Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pudry do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pudry do twarzy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 grudnia 2013

Nowości w kosmetyczce

W tym miesiącu moją kosmetyczkę zasiliło całkiem sporo nowości, głównie z tego względu, że zeszły weekend spędziłam w Berlinie, a wiecie, co to oznacza... Lush, Kiko, dm na wyciągnięcie ręki, więc żal byłoby nie skorzystać.

Lush mamił przede wszystkim świąteczną kolekcją. O ile bajecznie kolorowe i przepięknie pachnące mydła, kule do kąpieli omiotłam zaledwie obojętnym wzrokiem, o tyle kosmetykom pielęgnacyjnym nie mogłam się oprzeć i zafundowałam sobie cudownie pachnący karmelowym popcornem peeling do twarzy Let The Good Time Rolls (cena: 9,95 EUR) oraz pod wpływem recenzji dezemki limitowaną maseczkę do twarzy Rudolf (cena: 10,45 EUR).





Kiko zawsze mnie nęci, ale kiedy mam już możliwość zrobienia zakupów w tym sklepie, kompletnie nie mogę się tam odnaleźć. Wszędzie dużo, duuużo błysku i brokatu. Ostatecznie chwyciłam tylko czarny lakier z serii Quick Dry (cena: 1,90 EUR), jako że kolor ten chodził już za mną od dłuższego czasu. Noszę go aktualnie od kilku dni na paznokciach i jestem bardzo zadowolona.


Wypad do Niemiec nie mógłby się odbyć bez zahaczenia o dm. Z racji tego, że żeli pod prysznic i tym podobnych mam niezły zapas, ograniczyłam się do jednego - Balea kokos i nektaryna (cena: 0,65 EUR). Zapach jest obłędny! Mężczyzna dorzucił jeszcze borówkę i pistację z winogronem, bo też rewelacyjnie pachną. A podobno facetom jest wszystko jedno ;).




O dziwo, stojak z edycją limitowaną Catrice Celtica był pełny. Bez większego zastanowienia sięgnęłam po rozświetlacz Far and Beyond (cena: 5,45 EUR). Urzekło mnie solidne opakowanie, wygląd i sama formułą pudru. Drobinki są delikatne i subtelne, a efekt rozświetlenia bardzo przyjemny. Rozświetlacz wygląda jak hybryda terracotty i prasowanych meteorytów od Guerlain



Produktów do ust nigdy za wiele! Po niemalże roku regularnego stosowania wykańczam balsam ochronny alverde o zapachu wanilii i mandarynki. Sztyft ten znowu jest dostępny w sprzedaży, lecz ja nie lubię się powtarzać i wolę sięgać po nowinki. O serii z mocznikiem słyszałam wiele dobrego, w związku z tym wybór padł na balsam Balea Urea (cena: 0,95 EUR).


Kto śledzi mnie na Instagramie lub twitterze ten wie, że wczoraj miałam okazję poznać osobiście jedną z moich ulubionych YouTuberek nissiax83. Poza plotami przy kawie i herbacie odbyła się również wymiana zakupów. Aga zakupiła dla mnie klasyka w światku kosmetycznym, czyli duo Nars Orgasm i Laguna (cena: 41 USD). Całość - opakowanie i zawartość - prezentuje się przepięknie.



Zainteresowało Was coś szczególnie? Chciałybyście o którymś z produktów przeczytać w pierwszej kolejności? Mi nie pozostaje nic innego, jak zabrać się do intensywnego używania :).




sobota, 25 maja 2013

Rossmannowe łupy

Większość blogerek pokazała swoje rossmannowe zdobycze, to i ja nie będę gorsza ;). Promocje -40% na niemalże wszystkie produkty to ja rozumiem, a nie jakieś zrób zakupy za 200 zł, a my Ci damy 20% zniżki. Moje zakupy podyktowane były chęcią zrobienia zapasów moich ulubionych produktów po niższej cenie oraz naglącą potrzebą wynikającą z niespodziewanego denka.

