Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MAC. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2013

Coffee kontra Teddy

Kredka do oczu to dla mnie kosmetyk nieodzowny. Rzadko rysuję kreski na górnej powiece, ale bez podkreślenia dolnej linii rzęs nie wyobrażam sobie makijażu. Konturówka idealna ma odcień ciemnego brązu, nie jest ani za twarda, ani za miękka, rysuje kreskę bez konieczności milionowych poprawek, długo się trzyma, urozmaicenie w postaci delikatnego połysku jest również mile widziane.

Długie miesiące służyła mi kredka MAC Eye Pencil w odcieniu Coffee, która ma się już ku końcowi. Byłam z niej bardzo zadowolona, choć może nie był to ideał. Do gustu przypadł mi szczególnie kolor - odcień ciemnego, chłodnego brązu, który łądnie podbija zieloną tęczówkę. Wbrew pozorom niełatwo jest taki znaleźć na drogeryjnych półkach. Rysik dość gładko sunie po powiece, trwałość jest również bez zarzutu, choć muszę zaznaczyć, że kreskę utrwalam przeważnie cieniem do powiek w podobnym odcieniu.

Aktualny egzemplarz z powodzeniem mogłabym zastąpić nowym w dokładnie tym samym kolorze, o już sprawdzonej formule, ale wtedy życie byłoby nudne ;). Spragniona nowości i nieznanego w swojej kosmetyczce Eye Pencil Coffee postanowiłam zastąpić Eye Kohl w odcieniu Teddy.




Jest to zdecydowanie cieplejsza wersja brązu o satynowym wykończeniu. Mimo że gustuję raczej w chłodnych odcieniach, ten wyjątkowo mi się podoba. Kolor jest dość uniwersalny i powinien dobrze się komponować z każdą tęczówką. Szczególnego uroku dodaje mu moim zdaniem wspomniany już połysk, który sprawia, że odcień jest trójwymiarowy i niejednoznaczny. Rysik ma optymalną strukturę, bardzo łatwo narysować nim jednolitą i precyzyjną kreskę, która na powiece utrzymuje się aż do chwili demakijażu.



Konturówki MAC to solidna inwestycja (Coffe: 64 zł, Teddy: 74 zł). Przez moją kosmetyczkę przewinęło się już wiele kredek i zdecydowanie najchętniej sięgam właśnie po te. Za ceną idzie jakość i duża wydajność. Jeśli więc jest to kosmetyk, po który sięgacie na co dzień, a jeszcze nie znalazłyście swojego ideału, może warto rozważyć zakup. Ze mną Teddy na pewno zostanie na dłużej :).





poniedziałek, 8 lipca 2013

MAC Warm Soul

Najnowszy, choć już nie taki nowy, bo sprzed około 2 miesięcy, nabytek z MAC: mineralny róż do policzków Warm Soul. Mimo że macowe produkty już rzadko kiedy wzbudzają we mnie nieodpartą żądzę posiadania, do ich cieni i róży w dalszym ciągu mam słabość i raz na jakiś czas capnę sobie co nieco.




Wybór padł na róż wypiekany, bo produkty te mają kilka cech, które moim zdaniem rekompensują dość wysoką cenę (100 zł za 3,5 g). Po pierwsze odcienie są subtelne, kryją w sobie delikatne drobinki, które nadają zdrowego blasku buzi. Po drugie pigmentacja jest idealnie akuratna, co znaczy tyle, że nasycenie osiągniemy wedle naszych upodobań, od muśnięcia kolorem po żywy odcień. Po trzecie róże te są nadzwyczaj wydajne, w związku z czym nie musimy obawiać się, że gruba sumka, którą na taki kosmetyk trzeba przeznaczyć szybko obróci się (dosłownie) w pył.



