Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsamy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lipca 2013

Z rossmannowej półki

Dzisiaj rzecz będzie o kilku produktach z rossmannowej półki, które ostatnimi czasy przewijały się u mnie w łazience. Nie owijając w bawełnę, przechodzę do konkretów.


W kilku słowach kremowy żel pod prysznic Isana Med (cena: 5,79 zł za 250 ml) wśród innych produktów tego typu wyróżnia się neutralnym dla skóry pH, jest pozbawiony silikonów, alkali i parabenów, czym na przedniej stronie opakowania chwali się producent, zapewniając o zbawiennym wpływie żelu na suchą i wrażliwą skórę. Przyglądając się jednak dokładniej etykiecie na odwrocie, nie da się nie zauważyć, że na drugim miejscu w składzie znajdują się SLS-y, a więc żel do całkiem neutralnych na pewno nie należy. Co ciekawe, pomimo zawartości substancji spieniających, pieni się słabo, nie trzyma się skóry i spływa z niej podczas mycia, co czyni go dość niewydajnym. Na plus można zapisać zapach, który jest delikatny i przyjemny, ale na tym lista pozytywów w zasadzie się kończy.



Isana kremowy balsam do ciała z olejkiem arganowym (cena: 7,99 zł za 250 ml) to kolejny produkt z rossmanowej rodziny. Moc olejków z orzechów zawarta w produkcie (olejek arganowy, shea i kokosowy) w połączeniu z wit. E idealnie sprawdzi się w pielęgnacji i regeneracji bardzo suchej i wrażliwej skóry to słowa nieco na wyrost, bo balsam nie był w stanie poradzić sobie z przesuszonymi miejscami na moim ciele. Kosmetyk sprawdza się jednak całkiem nieźle przy aktualnie panujących temperaturach. Łatwo się rozprowadza, szybko wchłania, nie pozostawiając uczucia lepkości na skórze. Ci, którzy liczą jednak na dogłębne nawilżenie i odżywienie, raczej się rozczarują.



Na koniec zostawiłam produkt, który najbardziej mnie do siebie przekonał, czyli Fusswohl masło do stóp (cena: 12,49 zł za 200 ml). Zawarte w produkcie masło shea, olejek z awokado i wosk pszczeli mają za zadanie nadać skórze miękkość i sprężystość, gliceryna nawilżyć skórę, natomiast mięta i limetka dać przyjemne uczucie chłodu i świeżości. O pielęgnacji stóp pamiętam najrzadziej, ale od kiedy masło stoi na moim nocnym stoliku i aplikuję je regularnie, zauważyłam, że skóra stała się bardziej zadbana, sprężysta i mniej podatna na otarcia. Masło ma miętowy zapach, dość specyficzny, który na pewno znajdzie tyle samo zwolenników co przeciwników, delikatnie chłodzi, nie wywołując jednak uczucia dyskomfortu. W sezonie sandałkowym produkt jak najbardziej wskazany.


Ciekawa jestem, jaki jest Wasz stosunek do kosmetyków drogeryjnych marek własnych?



sobota, 16 lutego 2013

Stop cellulitowi!


Kilka tygodni temu postanowiłam wypowiedzieć walkę cellulitowi. Co prawda, nie jest to u mnie na tyle wielki problem, żeby spędzał mi sen z powiek, ale mimo wszystko często towarzyszy mi uczucie dyskomfortu z powodu dość widocznie nierównej skóry zwłaszcza na tylnej stronie ud. Najlepszym, choć nie najłatwiejszym, sposobem na pozbycie się pomarańczowej skórki są oczywiście ćwiczenia i właściwa dieta, ale ja niestety jestem wstrętnym leniwcem, szczególnie zimą, więc stwierdziłam, że najpierw spróbuję zadziałać od zewnątrz intensywnym masażem. A nóż widelec...

Z czeluści kosmetyczki wygrzebałam masażer, który kupiłam dawno, dawno temu w niemieckim The Body Shop, kiedy blogowanie nawet jeszcze nie przechodziło mi przez myśl. Wtedy chęć do masowania szybko mi przeszła, ale tym razem postanowiłam zacisnąć zęby i sprawdzić, czy po ok. 4 tygodniach regularnego stosowania pojawią się jakieś efekty. W końcu wiosna zbliża się wielkimi krokami, a potem to już lato tuż, tuż, więc trzeba się wziąć za siebie. Masaż postanowiłam wykonywać raz dziennie przy pomocy suchego olejku z TBS podłużnymi ruchami od kolana w górę.