All time favourites:

- Dwufazowy płyn do demakijażu oczu Ziaja (nie zliczę, ile zużyłam butelek!)

- False Lash Effect Mascara od Max Factor (najulubieńsza, ale kupuję ją tylko w promocyjnych   cenach)

- Korektor Healthy Mix od Bourjois (idealnie zastępuje mi niedostępne u mnie MACzki, no i jest tańszy, a tak samo skuteczny i wydajny)

- Dream Matte Powder od Maybelline (uwielbiam, ale muszę przyznać, że stosunek pojemności do ceny regularnej nie wypada zbyt korzystnie)


Nowości w kosmetyczce:

- Podkład Lasting Performance od Max Factor (zdenkowałam Revlon Colorstay, a LP zawsze chciałam spróbować i tym to sposobem nadarzyła się świetna okazja)

- Krem pod oczy dermo face provivo 35+ tołpa (skończył się mój ukochany GlySkinCare i jakoś nie mogę się zebrać do złożenia zamówienia na kolejny, o tołpie słyszałam natomiast wiele dobrego, 35+ jeszcze nie jestem, ale skórę pod oczami mam wymagającą, więc myślę, że będzie w sam raz, zobaczymy)


Promocja trwa do 29 maja, więc macie jeszcze sporo czasu, by z niej skorzystać. Wiem, że wiele z Was już skorzystało ;D. Pochwalicie się, co Wam wpadło do koszyka?



środa, 20 marca 2013

Bambusek :)

Od pewnej dobrej duszy dostałam drobiazg, który zawsze chciałam przetestować, a jakoś nigdy się nie składało. Mowa tu o pudrze bambusowym w jego najczystszej postaci. Na stronie Biochemia Urody na jego temat znajdziemy następujące informacje:



Puder bambusowy zawiera ponad 90% krzemionki. Ma on postać białego, lekkiego i puszystego pyłku, który aplikowany na skórę daje transparentne wykończenie, bez efektu bielenia skóry.

Puder posiada intensywne właściwości matujące. Ze względu na porowatą strukturę cząsteczek wykazuje wysokie zdolności do absorbowania nadmiaru sebum, nadając cerze matowy wygląd i odczuwalną gładkość.

Dzięki wysokiej zawartości krzemionki, oprócz działania wygładzająco-matującego, puder bambusowy wykazuje dodatkowo właściwości pielęgnujące skórę. Działa antybakteryjnie, łagodząco, wspomaga gojenie i reguluje aktywność gruczołów łojowych.

Puder może z powodzeniem zastąpić talk, mikę, skrobie lub glinki stanowiące bazę pudrów sypkich lub prasowanych. Jest to składnik neutralny, który może być bez obaw stosowany do matowienia kremów z filtrami przeciwsłonecznymi.

Nie powoduje zatykania porów (niekomedogenny).



Moje dotychczasowe doświadczenia z pudrami na bazie bambusa były różne. Najczęściej kosmetyk nie spełniał moich oczekiwań, pylił, bielił skórę i wcale nie matowił na długo. Do testów podeszłam więc z lekką rezerwą, nie spodziewając się oszałamiających efektów.

Ku mojemu zdziwieniu puder spisuje się naprawdę świetnie. Biały proszek jest bezzapachowy, drobno zmielony, ale nie na tyle, żeby zanurzenie w nim pędzla wzbijało tumany białego pyłu. Bez względu na to, czy nałożymy go jedynie odrobinę czy nieco grubszą warstwę, skóra nie wygląda jak opruszona mąką - całość ładnie stapia się z podkładem i utrzymuje świecenie w ryzach przez dobre 7-8 h.


Od kilku tygodni moja dość problematyczna skóra przysparza mi też jakby mniej zmartwień. Dopóki nie zajrzałam na stronę Biochemii Urody, nie miałam nawet świadomości, że to może być zasługa tego specyfiku. Dla mnie rewelka!