Zdjęcie poglądowe naprędce cyknięte telefonem
Jako że róż będzie nam służył długie miesiące, osobiście wychodzę z założenia, że warto zainwestować w odcień uniwersalny, dobrze komponujący się z każdym światłem i makijażem. Warm Soul to istny kameleon. MAC opisuje go jako średni beż ze złotą poświatą. Na każdej skórze prezentuje się on jednak inaczej. U niektórych wybijają bardziej różowe, u innych brzoskwiniowo-pomarańczowo-złote tony. Mi przypadło być w tej drugiej grupie z uwagi na moją zółtawą karnację pozbawiona jakiegokolwiek rumieńca i mimo że efekt mi się podoba, dochodzę do wniosku, że chyba lepiej czuję się w klasycznych różach. Warm Soul to jednak idealny towarzysz na lato. Pięknie podkreśli muśniętą słońcem skórę. Na ten efekt przyjdzie mi jednak poczekać do września, bo dopiero wtedy mam zamiar się na poważnie urlopować, a póki co ściany korpo mocno trzymają mnie w swoich mackach ;). 

No i co sądzicie? Yay or nay?




sobota, 11 maja 2013

Warszawa da się lubić ;)

Dzięki uprzejmości marki The Body Shop miałam przyjemność ponownie gościć w Warszawie. Event został zorganizowany z okazji wypuszczenia nowej kolekcji makijażowej sygnowanej przez piosenkarkę Leonę Lewis. O samym wydarzeniu napiszę Wam nieco więcej, gdy dotrą do mnie zdjęcia od pani Fotograf, bo mi samej jakoś nie udało się cyknąć zbyt wielu ciekawych fotek, zbyt dużo się działo.

Całość miała miejsce w Złotych Tarasach, a wiadomo, co to oznacza... ZAKUPY :D Będę się więc dzisiaj trochę chwalić ;)

Podczas eventu miałam okazję poznać niemalże całą ofertę The Body Shop, którą niezwykle cierpliwie przedstawiała mi pani Justyna. Po ponad godzinie macania, próbowania i wąchania, skusiłam się na mgiełkę do twarzy z witaminą C, która posłuży mi do utrwalania i odświeżania makijażu w trakcie upałów, oraz drewniany grzebień, przy którym na pewno nigdy nie złamie mi się żaden ząb, a przy okazji i włosy skorzystają.


Nie mogłam sobie również odmówić zahaczenia o stoisko Yankee Candle, od którego odeszłam oczywiście z czterema nowymi woskami i przy którym musiałam stoczyć wewnętrzną walkę, żeby nie wziąć więcej. Postawiłam na świeże owocowe i kwiatowe zapachy, w sam raz na aktualną porę roku.


Na koniec musiałam również wdepnąć do MAC. Wykończyłam niemalże wszystkie róże, jakie mam w swoim posiadaniu i postanowiłam zaopatrzyć się w jakiegoś macowego minerałka, bo raz, że mają one naprawdę ładne odcienie o fajnym, nieprzesadnym nasyceniu, a dwa, że są to najbardziej wydajne kosmetyki, jakie znam. Za namową nieocenionej MakeUpBrock, która w salonie MAC w Złotych Tarasach pracuje, zdecydowałam się na ciepły odcień Warm Soul.


Dodam jeszcze, że TBS z eventu też nie wypuścił nas z pustymi rękami :).


Po raz kolejny moje kosmetyczne chciejstwo na jakiś czas zostało zaspokojone. Chciałybyście poczytać, o którymś z kosmetyków w pierwszej kolejności? 




sobota, 16 marca 2013

Warszawskie łupy


Wizyta w Warszawie, o której pisałam w poprzednim poście, nie mogła obyć się bez drobnych zakupów. W zasadzie niczego wielkiego nie kupiłam, ale możliwość odwiedzenia do tej pory nieznanych sklepów zawsze człowieka cieszy ;).

W pierwszej kolejności stopy moje, Różowej Szpilki i Belli postanęły w salonie Bath and Body Works. Sieć tę znałam już dużo wcześniej z amerykańskich filmików na YT, ale jakoś nigdy nie miałam szczególnej zajawki na ich produkty. Będąc jednak na miejscu, grzechem byłoby nie zahaczyć ;). W samym sklepie można dostać co najmniej oczopląsu. Produktów jest tyle, że w pierwszym momencie bardzo trudno to wszystko ogarnąć. Na pewno zachęcają promocje typu "Kup 2, weź 3", "Zapłać za 4, weź 6" itp. Taki model sprzedaży wydaje mi się bardzo amerykański i na pewno działa na podświadomość klienta. Po obwąchaniu mnóstwa balsamów, mydeł i perfum, zdecydowałam się na 3 miniaturki mgiełek do ciała o wiosennym zapachu Sweat Pea, letnim Bali Mango i klasycznym Pink Chiffon.