Po dwóch tygodniach zaczęłam dostrzegać minimalne zmiany, ale za bardzo nie chciało mi się wierzyć, że to już... Na poznańskim spotkaniu blogerek prawie z nieba mi spadły gifty od marki Pat and Rub. W moim woreczku znalazł się Drenujący Olej do użycia podczas i po kąpieli, który służy właśnie do masażu i ma właściwości antycellulitowe, napinające i wygładzające, oraz Balsam wyszczuplający i zwalczający cellulit z serii NaturAktiv, który hamuje powstawanie komórek tłuszczowych, wygładza cellulit, napina skórę i ujędrnia. W ten sposób wzbogaciłam swoją kurację: rano zaczęłam wcierać balsam, a wieczorem kontynuowałam masaże, ale tym razem przy użyciu rzeczonego olejku. 

Kompozycja:
Olej konopny*  - ma silne działanie odżywcze, regeneracyjne i przeciwstarzeniowe; wpływa na zwiększoną przepuszczalność naskórka i  wykazuje zdolność głębokiej penetracji tkanek, jest doskonałym nośnikiem substancji naprawczych i odmładzających, jak ekstrakty roślinne i olejki eteryczne
Squalane* – doskonale odbudowuje warstwę lipidową
Oliwa z oliwek* – wzmacnia naturalny płaszcz wodno-lipidowy skóry, koi podrażnienia
Olej winogronowy* – wykazuje działanie przeciwrodnikowe, hamując proces starzenia skóry, działa przeciwzapalnie i kojąco
Naturalna witamina E* – ma działanie przeciwrodnikowe oraz chroni  przed działaniem niekorzystnych czynników środowiskowych
Olejek geraniowy* – ma właściwości drenujące, zwalczające cellulit
Olejek z trawy cytrynowej* – wygładza i oczyszcza
Olejek rozmarynowy* – pobudza, tonizuje, stymuluje
Olejek miętowy* – koi i chroni
*Surowce naturalne z certyfikatem ekologicznym


INCI:
Caprylic/Capric Triglyceride, Olea Europaea Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Isopropyl Myristate, Squalene, Cannabis Sativa Seed Oil, Tocopherol, Beta-Sitosterol, Squalene, Rosmarinus Officinalis ( Rosemary) Leaf Oil, Pelargonum Graveolens Oil, Oleum Menthae piperitae, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Citronellol, Geraniol, Citral, Limonene


Kompozycja:
Olejki pieprzowy i lemongrasowy, wyciąg z kardamonu* - poprawiają krążenie w skórze, ułatwiają przenikanie substancji aktywnych
Olej konopny* - ma zdolność głębokiej penetracji tkanek, jest doskonałym nośnikiem substancji aktywnych
Woda z zielonej herbaty* - działa antyoksydacyjnie, antyzapalnie i łagodząco; stymuluje regenerację i podziały komórkowe
Wyciąg z miłorzębu* - ujędrnia
Wyciąg ze skrzypu* - wzmacnia tkankę łączną
Masło awokado* - nawilża, odżywia, łagodzi
Kwas hialuronowy*- silnie nawilża
Naturalna witamina E* - wygładza, ujędrnia, natłuszcza i nawilża
Inne roślinne substancje natłuszczające i nawilżające*
*surowce z certyfikatem ekologicznym


INCI:
Aqua, Camelia Sinensis Leaf Water, Decyl Cocoate, Caprylic/Capric Triglyceride, Cetearyl Alcohol, Cannabis Sativa Seed Oil, Glycerin, Sphacelaria Scoparia Extract, Gingko Biloba Leaf Extract, Equisetum Arvense Extract, Laminaria Digitata Extract, Lotus Maritinus Extract, Persea Gratissima Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Glyceryl Stearate SE, Betaine, Cetearyl Glucoside, Stearic Acid, Elettania Cardamonum Seed Extract, Sodium Phytate, Xanthan Gum, Tocopherol, Beta-Sitosterol, Squalene, Sodium Hyaluronate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Piper Nigrum Seed Oil, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Citral, Geraniol, Limonene, Linalool

Zawsze byłam zdania, że pozbycie się cellulitu nie może być "easy" i że te wszystkie preparaty i masaże to jedynie pic na wodę, fotomontaż, ale po 3 tygodniach codziennego katowania moich ud masażami i mazidłami ku mojemu prawdziwemu zaskoczeniu mogę stwierdzić, że pozbyłam się problemu. Skóra jest niesamowicie wygładzona, nierówności i zagłębienia wskazujące na nierównomierny rozkład tkanki tłuszczowej zniknęły, uda wreszcie wyglądają tak jak powinny, a ja psychicznie czuję się o niebo lepiej. Oczywiście kurację mam zamiar stosować dalej, co by efekt nie zniknął :))). 