Używania nie jest w stanie uprzykrzyć mi nawet nieporęczne opakowanie. Chwytam pędzel MAC 109 o drobnej główce, zanurzam bezpośrednio w słoiczku, nadmiar strącam o ścianki et voila... nieskazitelna cera przez długi czas. Biorąc pod uwagę cenę (14,80 za 50 ml), naprawdę nie można chcieć więcej. 

BTW rozważam próbę sprasowania go, żeby nadawał się do ewentualnych poprawek w ciągu dnia, ale nie mam pewności, czy puder nie straci w ten sposób swoich właściwości. Gdyby miało to sens, ktoś by już pewnie na to wpadł... Próbowałyście może? 



środa, 16 stycznia 2013

Gdzie spadł meteoryt?

Ano do mojej kosmetyczki :D I to nie jeden, a dobrych kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt! Są piękne, różnokolorowe: białe, złote, zielone, różowe, a nawet fioletowe, umościły się wygodnie w równie urodziwym blaszanym puzderku i pachną sobie (dosłownie) fiołkami :))).


Dziś stuknęło mi magiczne 29, a więc jeszcze tylko rok będę uchodzić za dwudziestkę ;P. Meteoryty są więc prezentem urodzinowym "na pocieszenie" ;). Już myślałam, że nigdy nie stanę się ich szczęśliwą posiadaczką, a tu proszę, są, w zasadzie same przyszły, no może troszkę musiałam pomóc lubemu ;))). Na razie napatrzeć się na nie mogę, bo nawet, gdy tak stoją sobie w opakowaniu na półeczce, potrafią cieszyć oko i moją kosmetyczną duszę.


Na czym polega ich fenomen? Otóż, jak pisze Guerlain, są to "idealne perły światła". Inspiracją do stworzenia meteorytów było właśnie światło, a dokładniej proces jego załamywania. Mianowicie kiedy białe światło trafia na pryzmat (coś na kształt kryształu), ulega rozszczepieniu na kilka różnych barw. Kiedy natomiast te kolorowe promienie ponownie się łączą, tworzą strumień światła białego. Poprzez kombinację różnokolorowych kulek i mieszanie ich barw meteoryty odtwarzają owo białe światło, które dodaje skórze pożądanego blasku, sam puder zaś jest transparentny.


Brzmi fenomenalnie! Zbyt krótko używam jednak meteorków, żeby móc jednoznacznie wypowiedzieć się na ich temat. Na razie ten owiany mitem efekt WOW jakoś mnie nie dopadł. Zaznaczam jednak, że wciąż próbuję i testuję, sprawdzam, jak kulki współpracują z różnymi podkładami, czy lepiej używać ich samodzielnie czy może w połączeniu z innym pudrem itp. itd. Mam nadzieję, że moment "Aha!" jeszcze przede mną :))).

Zastanawiam się, czy niuanse kolorystyczne, jakie oferuje Guerlain, faktycznie mają tutaj znacznie. Mi przypadł w udziale odcień 01 Teint Rose, który teoretycznie przeznaczony jest do skóry z różowymi tonami. Idąc tym tropem, powinnam zdecydować się na odcień 02, jako że mam cerę o tonach żółtych. Czy osoby bardziej obyte z meteorytami mogą wypowiedzieć się na ten temat? Być może dlatego nie dostrzegam tego efektu WOW...

A jaki jest Wasz stosunek do meteorytów Guerlain? Hot or not? :)



niedziela, 9 grudnia 2012

Azja w HD

Uwielbiam azjatyckie kosmetyki! Budzą one moją cichą fascynację, bo zazwyczaj pięknie się prezentują, obiecują cuda i często też spełniają swoje obietnice. Dzięki uprzejmości sklepu internetowego myasia.pl miałam możliwość przetestowania Lioele Secret Pore HD Powder, czyli sypkiego pudru utrwalającego do twarzy dającego efekt HD (aktualna cena: ok. 80 zł, 15 g).


