Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kremy do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kremy do twarzy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2013

Nivea Q10 Plus, czyli walka o rozświetloną cerę

Q10 Plus to energetyzujący krem przeciwzmarszczkowy, który niedawno wyszedł spod skrzydeł marki Nivea. Produkt dedykowany jest osobom po 30 roku życia i ma za zadanie redukować widoczność zmarszczek, pobudzać skórę, rozświetlać i tym samym zmniejszać oznaki zmęczenia. A to wszystko dzięki zwiększeniu poziomu koenzymu Q10 i kreatyny w skórze (cena sugerowana: 39,99 zł).




Do grupy docelowej jeszcze mi trochę brakuje, ale ciężki oddech 30 już czuję na swoich plecach, w związku z tym wszelkie kosmetyki mające za zadanie niwelować nieuchronny upływ czasu są jak najbardziej przeze mnie pożądane. Markę Nivea lubię i cenię, przede wszystkim za podążanie z duchem czasu przy jednoczesnym hołdowaniu wieloletniej tradycji, w związku z tym chętnie zgodziłam się na testy jej najmłodszego dziecka.

Produkt zamknięty jest w solidnym, szklanym słoiczku dodatkowo zabezpieczonym srebrną folią, ma kremowo-żelową konsystencję i przyjemny, niezbyt nachalny zapach. Krem łatwo się aplikuje, dość szybko wchłania, pozostawiając skórę miękką o delikatnej poświacie. Pierwsze oznaki działania kosmetyku powinny być zauważalne już po dwóch tygodniach.

Efektu promiennej, rozświetlonej cery po zalecanym przez producenta czasie raczej jednak na próżno u mnie szukać. Po zastosowaniu buzia jest nawilżona, skóra sprężysta, ale pożądany efekt "glow" jest chwilowy i znika po wchłonięciu się kremu. Muszę jednak przyznać, że moja skóra jest dość kapryśna w tym względnie i mało który produkt jest w stanie jej podołać. Nie oczekuję też, że krem po 14 dniach cudownie rozprasuje moje zmarszczki, bo na to potrzeba zdecydowanie więcej czasu.

Q10 Plus jest dość treściwy w swojej konsystencji i u mnie na dzień raczej się nie sprawdza. Nałożony pod podkład ma tendencję do "wychodzenia na wierzch" w ciągu dnia, przez co buzia zaczyna się szybko świecić, a makijaż staje się zdecydowanie mniej trwały. Zadowolone z niego powinny być sucharki. Ja wolę wklepywać go na noc.


Podsumowując, Q10 Plus to raczej przeciętniaczek, który chętnie zużyję do końca, ale po który ponownie raczej nie sięgnę.


wtorek, 20 sierpnia 2013

Koreański ślimak

Ślimaczych testów ciąg dalszy. Przy okazji internetowych zakupów skusiłam się na żel-krem do twarzy z zawartością śluzu ślimaka sławnej już koreańskiej marki Mizon, głównie wiedziona ciekawością, czy mazidło rodem z Azji sprawdzi się lepiej niż polski "odpowiednik", o którym pisałam jakiś czas temu.



Tradycyjnie już w przypadku tego typu produktów producent obiecuje nam silne właściwości przeciwstarzeniowe, rozjaśniające i łagodzące przy jednoczesnym braku braku substancji zapachowych, barwiących i parabenów:

Mucyny, obecne w ślimaczym śluzie, pomagają skórze leczyć uszkodzenia i nadają jej gładkość. Kwas hialuronowy oraz ekstrakt brzozowy dbają o odpowiednie nawodnienie skóry. Zawiera ekstrakty z wąkrotki, portulaki i zielonej herbaty skuteczne w pielęgnacji cery problematycznej oraz działające łagodząco. Dzięki zawartości adenozyny, peptydów i kompleksu witamin działa przeciwstarzeniowo. Pantenol i allantoina zapewniają skórze sprężystość i elastyczność. 

Już samo opakowanie łechcze moje poczucie estetyki: różowa tubka z sympatyczną grafiką zamknięta w kartoniku tego samego koloru zabezpieczonym hologramem z logo firmy. Uwielbiam dbałość o takie detale.