Do tego na spółkę z dziewczynami skusiłam się na antybakteryjne płyny do rąk. Zobaczymy, jak całość sprawdzi się w praniu. Wszystkie zapachy są niesamowicie przyjemne i soczyste, ale - jak to w przypadku mgiełek i tym podobnych produktów bywa - niezbyt trwałe. W promocji 3 za 2 za cały zestaw zapłaciłam 39 zł (cena pojedynczej migiełki to 19,99 zł), żele do rąk kosztowały nas w sumie 32 zł za 6 sztuk, koszt pojedynczej sztuki to 7,99 zł).  


Później nasze kroki skierowały się do salonu MAC, gdzie miałam przyjemność poznać mój makijażowy autorytet youtubowy MakeUpBrock :). Pomacałam to i owo, ale nic nie przyciągnęło mojej szczególnej uwagi. Brock była jednak tak miła, że sporządziła dla mnie i Gosi próbki dwóch podkładów: nowego podkładu mineralnego Mineralize Moisture oraz Matchmaster. Potestujemy, zobaczymy. 


Jadąc do Warszawy, nastawiłam się na buszowanie po stoisku Yankee Candle. Wybór wosków jednak bardzo mnie rozczarował. Miałam nadzieję na sprawdzenie niektórych zapachów na żywo, ale dostępnych było zaledwie kilka na krzyż i generalnie miałam problem, żeby coś wybrać. Ostatecznie zdecydowałam się na cynamonowy Home Sweet Home, obłędnie soczysty Wild Passionfruit i konwaliowy Garden Hideway. Samplery świeczek są mało intensywne, ale ja kroję je na cząstki i topię w kominku dokładnie tak samo jak woski. 


I to by było na tyle, nie licząc oczywiście całej siaty produktów Dove, na których recenzję na pewno jeszcze przyjdzie pora.

A Wy co kupiłyście ostatnio? Pochwalicie się? ;)





wtorek, 16 października 2012

Fokus na usta

Jak obiecałam, tak zrobiłam. Mam dziś do pokazania makijaż zmalowany kosmetykami z wrocławskich łowów. Jakość zdjęć na kolana nie powala, ale ja po prostu nie mam do tego drygu i za cud uznaję, że w ogóle cokolwiek udało mi się uchwycić ;).

No to raz, dwa, trzy... Magdalena patrzy :D



I w wersji "na okularnicę"...


Jestem w stanie przekonać się do tej czerwieni na sobie. Na pewno na większe wyjścia, nie wiem, czy na co dzień. Chyba mimo wszystko brakuje mi odwagi... Muszę jednak przyznać mało skromnie, że połączenie czerni oprawek z czerwienią ust szalenie mi się podoba :))).

Makijaż oczu jest prosty jak konstrukcja cepa: Patina na ruchomej powiece, brąz od Bell w zewnętrznym kąciku, załamaniu i wzdłuż dolnej linii rzęs, matowy beż w wewnętrznym kąciku i pod łukiem brwiowym, kreska żelowym eyelinerem w brązowym odcieniu.

Tak toto wygląda w zbliżeniu...


Ciekawa jestem, jaki jest Wasz stosunek do czerwonej szminki w ogóle i w szczególe. Hot or not?



poniedziałek, 15 października 2012

Wrocławskie zdobycze

W ten weekend miałam przyjemność odwiedzić dom rodzinny, a jak już jestem u rodziców to niemalże obowiązkowym punktem programu jest wyprawa na małe zakupy do Wrocławia, a skoro Wrocław, to oczywiście Magnolia, a jak Magnolia, to nie może się obyć bez zahaczenia o MAC, a skoro MAC to do koszyka musi wpaść jakiś cień... I tak też się stało ;).


Wykończyłam Patinę, a że jest to moim zdaniem idealny odcień na jesień, uzupełniłam zbiory. Przy okazji uzbierało mi się 6 opakowań po innych MACzkach, więc mogłam wybrać sobie szminkę. Już dawno miałam ochotę na jakąś czerwień, bo postanowiłam oswoić się z tym kolorem na moich ustach i ostatecznie padło na odcień On hold.