Jak sięgam pamięcią, jest to moja pierwsza styczność z produktem tego typu, byłam więc bardzo ciekawa efektu, jaki otrzymam na twarzy. Pierwsze wrażenie było naprawdę WOW, buzia po aplikacji stała się matowa, gładziutka jak pupcia niemowlaka, a rozszerzone pory zniknęły. Puder intensywnie zmatowił moją mieszaną cerę, skutecznie przeciwdziałał wydzielaniu sebum i na buzi trzymał się w zasadzie cały dzień.


Wydawałoby się, że to ideał, niestety ja dostrzegam pewne jego wady.
Pudry tego typu są niesamowicie drobno zmielone, w związku z czym przeraźliwie pylą i się osypują. Najlepszy sposób aplikacji to wysypać odrobinę na dołączony puszek i wklepywać w twarz. Jeśli użyjemy pędzla, pył będzie wszędzie - na lustrze, na ubraniu, na włosach, rzęsach itp.
Również z zasady pudry HD w opakowaniu są białe, docelowo na twarzy zaś transparentne. Ku mojemu niezadowoleniu proszek bieli bardziej, niż bym chciała. Niby nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka, ale kiedy przyglądam się sobie dokładniej w lustrze, zwłaszcza w sztucznym świetle dostrzegam białe placki.  Nie do końca odpowiada mi też moja skóra w dotyku po nałożeniu tego pudru. Jest taka jakby papierowa, a sam produkt osadza się na opuszkach palców i pod paznokciami.


Obawiam się, że pudry HD nie są dla mnie. Osobiście chyba więcej aspektów mi w nich przeszkadza, niż odpowiada. Nasz związek jest jak sinusoida - raz efekt mnie zachwyca, innym razem budzi spore niezadowolenie. Jeśli jednak chcecie mieć skórę jak lalka, idealnie matową i gładką, to jest to produkt zdecydowanie dla Was. Fajnie sprawdzi się na większe zdjęcia, ale uwaga z robieniem zdjęć! Puder dość intensywnie odbija światło i może dawać efekt ducha, o czym ostatnio niestety miałam okazję się przekonać na firmowej imprezie świątecznej ;).

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia z pudrami HD, niekoniecznie rodem z Azji. Lubicie, czy raczej omijacie szerokim łukiem?



niedziela, 8 lipca 2012

Pudroposzukiwania

Wiele razy wspominałam już, że wciąż szukam dobrego pudru w przystępnej cenie. Moje oczekiwania: jasny, niemalże niewidoczny na twarzy kolor, który jednak potrafi to i owo ukryć, aksamitna tekstura (puder nie może pylić podczas aplikacji, musi stapiać się z twarzą), mat na przynajmniej 4-5 h, maksymalna cena ok. 30 zł.

Wymagania niemałe, dwóm poprzednim pudrom, o których pisałam tutaj i tutaj, średnio udało się je spełnić. Przy okazji kolejnych zakupów oczywiście postanowiłam sięgnąć po coś nowego. Bardzo lubię kolorówkę Catrice, więc pomyślałam, dlaczego by nie dać szansy innym produktom z ich asortymentu. Padło na SKIN FINISH Compact Powder w odcieniu 020 natural beige (cena: 17,99 zł za 10 g). Nie bez znaczenia było oczywiście przyciągające wzrok opakowanie, które nota bene okazało się bardzo funkcjonalne ;P.


Produkt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, w zasadzie spełnia wszystkie wymienione wyżej oczekiwania, może jedynie mógłby matowić na dłużej (bibułki w moim przypadku muszą pójść w ruch po ok. 3 h noszenia, ale zapewne nie bez znaczenia są tu aktualne warunki pogodowe, a więc duża wilgotność powietrza, skwar i duchota). Skin Finish jest o tyle fajny, że można go z powodzeniem nosić solo. Nie odznacza się na twarzy, natomiast ładnie wyrównuje koloryt.