Sam krem ma postać lekkiego, półprzezroczystego żelu, który pozbawiony jest jakiegokolwiek zapachu, a nałożony - dzięki swojej konsystencji - wchłania się błyskawicznie. W obliczu jeszcze nie tak dawnych upałów jest to świetna alternatywa dla cięższych kremów, które lubią pozostawiać lepką warstewkę na skórze lub wręcz przy żarze lejącym się z nieba po rzekomym wchłonięciu się powracać na jej powierzchnię. Biorąc pod uwagę lekką formułę, krem nawilża przyzwoicie, pozostawia skórę delikatnie napiętą i sprężystą.

Nie da się ukryć, że oczekiwałam również spektakularnych efektów w kwestii rozjaśnienia przebarwień i redukcji blizn, ale tu póki co wielkich zmian nie dostrzegam. Z doświadczenia wiem jednak, że jest to proces długotrwały i wymagający cierpliwości, więc mam nadzieję, że wszystko jeszcze przede mną.


Summa summarum, Mizon Snail Recovery Gel oceniam jak najbardziej in plus, również pod względem ceny. Za tubkę o pojemności 45 ml aktualnie w sklepie internetowym Asian Store musimy zapłacić 33,60 zł, co uważam za kwotę przwyzwoitą i nieszczególnie wygórowaną.


Na tym jednak moja przygoda za ślimakami się nie kończy. Aktualnie oczekuję na ślimaczego bebika od Mizon. W końcu co dwa ślimaki, to nie jeden ;)

poniedziałek, 29 lipca 2013

Cetaphil, czyli przekonaj się na własnej skórze

Jako osoba odwiecznie borykająca się z problemami skóry, chętnie sięgam po dermokosmetyki różnej maści. Marka Cetaphil już jakiś czas temu przewinęła się przez moją kosmetyczkę, a teraz miałam okazję przetestować całą serię z założenia zbawiennych dla skóry mazideł. Zapraszam na wyczerpującą relację i wyniki rozdania :).


Emulsja micelarna EM ma postać kremowego żelu o lekko białawym zabarwieniu. Wg producenta dzięki budowie mineralnej emulsja jest delikatna i jednocześnie skutecznie oczyszcza skórę. Zawdzięcza to substancji myjącej zamkniętej w miceli, która uwalnia się jedynie w ilości niezbędnej, przez co nie uszkadza płaszcza lipidowego, a więc naturalnej bariery ochronnej skóry. Emulsja nie zawiera mydła ani innych substancji drażniących, przez co idealnie nadaje się do skóry wrażliwej i trądzikowej, a także po lub w trakcie kuracji dermatologicznych.


Produkt został mi zalecony już wielokrotnie przez różnych dermatologów i trzeba przyznać, że podczas stosowania silnych maści o wysokim stężeniu różnych kwasów sprawdza się bardzo dobrze, bo nie obciąża dodatkowo naszej skóry, a wręcz łagodzi wszelkie podrażnienia. W trakcie jej użytkowania zauważyłam zdecydowane ukojenie cery i brak nowych niespodzianek. Być może emulsja nie była jedynym sprawcą tego cudu, ale na pewno się do niego przyczyniła.  


Lipoaktywny krem nawilżający PS to natomiast specjalistyczny preparat, który zgodnie z opisem producenta ma za zadanie chronić i regenerować skórę uszkodzoną w przebiegu schorzeń dermatologicznych i po zabiegach medycyny estetycznej. Krem ma zaspokajać trzy podstawowe potrzeby wymagającej skóry, a więc chronić dzięki zawartości oleju migdałowego, wazeliny, dicaprylu i silikonów, regenerować poprzez pobudzenie wzrostu nowych komórek dzięki obecności witaminy E i silikonów oraz nawilżać za sprawą obecnej w składzie gliceryny, która zatrzymuje wodę w skórze.