Patina to naprawdę przepiękny odcień, jeden z moich ulubionych. MAC opisuje go jako brązowy taupe ze złotą perłą. Ja osobiście dostrzegam w nim dodatkowo lekko różową poświatę. Wykończenie to Frost, ale efekt bling bling jest dość subtelny. Zdecydowany "muszęmieć", szczególnie na tę porę roku.


Czerwone szminki uwielbiam, ale głównie podziwiać, nieco mniej nosić. Skoro jednak ta pomadka nie kosztowała mnie ani złotówki, postanowiłam wybrać kolor, którego normalnie pewnie bym nie kupiła, zwłaszcza za regularną cenę. Ryzyk-fizyk, jak to się mówi. On hold to wg producenta średnia malina o żółtych podtonach, na moich ustach to jednak zdecydowanie czerwień, nieco przygaszona, ale jednak czerwień. Szminka ma wykończenie Cremesheen, stopień jej krycia można swobodnie kontrolować, od lekkiej maliny, po kryjącą czerwień. Jej barwa w dużej mierze zależeć będzie od naturalnego koloru ust.

Przy okazji zahaczyłam jeszcze o stoisko Bell i capnęłam dwa pojedyncze matowe cienie: 145 i 147. Pierwszy to cielisty beż, drugi to chłodny brąz, który z powodzeniem można by określić jako taupe. Maty zazwyczaj są trudne we współpracy, nierzadko bywają kredowe, te cienie uwielbiam natomiast za ich aksamitność, stopień krycia i niską ceną (8,40 zł za jeden cień).


Dzisiaj mam wolne, więc pewnie zmaluje coś przy pomocy tego zestawu. Jeżeli efekty będą zadowalające, pewnie się Wam pochwalę ;).



sobota, 23 lipca 2011

Jade`s Fortune

Nie byłabym sobą, gdybym podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie nie weszła do salonu MAC. Koniecznie na własne oczy chciałam zobaczyć letnią kolekcję mineralną. Dużo nowych produktów, ciekawe zestawienia kolorystyczne, ale oczywiście, jak można się domyślić, najciekawsze kąski już dawno były wyprzedane. Mimo to w oko wpadł mi jeden cień: Jade`s Fortune o przepięknym zielono-żółto-niebiesko-czarnych nitkach, które w połączeniu ze sobą dają bliżej niezidentyfikowany odcień o szarawo-niebieskawej bazie z zieloną poświatą i delikatnymi różowo-niebieskimi mikrodrobinkami ;))). Opis dość skomplikowany, ale na taki właśnie ów cień zasługuje, gdyż bez wątpienia jest nietuzinkowy. Zresztą zobaczcie same :))).
Jak się pewnie domyślacie, zdjęcie nie oddaje prawdziwego uroku tego odcienia. Choćbym się dwoiła i troiła, aparat nie jest w stanie uchwycić zmieniającego się jak kameleon koloru i migoczących w słońcu drobinek. Nie jest to może jakiś niesamowity "muszęmieć", ale wizualnie zarówno w pudełeczku i na oku cieszy wzrok. Poniżej makijaż z jego użyciem. Jade`s Fortune był jedynym cieniem, który wykorzystałam do jego wykonania.
I co sądzicie? Hot or Not? ;)))

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Miękkie jajo ;)))

Jak w Waszym mniemaniu prezentuje się idealny pędzel do pudru? Jest okrągły i puchaty? A może w kształcie wiosła o sprężystym włosiu? W moim przypadku nie jest to ani jedno, ani drugie... mój ideał to miękkie jajo ;))).
Moje jajo o idealnie zbitej podstawie, odpowiednio pękatym brzuszku i perfekcyjnie przyciętym czubku to pędzel MAC 138. Szczęśliwą posiadaczką stałam się dzięki mamie, która na moją makijażową pasję reaguje często głębokim westchnieniem, ale mimo wszystko przy nadarzających się okazjach (akurat tym razem były to imieniny) spełnia moje najdziwniejsze zachcianki ;).