Myślę, że jestem na tyle ukontentowana, że zawieszę na jakiś czas "pudroposzukiwania" i po wykończeniu opakowania po prostu kupię następne. Kobieta jednak zmienną jest, w związku z czym nie wiadomo, czy za jakiś czas mi się nie odwidzi. Na pewno Wy dowiecie się o tym pierwsze ;))). 

 


sobota, 23 czerwca 2012

Milion powodów :)))

W piątek zrobiłam mały najazd na Naturę. Staram się ograniczać wydatki na kosmetyki, głównie ze względu na to, że moim chwilowym priorytetem jest chęć wyposażenia mieszkania. Od czasu do czasu nachodzi mnie jednak kosmetyczny głód i nie ma zmiłuj, kilka drobiazgów musi wjechać do koszyka i tym samym do kosmetyczki ;))).


Powodów do zakupu poszczególnych produktów miałam oczywiście sporo :)

Skin Finish Compact Powder z Catrice... bo skończył mi się puder z Bourjois i wciąż poszukuję niedrogiego ideału, a pudełeczko wyglądało tak zachęcająco :))).

Multi Colour Blush z Catrice... bo moje róże są już na wyczerpaniu (aha, akurat ;P) i potrzeba mi było czegoś w uniwersalnym kolorze, a czterokolorowe paski dają naprawdę piękny efekt zarówno razem jak i osobno :))).

Maskara Rimmel Glam Eyes... bo moja maskara jest również na wyczerpaniu, a tę poleciła mi koleżanka, poza tym miała być w promocyjnej cenie, co jednak okazało się bujdą przy kasie, mi natomiast nie chciało się już zastanawiać nad inną i takim to sposobem stałam się ofiarą zmyślnych marketingowców ;))).

Lakier do frencha z Bell... bo dawno nie malowałam paznokci na neutralne kolory, a sam lakier kosztował raptem 6,99 zł i dodatkowo polecała go u siebie na blogu kosodrzewina. Nie mogłam nie ulec pokusie :))).

Lakiery essence w odcieniach Make It Golden i Blue Addicted... bo to już klasyki i wstydem jest nie mieć ich w swojej kolekcji, zwłaszcza że są tanie jak barszcz (5,49 zł za sztukę) :))).

Takim to sposobem każdy mój zakup został usprawiedliwiony, a moje sumienie uspokojone ;))). Czy o którymś produkcie chciałybyście przeczytać w pierwszej kolejności?


sobota, 26 maja 2012

Na tropie...

Wciąż poszukuję pudru idealnego. Czego oczekiwałabym od ideału? Powinien matowić buzię na długo, nadawać jej aksamitną teksturę i do tego być stosunkowo niedrogi. Po wykończeniu pudru z Bell, o którym pisałam tutaj, postanowiłam sięgnąć po kosmetyk z nieco wyższej półki cenowej  i zdecydowałam się na Bourjois healthy balance (ok. 39 zł za 9 g) w odcieniu 52 Vanilla.


Kuszące, jak dla mnie, jest już samo opakowanie. Niewielkich rozmiarów, płaska puderniczka w czerwonym kolorze, ze sporym lusterkiem, bez zbędnych puszków, z którymi nie wiadomo, co zrobić.

Sam puder ma bardzo aksamitną konsystencję, idealnie nabiera się na pędzel, nie pyląc przy tym na prawo i lewo. Odcień nie jest transparentny, jest to delikatny beż, który przyjemnie wyrównuje koloryt cery. Nada się zarówno dla bladolicych, jak i trochę ciemniejszych karnacji, bo koniec końców dopasowuje się do kolorytu twarzy. 10-godzinny mat, o którym zapewnia producent na wieczku, oczywiście można włożyć między bajki. Puder hamuje błyszczenie na 3-4 h (w zależności od temperatury), potem konieczne są poprawki.