Przyznam, że dość zastanawiająca jest obecność silikonów w tym produkcie, tym bardziej że krem uznawany jest za niekomadogenny, a silikony mimo wszystko potrafią mieć niekorzystny wpływ na naszą cerę, zapychać i przyczyniać się do powstawania zmian skórnych. Zdecydowanie brak mi fachowej wiedzy w tym temacie, ale u siebie zaobserwowałam jedynie zbawienny wpływ tego kremu. Raz na jakiś czas serwuję sobie peeling kwasem glikolowym, który prowadzi do znacznego przesuszenia skóry w jej wierzchniej warstwie. Zazwyczaj po takim trwającym ok. tygodnia zabiegu towarzyszyło mi uczucie ściągnięcia i skóra łuszczyła się niemiłosiernie. Krem aplikowany na dzień (po nałożeniu kwasu na noc) uczynił ten zabieg o wiele bardziej znośnym, a skóra o wiele szybciej powróciła do normalnego stanu bez konieczności stosowania bardzo tłustych i tym samym niesamowicie niewygodnych w użyciu mazideł. 


Krem intensywnie nawilżający DA Ultra stanowi, w moim odczuciu, nieco lżejszą wersję kremu PS. Zawiera PCA, który występuje naturalnie w skórze i wiąże w niej cząsteczki wody, utrzymując tym samym właściwe nawilżenie, masło shea oraz olej z orzechów makadamia, które uzupełniają lipidy, zmiękczają skórę i łagodzą podrażnienia, pantenol, który ułatwia regenerację naskórka i silikony, które chronią płaszcz lipidowy.



Produkt jest bardzo lekki w swojej formule, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Jest to mazidło, które sprawdzi się zarówno pod makijaż jak i przykładowo na noc, kiedy chcemy zadbać o solidne nawilżenie, ale nie mamy ochoty obciążać skóry bardzo treściwymi kremami. 


Seria dermokosmetyków Cetaphil obejmuje również dermoprotektor MD, o którym pisałam już jakiś czas temu, co do którego moją opinię nadal podtrzymuję.

Summa summarum Cetaphil mogę polecić wszystkim, którzy borykają się problemami skórnymi i którzy chcieliby postawić na możliwie najmniej inwazyjną pielęgnację, a także osobom, które są po różnego rodzaju kuracjach dermatologicznych. Skuteczność sprawdzona na własnej skórze ;)

Na koniec najprzyjemniejsze, czyli wyniki rozdania, które ogłosiłam na początku miesiąca :)
O właściwościach kosmetyków Cetaphil będzie miała okazję przekonać się Magdalena Kita!

Pędzę pisać maila z powiadomieniem o wygranej :). A tych, którym się nie poszczęściło, zapraszam na trwające nadal rozdanie z Dove :).




wtorek, 21 maja 2013

Ślimak, ślimak pokaż... krem


"Ślimacze kremy" biją ostatnio rekordy popularności. Bierze się to stąd, że substancja wytwarzana przez te pełzające żyjątka okazuje się mieć silne właściwości regenerujące i ochronne. Znane są nam jednak głównie trudno dostępne i dość drogie kosmetyki azjatyckie, w których składzie znajduje się śluz. Mało kto jednak wie, że i na polskim rynku istnieją marki produkujące tego typu kosmetyki. Na firmę Snails Garden natknęłam się na poznańskich targach kosmetycznych i skusiłam się na słoiczek ich kremu Snails Garden Prestige (cena targowa: 60 zł za 50 ml). 


Na początek kilka słów na temat samego śluzu, zaczerpniętych ze strony producenta, bo warto co nieco wiedzieć na temat samej substancji, zanim zacznie się jej używać: 

