Q10 Plus to energetyzujący krem przeciwzmarszczkowy, który niedawno wyszedł spod skrzydeł marki Nivea. Produkt dedykowany jest osobom po 30 roku życia i ma za zadanie redukować widoczność zmarszczek, pobudzać skórę, rozświetlać i tym samym zmniejszać oznaki zmęczenia. A to wszystko dzięki zwiększeniu poziomu koenzymu Q10 i kreatyny w skórze (cena sugerowana: 39,99 zł).
Produkt zamknięty jest w solidnym, szklanym słoiczku dodatkowo zabezpieczonym srebrną folią, ma kremowo-żelową konsystencję i przyjemny, niezbyt nachalny zapach. Krem łatwo się aplikuje, dość szybko wchłania, pozostawiając skórę miękką o delikatnej poświacie. Pierwsze oznaki działania kosmetyku powinny być zauważalne już po dwóch tygodniach.
Efektu promiennej, rozświetlonej cery po zalecanym przez producenta czasie raczej jednak na próżno u mnie szukać. Po zastosowaniu buzia jest nawilżona, skóra sprężysta, ale pożądany efekt "glow" jest chwilowy i znika po wchłonięciu się kremu. Muszę jednak przyznać, że moja skóra jest dość kapryśna w tym względnie i mało który produkt jest w stanie jej podołać. Nie oczekuję też, że krem po 14 dniach cudownie rozprasuje moje zmarszczki, bo na to potrzeba zdecydowanie więcej czasu.
Q10 Plus jest dość treściwy w swojej konsystencji i u mnie na dzień raczej się nie sprawdza. Nałożony pod podkład ma tendencję do "wychodzenia na wierzch" w ciągu dnia, przez co buzia zaczyna się szybko świecić, a makijaż staje się zdecydowanie mniej trwały. Zadowolone z niego powinny być sucharki. Ja wolę wklepywać go na noc.
Podsumowując, Q10 Plus to raczej przeciętniaczek, który chętnie zużyję do końca, ale po który ponownie raczej nie sięgnę.