Nie jest to ideał. Życzyłabym sobie, żeby trzymał błysk w ryzach nieco dłużej. Komfort nakładania i noszenia, sam wygląd buzi bezpośrednio po aplikacji rekompensuje mi jednak ten mankament. Wciąż będę szukać ideału, ale w chwilach zwątpienia na pewno sięgnę po Bourjois healthy balance ponownie.

A Wy jakie macie doświadczenia z pudrami? Jest taki, którego nie zamieniłybyście na żaden inny?


sobota, 11 lutego 2012

Teraz Polska!

Marka Bell na polskim rynku kosmetycznym ma już dość długą tradycję. W pamięci mam jeszcze szminki Bell, które potajemnie wyciagałam z maminej kosmetyczki. Sama natomiast podczas buszowania w drogeriach rzadko zaglądałam do ich szafy, może dlatego że najczęściej trudno się na nią natknąć ;).

Jak już wiecie, podczas ostatniej wizyty w Naturze, zakupiłam puder Bell Pocket 2Skin Mat. Co mnie skusiło? W pierwszej kolejności testy organoleptyczne ;), podczas których puder wykazał najbardziej aksamitną teksturę, w drugiej zaś cena (ok. 18 zł za 9 g). Zawsze mam trudności ze znalezieniem pudru, który w pełni by mi podpasował. Do tej pory używałam Vichy Dermablend, który nadal bardzo lubię, ale zmęczyła mnie już jego sypka formuła i wiecznie przypruszone bielą lustro. Postawiłam na produkt polski w kamieniu i... nie zawiodłam się :).
Puder świetnie się aplikuje, jest drobno zmielony, ale jednocześnie zbity, więc nie pyli. Produkt jest transparentny, nie nadaje koloru, mimo to może niezcznie odznaczać się na twarzy, co postrzegam jako jego główną wadę. Minus ten rekompensuje mi jednak fakt, iż kosmetyk świetnie matuje buzię. Przy mojej mieszanej cerze po zastosowaniu mogę zapomnieć o nieestetycznym błysku na dobre 6-7 h, choć tu oczywiście wiele zależy również od użytego podkładu.
Czy kupię go ponownie? Trudno powiedzieć. Myślę, że w dalszym ciągu będę szukać czegoś bliższego ideału. Bez wątpienia jest to jednak świetny wybór przy dość ograniczonym budżecie kosmetycznym.

A jakie są Wasze doświadczenia z produktami naszej rodzimej marki?

niedziela, 29 stycznia 2012

Łupy

Ze względu na różne inne wydatki nie po drodze były mi ostatnio zakupy kosmetyczne. Po drodze mi jednak do Natury, co niestety okazało się odrobinę zgubne, tym bardziej że wstawili w Poznaniu wreszcie szafę Catrice. Udanie się do drogerii po rzeczy najpotrzebniejsze było jednocześnie dobrą okazją ku temu, żeby w koszyku zaplątało się kilka rzeczy nadprogramowych ;))).

Z produktów potrzebnych na zdjęciu znajduje się korektor - osławiony już Dermacol - oraz puder Pocket 2Skin Mat - pierwszy produkt Bell w mojej karierze. Z produktów nadprogramowych do koszyka powędrował wszechobecny ostatnio na różnego rodzaju blogach podkład w żelu Rimmel Match Perfection (w Naturze ostał się zaledwie jeden słoiczek w odcieniu Ivory, więc nie mogłam przegapić takiej okazji, tym bardziej że blogerki wyśpiewują na jego temat pochwalne peany ;)). Dawno też nie kupowałam żadnych lakierów, więc wypadało nadrobić "braki". Skusiłam się na trzy lakiery Catrice (od lewej: 600 After Eight, 120 Plum Play With Me, 630 Sing: Hey, Dirty-Lilah!) oraz jeden, ostatnio również bardzo popularny na blogach odcień My Secret (nr 104).