Śluz produkowany jest w gruczołach odnóża ślimaka i ma konsystencję żelu. Do jego pozyskania wykorzystujemy ślimaki z gatunku Helix Aspersa Muller, które hodujemy na naszej fermie. Są to ślimaki afrykańskie hodowlane [...]. Istotną charakterystyką tego ślimaka jest jego ciągła regeneracja tkanek za pomocą śluzu, które nieustannie uszkadzają się podczas poruszania, co najważniejsze, identyczne właściwości wykazuje względem ludzkiej skóry. Śluz ślimaka jest cennym składnikiem aktywnym oraz idealnie zbilansowanym. Zawiera w sobie naturalne składniki, które w większości kosmetyków występują pod postacią składników syntetycznie wytworzonych w laboratoriach. Należą do nich: 
  • Alantoina działa intensywnie nawilżająco, a także kojąco i przeciwzapalnie, przyspiesza regenerację skóry, łagodzi podrażnienia i zmiany trądzikowe, usuwa blizny, rozstępy, cellulit i wrzody, przyspiesza gojenie się ran, a także usuwa zgrubienia i spękania.  
  • Kwas glikolowy spowalnia procesy starzenia się skóry, wygładza, odświeża i regeneruje skórę, usuwa martwe naskórki, działa oczyszczająco, reguluje proces wydzielania sebum oraz zwęża ujście gruczołów łojowych.
  • Mukopolisacharydy, które zmniejszają podrażnienia i uczulenia, przyczyniają się do prawidłowego krążenia krwi i limfy. W połączeniu z kolagenem i elastyną nadają skórze idealną elastyczność, sprężystość oraz nawilżenie.
  • Kolagen i Elastyna odpowiadają za likwidację zmarszczek, a także za sprężystość oraz jędrność skóry.
  • Naturalne Antybiotyki zabijają szkodliwe bakterie i grzyby, usuwając stany zapalne skóry.
  • Witaminy A,C i E odżywiają i regenerują skórę.

Kosmetyk ma postać lekkiego kremo-żelu, który nie obciąża skóry i szybko się wchłania. Jest też bardzo wydajny, używam go już ok. 2 miesięcy, a w dalszym ciągu pozostało mi 2/3 opakowania. Krem można stosować zarówno na dzień jak i na noc. Nawilżenie jest przyzwoite, ale warto wspomóc się czymś dodatkowym i aplikować produkt tylko raz dziennie, bo bywa i tak, że co za dużo, to nie zdrowo. Po ok. 4 tygodniach stosowania kremu rano i wieczorem moja skóra się zbuntowała i zareagowała potężnym wysypem. Przez kilka dni zrobiłam sobie odwyk i wróciłam do stosowania kosmetyku raz dziennie. Wszystko wróciło do normy.


W kwestii działania nastawiłam się głównie na właściwości rozjaśniające, złuszczające i łagodzące, no i niestety muszę przyznać, że liczyłam na bardziej spektakularne efekty. Nie zauważyłam jakiegoś diametralnego wyrównania kolorytu skóry, blizny potrądzikowe też nie zaczęły znikać jak za magicznym dotknięciem różdżki. Wypryski faktycznie goją się nieco szybciej, ale i tu oczekiwałam większych cudów. Krem odpowiada mi pod względem swojej lekkości i stopnia nawilżenia, idealnie nadaje się pod makijaż, dobrze współpracuje z podkładami i kremami bb, nie przyspiesza świecenia się skóry, ale... no właśnie... ale spodziewałam się więcej. Moje lekkie rozczarowanie podyktowane jest najwyraźniej tym, że śluz ślimaka reklamowany jest jako innowacyjny składnik o cudownym działaniu, które w rzeczywistości jest dość przeciętne. Szkoda również, że w składzie kosmetyku znalazły się parabeny. Informacja "100% natural", którą można znaleźć na stronie internetowej, odnosi się najwyraźniej do samego śluzu. 


A Wy macie jakieś doświadczenia ze "ślimaczymi kosmetykami"? Może azjatyckie ślimaki są bardziej cudotwórcze niż afrykańskie ;) 




poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Targi, targi i po targach...

Tak to już jest, że wszystko co dobre, szybko się kończy. Ani się obejrzałam a targi i kolejne spotkanie wielkopolskich (i nie tylko) blogerek (i blogera ;)) już za mną. W pierwszej kolejności serdeczne podziękowania należą się MPT, które nie dość że zapewniły nam darmowe wejściówki, to jeszcze ugościły nas po królewsku, udostępniając salę konferencyjną i organizując poczęstunek.

