Pokazywanie postów oznaczonych etykietą off-top. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą off-top. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2013

List do M. vol. 3

Idą Święta, więc najwyższy czas na podsumowanie zeszłego roku i nowy list do Świętego. W sferze niematerialnej generalnie niczego mi nie brakuje, wszyscy w moim najbliższym otoczeniu są zdrowi i szczęśliwi, w związku z tym skupię się na chciejstwach w czystej postaci. Nie oczekuję, że zostanę zasypana wymienionymi tu prezentami, ale doświadczenie pokazuje, że zebranie wszystkiego do kupy, ułatwia mi spełnienie tego typu zachcianek.

W zeszłym roku życzyłam sobie:

I. X Box 360 i Kinect

Nie mam i mieć nie zamierzam. Po pierwszym zachwycie ochota na posiadania takiego sprzętu we własnym domu jakoś mi przeszła, chyba głównie ze względu na cenę tego urządzenia. U znajomych jednak zawsze chętnie poskaczę :).

II. Laptop

Nowego-starego laptopa podarował mi chłopak. Jest w świetnym stanie, w związku z czym nie widziałam potrzeby zakupu całkiem nowego.


III. Samsung Galaxy III

Mam i kocham! Dla blogerki porządny smartfon to jednak narzędzie niezbędne ;).


IV. Wakacje w tropikach

Były! Choć Fuerteventura to może nie tropiki, ale i tak było pięknie, słonecznie i ciepło, czyli dokładnie tak, jak chciałam. Na Kanary mam zamiar wrócić w przyszłym roku :).


V. Pierścionek Florentines

Nie mam, ale dostałam inny, też całkiem ładny :D


VI. Bibeloty

Coś tam mi przybyło, choć niewiele. Ze wszystkich pomieszczeń w mieszkaniu na pewno sypialnia nabrała najwięcej charakteru.


W tym roku życzę sobie:

I. Biżuteria Tous

Misie fascynują mnie już od jakiegoś czasu i chętnie przygarnęłabym coś z salonu Tous.. Może np. taką bransoletkę? Podoba mi się jednak o wiele więcej ;).

II. Zegarek Micheal Kors

Lubię duże zegarki w odcieniach złota, a Kors to już klasyka. Wygląda pięknie i pasuje w zasadzie do wszystkiego.

III. Torba od Dzikiego Józefa

Ciągle przewija się w moich postach, bo ciągle o niej myślę, a od kiedy miałam okazję zobaczyć te cacuszka na żywo, to już w ogóle włącza mi się chciejstwo zaawansowane. Przygarnęłabym czarną, podłużną, sztywną ;D.

IV. Zimowe ubrania do biegania

Ostatnio nie trenuję na zewnątrz, bo brak mi odpowiednich ubrań. W marcu planuję jednak pierwszy oficjalny start w Maniackiej Dziesiątce, więc nie ma to tamto, tylko trzeba się zaopatrzyć w długie spodnie, bieliznę termiczną, czapkę i rękawiczki i ruszyć w trasę. Kocham biegać, czy już to gdzieś pisałam?

V. Żeliwne hantle

Wkrótce kończę program treningowy Insanity i chciałabym zrobić wreszcie pierwsze podejście do Zuzki. W zanadrzu mam też jeszcze jeden program treningowy Chalean Extreme. Będą hantle, będzie dodatkowa motywacja!
VI. Balsam otulający do dłoni Put and Rub

Kosmetycznie generalnie jestem zaspokojona. Ten balsam jednak za mną chodzi już jakiś czas. Może Święty zdąży mi go jeszcze przynieść przed końcem grudnia ;).

VII. Kosmetyki Mizon

No i dalej wierzę w cudowne działanie ślimaczego śluzu i jego zbawienny wpływ na cerę. Chętnie przygarnęłabym serum, krem do twarzy i pod oczy, a przede wszystkim wodoodporny krem BB.


Na tym lista moich osobistych chciejstw się kończy, choć nie ukrywam, że przygarnęłabym też kilka bardzo praktycznych sprzętów kuchennych jak np. moździerz, suszarkę do sałaty, czajnik elektryczny, malakser... Kto mnie śledzi na Instagramie ten wie, że staram się rozwijać kulinarnie i wszystko, co ułatwia życie w kuchni jest przeze mnie jak najbardziej pożądane ;).