Trochę się tego uzbierało ;). Macie ochotę o którymś z produktów poczytać w pierwszej kolejności?

niedziela, 10 lipca 2011

Azjatyckie "cudeńko"

Idąc za ciosem i pozostając w temacie azjatyckich cudeniek, postanowiłam skrobnąć recenzję pudru SkinFood Peach Sake Silky Finish Powder, mimo iż o tym produkcie mowa była już na wielu blogach. Myślę jednak, że nie będę się powtarzać, bo zdanie na temat tego kosmetyku mam zgoła odmienne niż większość blogerek...

Peach Sake to z założenia puder fiksujący, transparentny, bardzo drobno zmielony, mający za zadanie na długo matowić naszą cerę i pozostawiać ją jedwabiście gładką. Opis brzmi ciekawie, solidnie wykonane opakowanie o ładnej szacie graficznej dodatkowo zachęca do zakupu, ale jak to, co znajduje się w środku ma się do zapewnień producenta?

W moim odczuciu ma się nijak. Puder faktycznie jest fiksujący, chociażby już z racji tego, że pozbawiony jest koloru, nie do końca jest jednak transparentny, jako że dość intensywnie bieli. Dla osób o ciemnej karnacji będzie to więc absolutne "no go". Puder jest faktycznie drobno zmielony, drobno do tego stopnia, iż podczas nakładania pyli na potęgę i osadza się wszędzie... Puder faktycznie matowi cerę i czyni ją jedwabiście gładką, ale zaledwie na kilkadziesiąt minut, po tym czasie na twarzy z reguły pojawia się błysk, a produkt sprawia wrażenie, jak gdyby się osypywał. Dotykając twarzy po kilku godzinach po prostu można go wyczuć pod palcami, a cera zaczyna wyglądać na szarą i zmęczoną. Zapach również pozostawia wiele do życzenia. Niby brzoskwinie, w moim odczuciu jednak lekko nadgniłe ;).

Zapewniam Was, że mój egzemplarz jest świeży i oryginalny (zakupiony na allegro z pewnego źródła za 67 zł) i mimo najszczerszych chęci polubienia go, bardzo się na tym produkcie zawiodłam. Spodziewałam się efektu "WOW", a skończyło się na "HMMM...". Wierzę, że jest to kosmetyk dobry, który służy dzielnie wielu osobom, u mnie jednak w roli pudru jako takiego sprawdził się kiepsko. Znalazłam dla niego jednak inne zastosowanie, otóż świetnie służy mi jako baza pod minerały, znacznie przedłużając ich trwałość. Gorąco polecam ten sposób niezadowolonym i rozczarowanym. Myślę, że dzięki temu macie szansę ujrzeć ten kosmetyk w zupełnie nowym świetle... zupełnie jak ja :))).

piątek, 15 kwietnia 2011

Z drogeryjnej półki

Nie ma to, jak poczucie, że za kilka złotych znalazło się naprawdę dobry kosmetyk, który w pełni spełnia nasze oczekiwania :))). Pod postem rozdaniowym pisałyście, że chciałybyście poczytać więcej o produktach tanich i dobrych. Pogrzebałam w swojej kosmetyczce i wybrałam swoich ulubieńców za kilka lub kilkanaście złotych, którzy towarzyszą mi już od dłuższego czasu i z którymi póki co nie mam zamiaru rozstawać. No to jazda... ;)))

Revlon Colorstay w kolorze 150 Buff dla skóry tłustej i mieszanej
Podkład, który albo się kocha, albo nienawidzi. Ja zdecydowanie go kocham i jest to póki co mój numer 1 wśród tego typu kosmetyków. Lubię go za odpowiednie dla mnie krycie, super trwałość, idealny kolor i przystępną cenę (na allegro ok. 40 zł). Wiele osób narzeka, że podkład jest ciężki, że trudno się rozprowadza, że tworzy efekt maski. Pamiętajcie jednak, że każdy podkład, który dobrze kryje, będzie dość treściwy. A jak uniknąć trudności z nakładaniem? U mnie najlepiej sprawdza się aplikacja skunksem (w przypadku, gdy potrzebne mi mocne krycie) lub zwilżoną gąbeczką (wtedy krycie jest o wiele, wiele słabsze i podkład jedynie wyrównuje koloryt skóry). Nakładając podkład pędzlem duofibre, nie radzę jednak wykonywać kolistych ruchów i próbować rozcierać kosmetyk, wystarczy jedynie dotykać pędzlem twarzy (ang. tap) - efekt "air brush" murowany :))).