Ponadto, myślę, że i bez tych, jakby nie było dość drogich, mazideł udałoby mi się wygrać tę walkę, choć pewnie cały proces trwałby trochę dłużej. Przepisem do sukcesu jest bez wątpienia systematyczność. Nie można też zbytnio oszczędzać swoich ud podczas masażu i początkowo trzeba się nawet liczyć z siniakami ;). Efekt i samozadowolenie jednak wszystko rekompensują.

Mam jeszcze straszną ochotę wypróbować chińskie bańki, które podobno również czynią cuda. Znacie może? Jeśli tak, dajcie znać, czy warto :).








środa, 13 lutego 2013

Topy i Flopy z Rossmanna

Uzbierało mi się kilka kosmetyków z Rossmanna, których do tej pory nie miałam okazji zrecenzować. Wśród tej całej gromadki znalazły się zarówno Topy, po które chętnie sięgnę ponownie, jak i Flopy, z którymi nie chcę mieć więcej do czynienia. 
No to do dzieła... 

Żurawinowy żel pod prysznic z biała herbatą spod znaku Isany zdobył moją szczególną sympatię i bardzo żałuję, że jest to edycja limitowana. Żel spełnia swoje podstawowe funkcje, czyli myje i, co ważniejsze, nie wysusza mojej skóry na wiór. Urzekł mnie głównie zapach, który jest przyjemnie słodki i nieprzesadnie intensywny. 



Polubiłam się również z peelingiem do ciała z Wellness&Beauty z zawartością soli morskiej oraz olejków. Jest to naprawdę porządny zdzierak zapakowany w bardzo solidny słoik, który z powodzeniem po zużyciu kosmetyku można wykorzystać do czegoś innego. Sól zatopiona jest w dość oleistej bazie, dzięki czemu fajnie się rozprowadza, ale jednocześnie pozostawia na ciele wyczuwalną, tłustawą warstwę, która potrzebuje dobrej chwili, żeby się wchłonąć. Plusem jest, że po zastosowaniu produktu skóra jest wyraźnie wygładzona, a balsam do ciała jest zbędny, minusem natomiast wspomniany czas wchłaniania się kosmetyku. 



Skład: Maris Sal, Ethylhexyl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceridem Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Helianthus Annuus Seed Oil, Parfum, Porphyra Umbilicalis Powder, Tocopherol, Butylphenyl Nethylpropional, Limonene, Linaool, Aqua, CI 42051, CI 19140

Produkty, które określiłabym mianem średniaków, to Isana krem do rąk kwiat pomarańczy i Isana orzechowy krem do ciała z dodatkiem masła shea i kakao. W obu przypadkach właściwości pielęgnacyjne nie spełniły w pełni moich oczekiwań. Krem do rąk ma dla mnie zbyt lekką, wodnistą konsystencję, długo się wchłania i mimo to praktycznie w ogóle nie odżywia. Jedyne, co w nim lubię to zapach, który moim zdaniem jest świeży i kwiatowy, ale spotkałam się już z opiniami, że aromat jest dość chemiczny. Najwyraźniej każdemu to, co lubi :). 




W przypadku kremu do ciała znowu mamy bardzo lekką formułę, dzięki której produkt błyskawicznie wsiąka w skórę, ale jednocześnie bardzo słabo nawilża. W moim odczuciu kosmetyk sprawdzi się w okresie wiosenno-letnim, choć orzechowy zapach, który nota bene nie utrzymuje się zbyt długo na skórze, uznałabym raczej za typowo jesienno-zimowy. 




Kompletnym "No Go" jest dla mnie natomiast jogurtowo-mandarynkowe masło do ciała od Wellness&Beauty, które po pierwsze ma niesamowicie dziwną konsystencję przypominającą mi desery typu sernik na zimno, po drugie zapach, którego nie jestem w stanie znieść. Mój nos nie należy do szczególnie wrażliwych i mało który kosmetyk brzydko dla mnie pachnie, ale to połączenie chemicznej mandarynki i czegoś, co zapachem ma przypominać jogurt, wręcz mnie odrzuca. Nie miałam okazji przetestować nawet właściwości pielęgnacyjnych tego kosmetyku, bo jakoś nie mam ochoty katować mojego nosa tym smrodkiem. 