A jakie Wy macie życzenia do M.? Piszcie w komentarzach lub linkujcie - uwielbiam czytać takie posty :)



niedziela, 1 grudnia 2013

Niedzielne grzeszki, czyli Chocolate Chip Cookies

Weekend bez czegoś słodkiego to weekend zdecydowanie stracony. Od dobrych 6 miesięcy słodycze jadam sporadycznie, ale jak już grzeszę to najchętniej za sprawą domowych wypieków. Ciasteczka z kawałkami czekolady do najzdrowszych nie należą, ale są pyszne i, co najważniejsze, bardzo szybkie w przygotowaniu. Ciasteczkowe potwory (jak ja!) będą naprawdę zachwycone. Jeśli więc nie macie pomysłu na niedzielny deser, może właśnie te ciasteczka trafią w Wasze gusta.

Oryginalny przepis w wersji anglojęzycznej znajdziecie na blogu Handle the Heat, do mnie trafił za pośrednictwem koleżanki (dzięki Martyna :*), do tego doszły moje małe modyfikacje et voila... Chocolate Chip Cookies w pełnej odsłonie.


Składniki (ok. 12 ciastek):

150 g mąki
100 g masła lub margaryny
1 jajko
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
3 łyżki białego cukru
4 łyżki brązowego cukru
1/2 tabliczki czekolady pokrojonej w drobną kostkę

Wykonanie:

Masło, jajko, cukier i wanilię zmiksować na jednolitą masę, dodać mąkę z solą i sodą, ponownie zmiksować. Po uzyskaniu jednolitej masy dodać kawałki czekolady i jeszcze raz wymieszać. Ciasto powinno mieć lepką konsystencję. Następnie rozgrzać piekarnik do 180 st., blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Ciasto najlepiej nakładać łyżką, zachowując odstęp pomiędzy porcjami ciasta. Kulki wyłożone na blachę spłaszczą się podczas pieczenia i urosną. Jeśli chcecie uzyskać ciastka większych rozmiarów, wystarczy rozpłaszczyć porcje ciasta podczas nakładania na blachę. Piec ok. 9-10 min.

Ważne uwagi:

1. Jeśli chcecie, aby ciastka były choć odrobinę zdrowsze, zwykłą mąkę możecie zastąpić pełnoziarnistą, jest ona jednak dość ciężka, warto więc dać jej odrobinę mniej.

2. Ilość cukru możecie spokojnie dopasować do swoich potrzeb. W mojej wersji i tak została ona już znacznie okrojona, a ciastka nadal są słodkie. Biały cukier zastępuję najczęściej ksylitolem, który jest znacznie mniej kaloryczny. Można go też zastąpić też stevią lub fruktozą, ale wtedy uwaga na odpowiednie proporcje!

3. Czekolada może być zarówno gorzka jak i mleczna. Próbowałam obie wersje i mi bardziej smakuje wersja z mleczną czekoladą, gorzka czekolada jest zbyt wyrazista w smaku.

4. Ekstrakt z wanilii zastępuję syropem do kawy o smaku waniliowym - sprawdza się wyśmienicie.

5. Jeśli nie macie miksera, ciasto można wyrobić ręcznie. Będzie się kleić do łapek jak cholera, ale warto się pomęczyć dla tego smaku ;).

6. Ciastka zaraz po upieczeniu są dość miękkie, warto im więc dać trochę odpocząć. Im dłużej poleżą, tym bardziej będą kruche.

Smacznego! I niech Wam idzie w cycki :D



poniedziałek, 11 listopada 2013

Chwalę się ;)

Post z cyklu "Chwalę się", albo raczej bardziej odpowiednim określeniem byłoby "Cieszę się", bo zakup nowej torebki w moim życiu to nie lada wydarzenie! I wcale nie chodzi o to, że jestem wybredna (choć nie jest to bez znaczenia), ale głównie o to, że jak się do jednej torby przykleję, to najczęściej eksploatuję ją, dopóki jej stan nie woła o pomstę do nieba. Jak się możecie domyślać, ten moment właśnie nadszedł ;).