Maybelline Dream Mat Powder
Idealny puder do utrwalania makijażu. Jest niesamowicie drobno zmielony i jednocześnie bardzo zbity, przez co nie tworzy efektu "pudrowatości" na twarzy. Mój odcień to 03 Golden Rose, ale kosmetyk jest w zasadzie transparentny i idealnie dopasowuje się do koloru danej cery. Świetnie matuje na dobre kilak godzin. Jest to produkt, do którego pomimo przerw zawsze bardzo chętnie wracam (cena ok. 30 zł).

Maskara multi action z essence
Nigdy nie dałabym wiary, że maskara za 10 zł może być tak dobra. Kupiłam ją po raz pierwszy pod wpływem bardzo pochlebnych recenzji, którym nie do końca chciało mi się wierzyć. A jednak... Tusz ten bardzo fajnie podkreśla rzęsy, delikatnie je wydłuża i pogrubia. Efekt nie jest może spektakularny, ale ja na swoje rzęsiska akurat nigdy nie mogłam narzekać, więc to, co robi z nimi ta maskara, w zupełności mi wystarcza. Tusz trzyma się na rzęsach cały dzień, nie osypuje się, nie odbija się ani na górnej, ani na dolnej powiece. Świetne rozwiązanie, zwłaszcza gdy w portfelu pusto ;))).







Eyeliner w żelu z Catrice w odcieniu It`s Mambo Nr. 2
O tym produkcie pisałam już wcześniej tutaj, ale myślę, że nie zaszkodzi pozachwycać się jeszcze raz ;))). Produkt jest naprawdę godny uwagi, bardzo kremowy, nie sprawia najmniejszych trudności podczas aplikacji, pędzelek wręcz sunie po powiece. Kreska trzyma się u mnie cały dzień, nic się nie kruszy, nie osypuje. Za cenę ok. 15 zł otrzymujemy naprawdę dobrej jakości kosmetyk. Szkoda tylko, że produkty Catrice w dalszym ciągu są dość trudno dostępne w Polsce. Szanowny Panie producencie, najwyższy czas to zmienić!!! ;)


Szminka Catrice w odcieniu Be Natural!
Na temat tego produktu również już się wypowiadałam (KLIK), ale postanowiłam napisać o nim ponownie, ponieważ z każdym dniem pomadkę tę lubię coraz bardziej :))). Uwielbiam ją za kolor, beżowy nude, który w moim odczuciu świetnie komponuje się ze skórą o delikatnie żółtych tonach. Pomadka jest kryjąca, może nieco ciężka na ustach, ale dzięki temu dość długo się utrzymuje (jak na pomadkę oczywiście ;)). I tu ponownie apel do producenta o lepszą dostępność i szerszą gamę kolorystyczną (koszt ok. 10 zł) ;))).






Lakiery z Wibo
Na koniec z pewnością wszystkim dobrze już znane lakiery z Wibo. W swojej kolekcji posiadam odcienie (od lewej) 78 (prezentowany tutaj), 74 (prezentowany tutaj) oraz 61. Lubię te produkty za naprawdę ciekawe kolory, piękny połysk na paznokciu i przede wszystkim niesamowitą trwałość. Również cena zachęca jak najbardziej do zakupu (ok. 5,50 zł) :))). I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno omijałam szafę Wibo szerokim łukiem ;).




Namówiłam Was na zakup, któregoś z tych kosmetyków? ;))) Jeśli chcecie poczytać o moich drogeryjnych typach z zakresu szeroko pojętej pielęgnacji ciała zapraszam Was TUTAJ.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...