W tym poście rzecz będzie o wyższości jaja nad kulą ;))). Niby kula to kształt idealny, a jednak jajo czasami sprawdza się lepiej ;))). Dlaczego? Bo pędzel przycięty tak jak MAC 138 dotrze w każdy zakamarek naszej twarzy! Idealnie przypudruje okolice skrzydełek nosa, pięknie utrwali korektor pod oczami, dodatkowo świetnie spisze się w roli narzędzia do konturowania, poradzi sobie z nałożeniem różu na kości policzkowe, bez zawahania umieści rozświetlacz dokładnie w tym miejscu, gdzie tego chcemy...

Włosie pędzla jest niebiańsko miękkie, po umyciu nie traci nic z owej miękkości, bez większego wysiłku wraca do swojego pierwotnego kształtu, nie sypie się, nie farbuje. Nie wierzcie jednak opowieściom, że pędzle MAC nigdy nie zgubią ani jednego włoska, że są niezastąpione i nie mają sobie równych. Dla mnie to inwestycja, ale na rynku jest także wiele tańszych, równie dobrych odpowiedników. 

Nie chciałabym tu chwalić konkretnej marki, zachwycam się raczej kształtem, który idealnie dopasowuje się do owalu twarzy. Dla mnie miękkie jajo to numer jeden! A Wy co sądzicie? :)))

niedziela, 22 maja 2011

Podaruj mi trochę słońca...

Co powiecie na kolejny makijaż? Słońce wyszło, temperatura wreszcie wzrosła, więc tak mnie jakoś naszło na słoneczny make-up ;))). Poza tym po obejrzeniu filmiku jednej z moich ulubionych, niemieckich guru na YouTube xKarenina zachciało mi się makijażu z wykorzystaniem niemalże zapomnianego przeze mnie cienia Paradisco.
Oto, co zmalowałam sobie na powiekach:
Tak prezentują się użyte przeze mnie cienie:
A tak wykonałam makijaż:
1. MAC Ricepaper na 2/3 ruchomej powieki, w zewnętrznym kąciku oka oraz delikatnie wzdłuż lini nosa
2. MAC Paradisco w zewnętrznym kąciku oka oraz w załamaniu
3. MAC Soba ponad załamaniem powieki
4. Inglot 353 w odcieniu skóry pod łuk brwiowy
5. Kredka Avon Superschock w odcieniu Bronze wzdłuż górnej i dolnej linii rzęs
6. Tusz essence Multi Action

I jak Wam się podoba?:)))

sobota, 16 kwietnia 2011

Mój pierwszy raz ;)

Wiele z Was sugerowało, abym zamieszczała na blogu makijaże i swatche cieni. Postanowiłam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i w jednym poście zaprezentować Wam zarówno makijaż, jak i same cienie, których użyłam do jego wykonania. Jak Wam się podoba taki pomysł na posty? Z góry przepraszam za zdjęcia takiej sobie jakości, ale muszę jeszcze popracować nad sztuką robienia tzw. fotek "z ręki" ;).

A tak oto prezentuje się mój makijażowy pierwszy raz na blogu:
Do wykonania użyłam chyba wszystkich fioletowych cieni, jakie mam w swojej kolekcji :D Przyznam się bez bicia, że zazwyczaj przy 99 makijażach na 100 używam cieni MAC. Wśród setek kolorów, które MAC ma w swojej ofercie, znalazłam wreszcie "moje" odcienie, które najbardziej mi odpowiadają i to głównie je wykorzystuję w swoim codziennym makijażu. Ponadto, żadne inne cienie tak jak MAC nie odpowiadają mi pod względem komfortu noszenia. MACowych po prostu nie czuje się na powiece! Swatche prezentują się następująco:

A tak wykonałam makijaż:
1. MAC Trax na środkową część powieki
2. MAC Crystal w wewnętrznym kąciku
3. MAC Star Violet w zewnętrznym kąciku i w załamaniu
4. MAC Naked Lunch w wewnętrznym kąciku i delikatnie wzdłuż linii nosa
5. MAC Sketch do przyciemnienia zewnętrznego kącika (dosłownie odrobinka)
6. MAC Shale do roztarcia granicy pomiędzy Star Violet a cielistym matowym cieniem rozświetlającym łuk brwiowy
7. Kreska MAC fluidline w kolorze Blitz&Glitz
8. Tusz Multi Action z essence

No i co myślicie? :))))

niedziela, 13 marca 2011

Girl Power!