Początkowo nakręciłam się niesamowicie na torbę od Dzikiego Józefa. Styl, jaki prezentuje marka, idealnie wpisuje się w to, co lubię, no i ceny nie są z kosmosu (za średniej wielkości torbę musimy zapłacić 300 zł + przesyłka), ale jednak brak możliwości pomacania i przymierzenia sprawił, że zdecydowałam się na coś innego.

Nowootwarty TkMaxx w Poznaniu okazał się być całkiem nieźle zaopatrzony w akcesoria każdej kobiecie do życia niezbędne i tym to sposobem po dobrej godzinie mierzenia i przebierania weszłam w posiadanie torby nieznanej mi dotąd brytyjskiej marki Osprey London.


Torba jest wykonana ze sztywnej skóry, w środku posiada jedną komorę na zamek oraz dwie komory na zatrzask, ma solidną podszewkę i uszy w sam raz do noszenia na ramieniu. No i jest szmaragdowo zielona (choć na zdjęciach uwidacznia turkusowe tony), co wskazuje chyba na moją słabość do toreb w tych odcieniach :D. Informacja na etykiecie cenowej była nader kusząca i skutecznie podziałała na moja psychikę, bo zamiast 940 zł zapłaciłam 369 zł, choć trudno mi oceniać, na ile wyjściowe ceny w TkMaxx mają coś wspólnego z rzeczywistością.


Ogólnie rzecz biorąc, zadowolona jestem bardzo i oglądając inne egzemplarze na wieszakach, o dziwo zachciało mi się więcej. Nie mówię jednak nie Dzikiemu Józefowi, bo 30 listopada mają się prezentować w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu i wtedy na pewno będzie można to i owo pooglądać.


Może któraś z Was ma ochotę się wybrać? :)
No i co sądzicie o torbach w innych kolorach niż czerń lub brąz? Yay or nay?




czwartek, 24 października 2013

Moje pierwsze firmówki

Długi czas miałam dość sceptyczne nastawienie do zamawiania okularów przez internet. No bo jak dobrać fason do kształtu twarzy, szkła do wady wzroku i ocenić jakość materiałów, z jakich zostały wykonane?Okazuje się to jednak wcale nie być takie trudne, zwłaszcza na stronie Firmoo.com.


Amerykańska firma oferuje szereg oprawek, szkieł korekcyjnych oraz okularów przeciwsłonecznych po całkiem przystępnych cenach. Co fajne, pierwsze oprawki każdy klient może otrzymać gratis. Jedyny wydatek, jaki musimy ponieść, to koszt przesyłki, który wynosi 18 USD. Kwota ta wydaje się nie mała, ale obejmuje ekspresową wysyłkę kurierem. 




Przejdźmy jednak do meritum. Lubuję się "nerdowskich" oprawkach i takie też wybrałam tym razem. Na stronie podane były dokładne wymiary (szerokość oprawek, szerokość i wysokość szkieł), dane dotyczące wady wzroku wpisałam z recepty, którą dostałam od okulisty, zmierzyłam rozstaw źrenic, stosując się do wskazówek na stronie, dopłaciłam 3 USD ekstra za antyrefleksy i czekałam... bardzo krótko. Swoje zamówienie złożyłam w środę, a już we wtorek okulary były u mnie. Czasami paczka w granicach Polski potrafi iść dłużej.




Jakość oprawek i szkieł bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Spodziewałam się taniej chińszczyzny, a dostałam naprawdę solidne okulary z cały osprzętem (futerał twardy, futerał miękki, ściereczka, śrubokręcik).


Oprawki, które wybrałam, mają dokładnie taki sam kształt jak Ray Bany, które posiadam już dobrych kilka lat i które uwielbiam. Za markowy znaczek musiałam jednak zapłacić dobrych kilkaset złotych, a przyznam szczerze, że nie dostrzegam różnic w kwestii solidności wykonania czy jakości plastiku. Nie zdziwiłabym się, gdyby oprawki powstawały dokładnie w tych samych fabrykach. Zresztą zobaczcie same...




Okularnikom polecam choćby zajrzeć na stronę. Wybór modeli jest sport i wszystko jest jasno i klarownie opisane. O jakości oferowanych produktów świadczą wpisy wielu zadowolonych klientów. Co lepsze, jeśli prowadzicie bloga, możecie zgłosić się do programu partnerskiego, klikając >>>>TUTAJ<<<<. Gwoli wyjaśnienia, nie odnoszę żadnych korzyści z Waszego przyłączenia się do programu, po prostu zachęcam Was do skorzystania z fajnej okazji :).