Jeśli zaś chodzi o targi per se, to niestety przyznam, że miałam większe oczekiwania. Liczyłam przede wszystkim, że wystawców będzie więcej, że będą to zarówno znane jak i nieznane marki, że stoiska i ceny będą bardziej zachęcające. Tymczasem całość była ograniczona do zaledwie dwóch pawilonów, ścisk był spory, dominowały marki, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, głównie profesjonalne i salonowe. Stoiska były dość ciasne i nierzadko trzeba było przepychać się łokciami, żeby cokolwiek zobaczyć. Taki to już jednak chyba urok targów po prostu. W końcu nie są one nastawione na przeciętną Annę Kowalską, która chce zrobić zakupy po okazyjnych cenach, ale na profesjonalistów, którzy wykorzystują takie okazje do zapoznania się z nowinkami, do rozmów biznesowych i nawiązywania nowych kontaktów.

Generalnie cieszę się, że miałam możliwość uczestniczenia w tym wydarzeniu i chętnie zjawię się tam za rok, choćby żeby zobaczyć, czy coś się zmieniło ;).

Poniżej kilka zdjęć pstrykniętych podczas buszowania wśród kosmetyków, ze spotkania i łupów oczywiście :D (kliknijcie, żeby powiększyć).












czwartek, 7 lutego 2013

Krem, który robi różnicę

O kremach pod oczy krążą najróżniejsze opinie, jedni twierdzą, że to absolutny "muszęmieć", inni są zdania, że kosmetyk ten to jedynie zmyślny chwyt marketingowy i w zasadzie niczym nie różni się od tradycyjnych kremów, poza tym że sprzedawany jest w małych opakowaniach za często niebotyczne sumy. Bardzo długo zaliczałam się do tej drugiej grupy niedowiarków, okazjonalnie stosowałam różne kremy pod oczy, w zasadzie nie dostrzegając jakiegoś szczególnego ich działania, co tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że produkt jest zbyteczny. Zdarzyło się jednak tak, że w wyniku intensywnej kuracji antytrądzikowej moja skóra wokół oczu uległa ekstremalnemu przesuszeniu, no i zaczęłam szukać ratunku. W ręce wpadł mi, normalnie niczym manna z nieba, Hydrating Eye Creme firmy GlySkinCare (cena: 39 zł, 15 ml).



Opis produktu ze strony producenta
Krem pod oczy dzięki zawartości EyePro™ 3X Complex poprawia mikrocyrkulację, przez co zmniejsza opuchliznę oraz redukuje cienie pod oczami. Krem powstrzymuje procesy starzenia, poprawiając sprężystość i nawilżenie delikatnej skóry wokół oczu.

Składniki aktywne EyePro™ 3X Complex
Saccharomyces ceresvisiae Extract – zwiększa komórkową konsumpcję tlenu
Betaine – zapobiega nadmiernemu gromadzeniu się płynów, stymuluje produkcję kolagenu
Rhodiola rosea Root Extract, Camellia oleifera Leaf Extract, Rosa canina Fruit Extract – chronią skórę przed wolnymi rodnikami

Korzyści
- Poprawa nawilżenia skóry wokół oczu
- Poprawa sprężystości skóry wokół oczu
- Redukcja cieni i opuchlizny pod oczami

Po dobrych kilku tygodniach intensywnego wklepywania jestem kupiona! Ten produkt przekonał mnie, że stosowanie kremów pod oczy potrafi zrobić różnicę. Już po kilku aplikacjach przesuszona skóra wróciła do normy, po kilku następnych stała się bardziej jędrna i sprężysta. Zniknęło nieprzyjemne uczucie ściągnięcia, podrażnienia, skóra zaczęła o wiele lepiej współpracować z kosmetykami typu podkład, korektor. Jedyne co, nie jestem w stanie ocenić, jak rzecz się ma z redukcją cieni pod oczami, bo w moim przypadku są one uwarunkowane genetycznie i choćby nie wiem, co wcierała, to nigdy nie znikną. Ot, taki już los mój ;). Rzadko się zarzekam, ale w tym wypadku ośmielę się stwierdzić, że kolejne opakowanie kupię na 1200%, a potem zapewne kolejne i kolejne...