Dziś mam dla Was relację z wczorajszego "eventu" we wrocławskim MAC z okazji wypuszczenia nowej kolekcji limitowanej Wonder Woman. Tydzień temu robiłam zakupy w salonie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zostałam rozpoznana przez jedną z wizażystek :)))). Dzięki temu dowiedziałam się o wydarzeniu, zostałam wpisana do tajemniczego kajetu i zaproszona na imprezę :)))). 
Kolekcja mnie osobiście niczym nie zauroczyła. O ile kartonowe opakowania wyglądają naprawdę ciekawie, o tyle plastikowe czerwono-niebieskie pudełeczka trącą moim zdaniem kiczem. Ich zawartość również jakoś szczególnie mnie nie powaliła. Błyszczyki w szalonych kolorach z aplikatorem wielkości kciuka, pigmenty, których na sobie nigdy bym nie użyła, kolorowe maskary, których na rzęsach w zasadzie nie widać i paletki cieni o średniej pigmentacji i równie średnich zestawieniach kolorystycznych. Jedynym produktem przykuwającym uwagę był potrójny puder Mineralize Skin Finish w odcieniu Pink Power, ale nie był on interesujący na tyle, żeby zapłacić za niego144 zł! Ogólnie rzecz biorąc, pomysł na kolekcję fajny, ale podobnie jak w przypadku disneyowskiej limitki Venomous Villains wykonanie pozostawia raczej uczucie niedosytu.
W przeciwieństwie do kolekcji imprezę mogę natomiast uznać za naprawdę udaną :)))). Panie wizażystki w liczbie czterech, wszystkie jak jeden mąż upodobnione do komiksowej Wonder Woman, chętnie odpowiadały na wszystkie nasze pytania, zdradzając nam kuluary pracy w MAC i wprowadzając nas w techniki MACowego makijażu. Wszelkie produkty można było testować bez ograniczeń i muszę przyznać, że pierwszy raz, będąc w MAC, miałam okazję "pomacać" niemalże każdy kosmetyk z osobna, nie zastanawiając się, czy ktoś się na mnie dziwnie patrzy (znacie to uczucie?;)).

Event był okazją do poznania dwóch YouTubowiczek, mianowicie PannyJoanny i annyant0niny. Cieszę się dziewczyny, że mogłyśmy się spotkać i z tego miejsca serdecznie Was pozdrawiam! :)))

Dziewczyny postanowiły sprawdzić na sobie, w czym tkwi tajemnica mocy Wonder Woman :))). Asia zdecydowała się na makijaż w niebieskich odcieniach przy użyciu paletki Lady Justice.
Ania natomiast postanowiła zaszaleć z ustami i zdecydowała się na soczystą fuksję błyszczyka Athena's Kisses. Ja, jak widać na zdjęciu, pozostałam przy moim własnym makijażu wykonanym w domowym zaciszu, bo czekała mnie droga powrotna do Poznania i nie chciałam wzbudzać sensacji w pociągu ;).
Moją jedyną MACową zdobyczą z tego dnia była szminka, którą dostałam w ramach akcji back2mac (jeśli chcecie poczytać, na czym akcja polega zapraszam tutaj). Zdecydowałam się (jak zwykle;)) na neutralny odcień delikatnego różu o nazwie Hue i wykończeniu Glaze
Dziękuję MAC za zaproszenie na imprezę, dziękuję wizażystkom za miłe przyjęcie, precyzyjne makijaże i zaspokajanie naszej ciekawości. Mam nadzieję, że to nie ostatni taki "event", na którym miałam przyjemność być :))).

A Wy co sądzicie o kolekcji Wonder Woman i o takiej formie promocji marki?

Ściskam
MizzV

wtorek, 7 grudnia 2010

back 2 MAC

Lubicie dostawać gratisy? Kto nie lubi! Lubicie zjeść przysłowiowe ciastko (czyt. kupić sobie kosmetyk) i mieć ciastko (czyt. kasę w kieszeni)? No ba! Dzisiaj coś dla oszczędnych i lubiących dbać o środowisko, a więc kilka słów na temat akcji back 2 MAC. O co w tym wszystkim chodzi? Stałe bywalczynie salonów MAC z pewnością wiedzą, ale być może wśród moich czytelniczek znajdują się jeszcze nowicjuszki, którym niniejszy post być może na coś się zda ;). No to dzieła!