I jak Wam się podobają moje nowe "nerdy"?




czwartek, 12 września 2013

Wakacyjne migawki [image heavy]

Nigdy nie uważałam się za wielką fankę lata, ale muszę przyznać, że w tym roku będę bardzo za nim tęsknić, bo było wyjątkowo udane. Czuję się prawdziwie rozpieszczona przez piękną pogodę i mimo że upały bywały dokuczliwe, tego lata z moich ust nie padło ani jedno złe słowo pod ich adresem. Ci, co mnie śledzą na instagramie, już wiedzą, że zwieńczeniem dwóch cudownie słonecznych wakacyjnych miesięcy był dla mnie urlop na Wyspach Kanaryjskich, a dokładniej na Fuerteventurze. To miejsce na ziemi jest tak piękne i nietypowe jednocześnie, że chciałabym się z Wami podzielić kilkoma  (no dobra, wieloma) migawkami z wojaży i przekazać Wam trochę słonecznych promieni znad Atlantyku :).

Fuerta to idealne miejsce na wypoczynek zarówno dla tych, którzy lubią kąpiele słoneczne na cudownych piaszczystych plażach, jak i dla tych, co preferują zwiedzanie i poznawanie lokalnej kultury. Fuerteventura jest stosunkowo młodą wyspą powulkaniczną położoną nieopodal wybrzeży Afryki, gdzie dominuje prosta i skromna architektura i gdzie to głównie natura stawia najbardziej zapierające dech w piersiach pomniki. Wyróżnia ją górzyste ukształtowanie terenu zdominowane przez kolor okry, który kontrastuje z niemalże bielą piasku naniesionego przez silne wiatry prosto z Sahary. Wysokie temperatury łagodzą wiejące w tym rejonie passaty, które jednocześnie przewiewają wszelkie napływające znad oceanu deszczowe chmury. Kilka słów gwoli wstępu, a teraz niech przemówią zdjęcia :).


Playa de Sotavento
Hop nr 1 na Playa de Sotavento ;)
Hop nr 2 z Lanzarote w tle na Dunas de Corralejo
Arco de Cofete
Playa de Cofete
Playa de Cofete i Villa Winter
Widok na Betancurię


Mollinos de Antigua


Casa de los Coroneles
Betancuria
Betancuria
W trakcie naszego pobytu mieliśmy okazję zwiedzić również oddaloną o 12,5 km od Fuerteventury wyspę Lanzarote. Miejsce to zarówno pod względem architektonicznym jak i krajobrazowym zrobiło na mnie ogromne wrażenie i bez dwóch zdań mogę powiedzieć, że tak niemalże eksterytorialnych tworów natury jeszcze nie widziałam. Wyspa prezentuje krajobraz iście księżycowy, gdyż znaczną część jej powierzchni pokrywa pozostała po wybuchach wulkanów w XVIII w. zastygła lawa i popiół wulkaniczny. Dzisiejszy charakter wyspy ukształtowany został przez nieżyjącego już artystę Cesara Manrique, który wiele powstałych na skutek działania natury miejsc na wyspie przekształcił w jedyne w swoim rodzaju dzieła sztuki, które możemy dzisiaj podziwiać. To on również odpowiada za białą zabudowę wyspy na tle bazaltowego gruntu.


Lanzarote i widok na Playa Blanca
Bodegas, czyli dość nietypowe winnice
Jameos del Agua autorstwa Cesara Manrique
Park wulkaniczny
Park wulkaniczny
Park wulkaniczny
El Golfo i Playa Negra

Strasznie żałuję, że w tak pięknym miejscu dane mi było spędzić tylko tydzień. Z pewnością jeszcze kiedyś tam wrócę, bo całego bogactwa obu tych wysp nie było dane mi jeszcze zobaczyć. Jeśli rozważacie Fuerteventurę lub Lanzarote jako wakacyjne destynacje, nie wahajcie się ani chwili! :)

Na koniec jeszcze kilka ujęć z lotu ptaka na otarcie (moich) łez...

Fuerteventura (w tle)
Lanzarote (w środku)
La Graciosa (na dole)

A jedna pamiątka zostanie mi na całe życie :)))

Relationship upgrade ;)



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...