "lush'owe" rozczarowanie, bo po miesiącu smarowania i wcierania z moimi skórkami nie zrobił nic! Producent twierdzi, że jest to kosmetyk niezwykle odżywczy, nadający się nie tylko do pielęgnacji skóry wokół paznokci, ale również do stosowania na wszelkie silnie przesuszone miejsca na ciele (łokcie, kolana, pięty). Jego główne składniki to wyciąg z cytryny, który ma za zadanie zmiękczać naszą skórę, masło shea, które ma właściwości nawilżające, wosk pszczeli mający tworzyć barierę ochronną dla skóry, wyciąg z soi, olejek migdałowy itp., itd. Aż by się chciało sparafrazować słowa poety: "pełno nas, a jakoby niczego nie było...".:/ Krem ma konsystencję dość gęstej pasty, rozpuszcza się pod wpływem temperatury ciała i dość długo się wchłania, co jednak w przypadku tego typu produktów jest dość powszechne. Zapach zdecydowanie nie jest przyjemny, pachnie chemiczną cytryną, choć niektórzy na YouTube wprost się nim zachwycają ;). Dla mnie "Lemony Flutter" to zdecydowanie produkt "No Go". Jednakże, aby sprawiedliwości stało się zadość, muszę tu zaznaczyć, że ów specyfik kupiłam również mojej mamie, która ze względu na częsty kontakt z kredą ma bardzo suchą skórę na opuszkach palców. Zużyła  już prawie całe opakowanie i o dziwo bardzo sobie ten produkt chwali. Cena to ok. 10 Euro za 50 ml (krem starcza na wieki!).

Kolejny specyfik to Nail & Cuticle Oil  z Sally Hansen, który skuszona promocją zakupiłam ok. 2 tygodnie temu w Superpharm.

zdjęcie: www.sallyhansen.com
Jest to produkt w postaci olejku, który nakładamy pędzelkiem na paznokcie i okolice, i następnie wmasowujemy. Oliwka zawiera witaminę E, która odżywia i wzmacnia naszą płytkę, olejek z pszenicy oraz olej kartamusowy (wikipedia: klik ). Konsystencja nie sprzyja aplikacji. Olejek zalewa skórki podczas nakładania, ponieważ ma bardzo płynną konsystencję, dodatkowo długo się wchłania. Nie jest to produkt dobry dla osób niecierpliwych (czyli dla mnie :D), ponieważ czekając, aż kosmetyk wyschnie, łatwo "wytłuścić" wszystko dookoła (zwłaszcza klawiaturę ;D). Cena nie jest nadto wygórowana (w promocji zapłaciłam nieco ponad 20 zł), odradzam jednak kupowanie produktów SH w Sephorze, gdyż w porównaniu do Superpharm za każdy kosmetyk zapłacicie ok. 10-15 zł  więcej (w stosunku do ceny regularnej!).

Na koniec Cuticle Gel mit Honig + Propolis z firmy p2, czyli żel do pielęgnacji skórek z miodem i kitem pszczelim.
zdjęcie: www.dm-drogeriemartk.de
Myślę, że nie muszę wspominać o zbawiennym działaniu miodu na naszą skórę, o tym na pewno już wiecie:) Czym jest natomiast kit pszczeli? Jak sama nazwa wskazuje jest to substancja produkowana przez pszczoły z zebranych żywic roślinnych. Ma ona silne działanie bakteriobójcze, przyspiesza proces gojenia się ran i regeneracji skóry. Kosmetyk ma postać żelu i dodatkowo wyposażony jest w pipetę, co znacznie ułatwia aplikację, ponadto dość szybko się wchłania i nie jest ani tłusty, ani klejący - za to wielki plus. Cena również jest bardzo przystępna (ok. 3 Euro). Marka p2 dostępna jest jednakże jedynie w drogeriach "dm" na terenie Niemiec i Austrii. Wielce nad tym ubolewam, gdyż firma oferuje bardzo szeroką gamę produktów, które są niedrogie i naprawdę dobrej jakości. Zawsze, gdy tylko jestem w Niemczech, swoje pierwsze kroki kieruję właśnie do "dm" :).

No a jak ze skutecznością? Uważam, że produkty SH i p2 mają bardzo podobne działanie, a więc pomagają jedynie doraźnie. Po aplikacji skórki pozostają nawilżone przez kilka następnych godzin, a później problem niestety powraca, może w nieco mniejszym stopniu, może dłonie wyglądają na nieco bardziej zadbane, ale jednak... Jeśli zapomnimy o regularnej aplikacji, bez wątpienia stan naszej skóry powróci do punktu wyjścia.
Wniosek nasuwa się prosty: nie ma rozwiązań idealnych! Skóra wokół paznokci wymaga  regularnej pielęgnacji tak samo jak skóra naszej twarzy i pozostałych części ciała. Chcemy być piękne - musimy cierpieć: wcierać i smarować, na dodatek regularnie! ;)

xoxo
M.

P.S. 1 Jeśli znacie jakiś cudowny sposób/środek na skórki, wiecie, co robić... zostawić komentarz oczywiście:)!

P.S. 2 Zdjęcia zostały zaczerpnięte z internetu, bo już ciemno, no i jam dziś wyjątkowo leniwa;)

P. S. 3 Nie zapomnijcie sprawdzić, co mi dziś w duszy gra (temat przewodni na dziś: cytryna;)).

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Saga o dłoniach vol. 1 (Lush)

W pierwszej kolejności chciałabym podziękować wszystkim, którzy śledzą mojego bloga i zechcieli wziąć udział w ankiecie. Bardzo liczę się z Waszym zdaniem:) Wyniki ankiety nie wypadły jednak jednoznacznie: 14 osób głosowało za krótszymi postami, 25 za dłuższymi, a więc zdania są dosyć podzielone. Podążając za filozofią stoików, postanowiłam w związku z tym zastosować metodę "złotego środka" i publikować posty średniej długości. Myślę, że z takiego rozwiązania każdy powinien być zadowolony:)
A teraz do rzeczy...