Skład: Aqua, Butyrospermum Parkii Butter, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Theobroma Cacao Seed Butter, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Pentaerythrityl Distearate, Dimethicone, Phenoxyethanol, Sodium Polyacrylate, Parfum, Simmondsia Chinesis Seed Oil, Limonene, Sodium Stearoyl Glutamate, Tocopheryl Acetate, Methylparaben, Citric Acid, Yogurt, Xanthan Gum, Ethylparaben, Alcohol, Linalool, Citronellol, Citral, Isobutylparaben, Butylparaben, Propylparaben, Citrus Madurensis Fruit Extract, Caramel, CI 15985, Geraniol.

Zastosowania nie widzę również dla nabłyszczającego kremu do nóg Fusswohl, który ani szczególnie nie nabłyszcza, ani szczególnie nie pachnie, ani za bardzo nie pielęgnuje. W kremie zatopione są drobiny srebrnego brokatu mające pełnić funkcje rozświetlające. Osobiście wydaje mi się to pomysłem dość chybionym, jako że zimą tak czy owak do karnawałowych kreacji nosi się rajstopy, a lato i srebro jakoś nie idą dla mnie w parze. Nawet nie wiem, jakie alternatywne zastosowanie mogłabym znaleźć dla tego kosmetyku. Może Wy macie jakieś pomysły?





Jeśli któraś z Was miałaby ochotę przygarnąć niechciane przeze mnie produktu (masło do ciała i krem do nóg), pomimo mojej nieprzychylnej recenzji, dajcie znać w komentarzu. Obdaruję pierwszą osobę, która wyrazi chęć i zgodzi się pokryć koszty przesyłki.



poniedziałek, 21 maja 2012

STOP cellulit!

Czy każda z nas na jakimś etapie naszego życia nie wypowiadała walki cellulitowi? Myślę, że większość zmaga/-ła się z pomarańczową skórką w taki czy inny sposób, a jeśli moje drogie Panie twierdzicie, że nie, to albo nie przyszła na Was jeszcze pora (;P), albo zaraz mi tu śpiewać pochwalne peany na cześć dobrych genów ;))). Ja niestety z cellulitem się zmagam. Nie występuje on u mnie w jakiejś ekstremalnej postaci, więc nie wyrywam sobie włosów z głowy i nie płaczę nad moją niedolą, ale mam świadomość, że jest i czasem wolałabym, żeby go jednak nie było.

Na wstępie warto zaznaczyć, że cellulit to poniekąd znak czasu. Jest wynikiem siedzącego trybu życia i nie do końca zdrowego sposobu odżywiania. Samymi kosmetykami nigdy nie uda się go w pełni pokonać, niezbędne jest również działanie od wewnątrz, a więc zmiana swoich przyzwyczajeń. Ze mnie leń jest straszny. Nie odżywiam się szczególnie zdrowo, bo nie lubię. Jedzenie jest jedną z niewielu przyjemności, które mamy w życiu i nie zamierzam jej sobie odbierać. Kosmetyków pielęgnacyjnych do ciała używam sporadycznie, bo męczy mnie codzienna rutyna, ale skoro Lirene obdarowało mnie zestawem do walki z cellulitem, postanowiłam choć trochę wziąć się za siebie.

W skład zestawu wchodzą trzy kosmetyki: Antycellulitowy peeling myjący (11,99 zł za 200 ml), Balsam antycellulitowy (14,99 zł za 250 ml) oraz Antycellulitowe serum ujędrniające (16,99 zł za 200 ml), a także myjka. Obietnica producenta? Redukcja cellulitu, ujędrnienie i wyszczuplenie dzięki substancjom przyspieszającym modelowanie sylwetki i spalanie tkanki tłuszczowej.

Wszystkie trzy produkty są bardzo przyjemne w stosowaniu. Peeling ma fajną konsystencję, duże drobinki, które faktycznie ścierają warstwy martwego naskórka, pozostawiając skórę gładszą.


Kliknij na zdjęcie, żeby powiększyć

Balsamy rewelacyjnie pachną cytrusami, mają lekką konsystencję (w sam raz na letnie miesiące), szybko się wchłaniają, a jednocześnie solidnie nawilżają.