Działaniem kosmetyków GlySkinCare jestem zachwycona i w ogóle, i w szczególe. Są one prawdziwym balsamem dla mojej problematycznej skóry. Już się czaję na inne produkty tej marki :>. 

A jaki jest Wasz stosunek do mazideł pod oczy? Ja? Nein? Jein? ;)



środa, 24 października 2012

Trądzikowy apdejt

Tytułowy update mógłby się zamknąć w dwóch słowach: jest lepiej!

Początkowe podrażnienia spowodowane stosowaniem maści Duac (rano) i Skinoren (wieczorem) ustąpiły. Stan mojej skóry z każdym dniem widocznie się poprawia. Początkowo jednak, jak wspominałam w jednym z poprzednich postów (>>>KLIK<<<), nie było tak kolorowo. Maści solidnie mnie wysuszyły, do tego stopnia, że cały dzień towarzyszyło mi uczucie dyskomfortu. Pani doktor poleciła mi krem silnie nawilżający BIDOERMA Sebium Hydra, ale przyznam się bez bicia, że początkowo, chcąc przyoszczędzić, wypróbowywałam specyfiki, które miałam w domu. Rzekomo silnie nawilżający krem Pharmaceris E (polecany do skóry suchej, wrażliwej, łuszczącej się, a nawet atopowej) kompletnie się nie sprawdził. Naturalny krem brzozowy Sylveco radził już sobie nieco lepiej, ale pozostawiał na skórze wyraźnie odczuwalną tłustą warstwę. Wypróbowałam jeszcze kremik miodowy z Sanoflore, który też przyniósł marne rezultaty, i w końcu skapitulowałam - kupiłam polecaną Biodermę (cena: ok. 35 zł z 20% rabatem).


Krem przeznaczony jest do skóry tłustej, osłabionej i przesuszonej na skutek kuracji dermatologicznych. Przeciwdziała tymczasowym zaburzeniom skory tłustej, niweluje łuszczenie, zmniejsza uczucie napięcia. Nie zatyka porów i jest hipoalergiczny.

Ja pod tymi słowami producenta mogę się jedynie podpisać. BIODERMA Sebium Hydra to krem rewelacyjny. Przywrócił mojej skórze równowagę, sprawił, że stała się miękka i gładka. Aktualnie jej stan nawilżenia jest o niebo lepszy niż przed kuracją. Cera jest odżywiona, ale nie ma mowy o jej przetłuszczeniu i za to ten krem niemalże wielbię!



Kuracji nie uważam jeszcze za zakończoną. W dalszym ciągu od czasu do czasu mam problemy z niespodziankami, o których na pewno będę rozmawiać z lekarzem podczas wizyty kontrolnej. Sądzę jednak, że jestem na całkiem dobrej drodze do pięknej cery. Pewnie nie już i nie teraz, ale z pewnością w nie tak dalekiej przyszłości :))).



piątek, 13 lipca 2012

Na ratunek!

Skończyła mi się próbka kremu LIERAC MESOLIFT z (bodajże) majowego GlossyBox. Skutki odstawienia okazały się opłakane. Cera po kilku tygodniach powróciła do fatalnego stanu "sprzed". Doszłam do wniosku, że nie ma co dłużej zwlekać i zamówiłam pełnowymiarowe opakowanie kremu. 


Skusiłam się na jedną z aukcji allegro, bo za cenę kremu (ok. 120 zł za 50 ml wraz z przesyłką) otrzymałam dodatkowo PREMIUM SERUM przeciwko oznakom starzenia (10 ml). Co prawda, myślałam, że będzie to serum Mesolift, ale oczywiście nie doczytałam dokładnie opisu aukcji. Mea culpa, ale mimo to jestem zadowolona, bo walkę ze zmarszczkami najwyższa pora już zacząć ;). Swoją drogą jest to pierwsze serum w mojej kosmetyczce i bardzo jestem ciekawa, jak zareaguje na nie moja skóra.