Ostatnio dziwnym trafem w mojej kosmetyczce uzbierało się sporo produktów przeznaczonych do pielęgnacji dłoni, głównie kremy, powiedziałabym, ze średniej półki, dość trudno dostępne w Polsce, ale jednak nie nieosiągalne. Jako że zanim wydamy większą sumę pieniędzy na określony kosmetyk, warto rozważyć, czy jego zakup (dodatkowo wiążący się najczęściej z wysokimi kosztami przesyłki) w ogóle się opłaca, pomyślałam, że skrobnę kilka słów na temat "specyfików", które testowałam w przeciągu dobrych ostatnich kilku miesięcy.
No to do dzieła!

W pierwszej części "Sagi" rzecz będzie o kremach typowo do rąk: "Helping Hands" i "Handy Gurugu" marki Lush. Wyrażenia "typowo do rąk" używam tutaj do określenia produktu, który zasadniczo służy do smarowania dłoni (istnieją również "specjalistyczne" kremy, przykładowo do pielęgnacji skórek, ale o tym będzie mowa kiedy indziej;)).


Krem "Helping Hands" kupiłam z myślą o moim mężczyźnie, który ma tendencję do suchych dłoni. Oczywiście nie omieszkałam i sama produkt co nieco przetestować, a jakże;) Według zapewnień ekspedientki we frankfurckim Lush`u jest to specyfik o bardzo silnych właściwościach odżywczych, który powinien być w stanie uleczyć nawet najbardziej spracowane dłonie. Zaleca się go osobom, które przykładowo pracują na budowie lub mają styczność ze środkami chemicznymi (głównie czyszczącymi). Główny składnik to wyciąg z rumianku rzymskiego, który ma właściwości nawilżające i kojące, wyciąg z lnu zwyczajnego, który działa ochronnie, olejek migdałowy, masło shea i inne. Krem ma konsystencję gęstego jogurtu, łatwo się wchłania i jedynie na krótko pozostawia tłustawą warstwę na dłoniach. Za jego wadę można uznać niezbyt przyjemny zapach, który, co prawda, nie jest drażniący, ale do kwiatków na łące zdecydowanie mu daleko;) Świadczy to jednak o tym, że produkt nie został wzbogacony o sztuczne aromaty tylko po ty, by umilić nam jego użytkowanie. Ponadto, od dawien dawna wiadomo przecież, że lekarstwo, które pomaga, najczęściej gorzko smakuje, można więc powiedzieć, że tak właśnie jest i w tym przypadku, bowiem krem bardzo dobrze pielęgnuje. W skali od 1 do 5 "Helping Hands" dostaje ode mnie 4 pkt (-0,5 pkt. za zapach i -0,5 pkt. za cenę, koszt to ok. 10 Euro).

Kolejny bohater dzisiejszego odcinka to krem "Handy Gurugu". Skąd ta nieco zabawna dla polskiego ucha nazwa? Otóż masło shea, które jest głównym składnikiem kremu (drugie na liście "Ingridients") pochodzi podobnież z wioski Gurugu w Ghanie. Ile w tym prawdy? To już wiedzą tylko pracownicy Lush;) Główny składnik "Gurugu" to olejek różany, który ma niezwykle szerokie zastosowanie w przemyśle kosmetycznym, następnie masło shea, gliceryna, kwas stearynowy, bio olejek migdałowy, świeży sok z cytryny i inne. Krem ten ma o wiele gęstszą konsystencję niż Helping Hands, jest również o wiele bardziej tłusty, do tego stopnia, że po wtarciu produktu w dłonie wciąż pozostaje na nich klejąca się warstwa kosmetyku. Nie jest to komfortowe uczucie, osobiście mam wtedy wrażenie, że dotykając czegoś (nie daj Boże w tramwaju lub innym środku komunikacji miejskiej!), cały "okoliczny" brud przykleja mi się do dłoni - za to duży minus! Być może zimą będzie sprawował się lepiej, zobaczymy. Nie mogę natomiast narzekać na zapach, krem pachnie bardzo przyjemnie, choć ciężkawo i sądzę, że osobom o wrażliwym nosie może to przeszkadzać. W ogólnej ocenie "Handy Gurugu" zasługuje na max. 3 pkt (-1 za tłustą konsystencję, -0,5 za ciężkawy zapach, -0,5 za cenę, koszt to ok. 10 Euro). Osobiście odradzam ten produkt, obecnie stosuję go tylko na noc, bo w dzień, jak wspominałam wyżej, efekt "lepkich rąk" bardzo mi przeszkadza, na pewno nie kupię go ponownie, gdyż z dłońmi cudów również nie czyni.

Koniec końców wniosek nasuwa się prosty: również do marki Lush nie można podchodzić bezkrytycznie. Jak każda firma kosmetyczna ma produkty lepsze i gorsze, dlatego zanim kupicie jakiś produkt, warto na jego temat trochę poczytać, poszukać recenzji na blogach (np. u mnie, ha ha!;)) albo na YouTube. W ten sposób możecie z pewnością zaoszczędzić kilka cennych "groszy". A może już macie swój idealny produkt do pielęgnacji dłoni i nie musicie szukać dalej? Bardzo jestem ciekawa:)

Pozdrawiam
xoxo
M.

P. S. Już teraz zapraszam Was na kolejną część "Sagi", tym razem w roli głównej wystąpi marka The Body Shop:)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...