Kanadyjska marka MAC w ramach dbałości o środowisko prowadzi program recyklingowy. Za 6 opakowań po kosmetykach tejże marki możecie otrzymać gratisową szminkę w dowolnym kolorze o równowartości 76 zł. Oczywiście program rządzi się swoimi zasadami, co więc warto na jego temat wiedzieć:

- zwrotowi podlegają puste opakowania po zużytych produktach typu buteleczka po podkładzie, tubka po błyszczyku, czy kasetka po pudrze, nie zaś kartoniki, w których sprzedawane są poszczególne produkty;
- w akcji nie biorą udziału wszystkie produkty, np. nie można zwrócić opakowania po wkładzie do paletki, czy też przykładowo po automatycznej konturówce (produkty podlegające zwrotowi mają odpowiednie oznaczenie "back 2 MAC" na kartonowym opakowaniu);
- zwracać możecie również niewykorzystane produkty np. w momencie, gdy upłynie ich data ważności (och, jakże się wtedy zmniejsza nasze poczucie winy z powodu marnotrawstwa ;)) lub też np. uszkodzone paletki, które zakupiłyście osobno na wkłady;
- w zamian za 6 opakowań możecie wybrać sobie dowolną szminkę ze stałego asortymentu lub pomadkę z limitowanej edycji, pod warunkiem że opakowanie nie jest opatrzone unikatowym nadrukiem
- w skład akcji nie wchodzą szminki z serii Viva Glam, gdyż dochód z ich sprzedaży w 100% jest przeznaczony na walkę z HIV i AIDS.

Uff... To chyba wszystkie zasady. Moim zdaniem taka akcja to świetne rozwiązanie, przede wszystkim dla fanek kosmetyków MAC, które zużywają określone produkty regularnie. Sama jestem szczęśliwą posiadaczką trzech pomadek, za które nie zapłaciłam ani złotówki (teoretycznie oczywiście, gdyż w praktyce musiałam jakoś zużyć te 6 produktów). Czas na małą prezentację ;).









 Moja pierwsza zasłużona zdobycz. MAC Honeylove o matowym wykończeniu. Szminka to nude o beżowych tonach, cechuje się silną pigmentacją, nakłada się tępo, długo się utrzymuje, minimalnie wysusza usta. Osobiście efekt matowych ust nude bardzo mi się podoba, pasuje do wszystkiego :).










Druga okupiona "wielkim zużyciem" pomadka to High Tea o wykończeniu Lustre, które cechuje dość słaba pigmentacja oraz połysk. Bardzo lubię ten "finish", bo szminki są bardziej kremowe i nawilżające, choć przez to jednocześnie znacznie krócej utrzymują się na ustach.









Trzecia i zarazem najnowsza moja zdobycz to odcień The Faerie Glen z tegorocznej limitowanej edycji świątecznej Tartan Tale. Jest to odcień nude o różowej bazie i również wykończeniu Lustre. Efekt na ustach jest bardzo subtelny - pomadka, choć mam ją od niedawna, zdecydowanie należy do moich ulubionych.






 

Generalnie uważam, że 76 zł za pomadkę, nawet gdyby kolor był nie wiadomo jak niepowtarzalny, to sporo, zwłaszcza jak ma się tendencję do jej zjadania w ciągu dnia (sic!), tymczasem taki gratis to rewelacyjna nagroda za konsekwentnie przeprowadzony projekt denko :). Bardzo żałuję, że inne marki nie działają w ten sposób. 
Swoją drogą, rzuciło Wam się coś w oczy? Tak, wszystkie moje odcienie są do siebie podobne. Nie wiem, jak to jest, ale za każdym razem, jak wybieram nowy gratis w sklepie i nie patrzę na nazwy a jedynie na kolory, w pierwszej kolejności zawsze sięgam po te, które już mam. Czyżby był to znak, że nie potrzebuję więcej? ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...