Gratisem był również płyn micelarny DEMAQUILLANT DOUCEUR (50 ml), a wiadomo miceli nigdy za wiele i na pewno się nie zmarnuje ;).


Mam nadzieję, że krem ponownie okaże się wybawieniem i doprowadzi moją cerę do porządku. Opakowanie jest dość pokaźne, ale specyfiku nie ma co za bardzo oszczędzać, bo po otwarciu zdatny do użycia jest zaledwie przez 3 miesiące (!) - pewnie z uwagi na skład. Cieszę się, że będę miała też możliwość przetestowania innych kosmetyków LIERAC. Muszę przyznać, że marka ta wzbudziła moje ogromne zainteresowanie.

A Wy znacie? Używacie?


niedziela, 1 lipca 2012

Jak dzień i noc

Dwa kremy do twarzy, na dzień i na noc, które różnią się od siebie w moich odczuciach jak dzień i noc. Mam świadomość, że są to produkty z dwóch zupełnie różnych półek, zarówno cenowych jak i targetowych, bo Lirene to krem typowo drogeryjny, którego cena oscyluje w granicach ok. 15 zł, Dr Irena Eris natomiast to marka uchodząca już za luksusową, do nabycia jedynie w perfumeriach (ok. 80 zł), ale mimo wszystko postanowiłam je ze sobą zestawić.

Testowanie rozpoczęłam od kremu na noc. Byłam ciekawa produktu Lirene, bo według opisu producenta powinien idealnie pasować do mojej mieszanej cery.  Co by zaoszczędzić sobie klepania w klawiaturę, wszystkie opisy i obietnice znajdziecie na niżej zamieszczonych zdjęciach.


Krem w moim przypadku okazał się kompletną porażką. Niby po nałożeniu produkt szybko się wchłaniał, a skóra sprawiała wrażenie wygładzonej, ale było to bardzo pozorne. Wystarczy, że po kilku chwilach od aplikacji potarło się twarz, a mazidło zaczynało się rolować, tworząc tłuste, białe klumpy, których później wszędzie było pełno. Głębokie nawilżenie również można między bajki włożyć, bo na pierwszym miejscu w składzie jest, jak widać na załączonym obrazku, gliceryna i parafina, a zachwalany przez producenta kwas hialuronowy dopiero gdzieś daleko, daleko w tyle. Wniosek nasuwa mi się prosty, po kremy do twarzy za kilka złotych na pewno już nigdy nie sięgnę (choć pewnie i w tej kategorii cenowej można znaleźć jakieś perełki).

Krem Lirene zastąpiłam odmładzającym kremem jogurtowym Dr Ireny Eris SPA Resort Hawaii.Jest to krem lekko rozświetlający, do stosowania raczej na dzień, ale ja używam go głównie na noc i w tej roli świetnie sobie radzi.


Produkt pięknie pachnie, ma przyjemnie lekką, ale jednocześnie treściwą konsystencję. Szybko się wchłania i o rolowaniu, jak w przypadku poprzednika, nie ma mowy. Można by się i tu przyczepić do składu, bo kwas hialuronowy, którego zawartością w kremie chwali się producent, również jest gdzieś na dalekim miejscu, ale do tego specyfiku przekonują mnie efekty, które widzę każdego dnia po przebudzeniu na twarzy. Skóra jest miękka, wyraźnie nawilżona, wygładzona, a ja w pełni zadowolona :))).

Może to tylko siła sugestii, kiedy płacąc więcej za dany produkt, automatycznie nastawiamy się, że będzie on działał lepiej, niż jego o wiele tańszy odpowiednik. Doświadczenie nauczyło mnie jednak, że nie warto oszczędzać na kosmetykach pielęgnacyjnych do twarzy, bo często chcąc zatrzymać w portfelu tych parę groszy, dochodzi do tego, że "tanio kupujesz, dwa razy kupujesz".

A Wy jaką zasadę wyznajecie?

Oba produkty zostały mi nieodpłatnie udostępnione do testów. Fakt ten nie miał najmniejszego wpływu na treść niniejszej recenzji.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...