Kliknij na zdjęcie, żeby powiększyć
Kliknij na zdjęcie, żeby powiększyć
Myjka to świetny wynalazek. Szorstką częścią możemy się umyć, wspomagając jednocześnie złuszczanie naskórka, stroną z wypustkami zafundujemy sobie masaż poprawiający krążenie i stymulujący spalanie tkanki tłuszczowej. Niestety myjka dość szybko się postrzępiła i porwała, nad czym niezmiernie ubolewam :(.


Wszystkie kosmetyki stosowałam głównie na uda i brzuch. Czy zauważyłam efekty? Skóra z pewnością się wygładziła i nieco ujędrniła, cellulit jednak jak był, tak jest. Jest to dowód na to, że samymi kremami niewiele zdziałamy. Ja nie stosowałam żadnej diety, nie ćwiczyłam i nie zmieniłam swojego trybu życia, a więc nie mogę oczekiwać cudów. Dla osób, które są jednak gotowe prowadzić prawdziwą batalię z pomarańczową skórką, może być to fajny wspomagacz w przystępnej cenie.

A Wy macie obsesję na punkcie zdrowego trybu życia, czy tak jak ja gnieciecie tyłki na kanapach? ;)))

PS. Produkt ten został przesłany mi nieodpłatnie do recenzji. Fakt ten nie miał żadnego wpływu na treść niniejszej recenzji.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Ring: mleczko vs. serum

Mam dla Was dzisiaj porównanie dwóch balsamów do ciała Lirene: intensywnie regenerującego mleczka do skóry suchej i szorstkiej (cena: 12,99 zł za 250 ml) oraz głęboko nawilżającego serum do ciała przeznaczonego do skóry suchej i normalnej (cena: 13,99 zł za 200 ml). 

W przypadku obu produktów producent obiecuje intensywną regenerację skóry i głębokie nawilżenie. Mleczko ma odżywiać skórę dzięki specjalistycznej formule lipidowej, zatrzymywać wodę w naskórku, zapewniając jędrność i elastyczność. Lekka konsystencja ma ułatwiać rozprowadzanie i szybkie wchłanianie.


Serum przeznaczone jest natomiast do skóry potrzebującej intensywnej kuracji nawadniającej, dzięki specjalistycznej formule biodermalnej ma utrzymywać optymalną zawartość wody we wszystkich warstwach naskórka. Producent obiecuje również nawilżenie do 48 h dzięki zawartości Moist 24 - składnika silnie nawilżającego. Zawarty w serum hialuronian sodu ma ograniczać proces parowania wody i przywracać równowagę prawidłowych, fizjologicznych funkcji skóry. Produkt ma również poprawiać gładkość i miękkość skóry.


W moim odczuciu oba balsamy mają podobne działanie, przyjemnie nawilżają, ale nie można tu mówić o jakimś niesamowicie trwałych efekcie. Smarowania po każdej kąpieli raczej nie unikniemy. Zdecydowanie przyjemniejszą formułę ma serum, które naprawdę fajnie się rozprowadza i szybko wchłania. Mleczko jest ciężkawe, o wiele trudniej rozsmarowuje się je na skórze i zdecydowanie dłużej trzeba czekać, aż produkt się wchłonie. 

Co rzuciło mi się w oczy, to pseudonaukowe opisy produktów, na które uwagę jakiś czas temu zwróciła cammie na swoim blogu (KLIK). Tu aż się roi od specjalistycznych terminów, które normalnemu Janowi Kowalskiemu, albo powinnam raczej napisać przeciętnej Annie Nowak ;), nic nie mówią, a jedynie budują wrażenie, że kupujemy naprawdę wyszukany kosmetyk, gdy tymczasem za całą otoczką kryją się całkiem proste składniki i formuły. No i po co nazywać kosmetyk balsamem, skoro mamy do wyboru głęboko regenerujące mleczka i nawilżające sera... ;)

Pomijając moją małą dygresję, najbardziej do gustu przypadło mi serum i z przyjemnością zużyłam całą tubkę do ostatniej kropelki. Aplikacja nie sprawiała mi najmniejszych trudności, na plus zapisuję również miękką tubkę, która pozwala bez trudu wykończyć opakowanie, tak że nie zmarnuje się ani odrobina, no i skóra po zastosowaniu była naprawdę porządnie nawilżona. Myślę, że jeszcze kiedyś po nie z chęcią sięgnę. A Wy? :)))

Produkt został przesłany mi nieodpłatnie do testów. Fakt ten nie miał najmniejszego wpływu na treść niniejszej recenzji.



piątek, 23 września 2011

Pakuję się!

Cicho tutaj ostatnio, ale ma to swój powód. Ostatnie tygodnie żyłam wyłącznie myślą o urlopie i oto wreszcie naszedł!!! Dzisiaj pakuję walizki, a jutro wyjeżdżam na moje pierwsze od x lat wakacje z prawdziwego zdarzenia :))). Mam zamiar wylegiwać się na leżaku i bimbać, ile wlezie ;))). Zanim jednak opuszczę Was na tydzień i oddam się błogiemu lenistwu, chciałam Wam pokazać kilka kosmetyków, które będą mi towarzyszyć podczas wyjazdu. Kosmetyczkę staram się ograniczyć do minimum, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała na urlop kilku produktów kolorowych ;).


Do twarzy zabieram wysoki filtr. Zdecydowałam się na barwiony Anthelios SPF 50 z La Roche-Posay. Myślę, że taki pseudo-podkład to fajny pomysł, daje delikatne krycie, wyrównuje koloryt i jednocześnie chroni przed słońcem. W razie gdyby potrzebne było mi silniejsze krycie, zabieram również krem BB Lioele Triple Solution, który nie jest zbyt ciężki, a jednocześnie bardzo dobrze kryje, ma również SPF 30, co na słoneczne dni czyni go niemal idealnym. Do utrwalenia filtra i podkładu zabieram puder Vichy Dermablend. Jest to chwilowo mój ulubiony puder fiksujący, właśnie rozpoczynam drugie opakowanie. Jest lekki, bezbarwny i całkiem nieźle matuje.


Makijaż oka planuję raczej skromny. Na wakacjach podstawę stanowią dla mnie kosmetyki wodoodporne, które nie spływają z twarzy przy wizycie w morzu czy basenie. Zabieram ze sobą więc zestaw minimalistki: wodoodporną maskarę Max Factor False Lash Effect, o której pisałam tutaj, wodoodporny cień w kremie, czyli Paint Pot z MAC w odcieniu Rubenesque oraz kilka konturówek do oczu: brązową Coffee, ciemnozieloną Tealo, oliwkowozieloną Forever Green (wszystkie z MAC) oraz turkusową kredkę nr 43 z Inglota. Spośród wszystkich jedynie Tealo i Forever Green są wodoodporne (rodzaj kredki to Power Point).

Do policzków zabieram dwa róże. Pierwszy z nich to Sheertone Blush w odcieniu Tenderling, drugi zaś to Sheertone Shimmer Blush w kolorze Peachykeen (obydwa z MAC). Tenderling to bardzo delikatny, matowy odcień brzoskwini. Na policzkach jest niemalże niewidoczny, ale sprawia, że twarz wygląda na zdrową i wypoczętą. Peachykeen to piękny odcień różu ze złotymi drobinkami, które cudownie mienią się w słońcu i czynią twarz trójwymiarową. Kolor ten będzie się świetnie prezentował na opalonej skórze :))).

Nie obędzie się również bez balsamu do ust. Mój wybór padł na EOS, o którym pisałam tutaj. Kosmetyk ma bardzo wakacyjny zapach, jest bezbarwny i dobrze nawilża, ze względu na kształt trudno go również zgubić ;). Na paznokciach będzie zaś gościć róż i miętą. Zabieram ze sobą tylko dwa odcienie: pierwszy to Party in My Cabana z OPI, który prezentowałam tutaj, drugi zaś to Peppermint z Rimmel, któremu bliżej możecie się przyjrzeć tutaj. Są to typowo plażowe kolory, które po prostu uwielbiam.

Oczywiście planuję wziąć ze sobą również kosmetyki pielęgnacyjne, balsam z SPF do całego ciała (prawdopodobnie mój wybór padnie tutaj na Ziaję), tradycyjny balsam nawilżający do stosowania po kąpieli i w razie poparzeń skóry (Cetaphil), oprócz tego oczywiście standardowe kosmetyki do demakijażu (dwufazowa Ziaja, żel do mycia twarzy Floslek, płyn micelarny Bourjois), oraz pewnie jakiś krem do twarzy (najprawdopodobniej również Floslek). 

Niby zestaw minimalistki, a jednak się trochę tego uzbierało. No cóż, mam nadzieję, że zmieszczę się w dopuszczalnym limicie bagażu ;))). Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i do usłyszenia za tydzień!

źródło: wiadomości24.pl

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...