Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Catrice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Catrice. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 grudnia 2013

Nowości w kosmetyczce

W tym miesiącu moją kosmetyczkę zasiliło całkiem sporo nowości, głównie z tego względu, że zeszły weekend spędziłam w Berlinie, a wiecie, co to oznacza... Lush, Kiko, dm na wyciągnięcie ręki, więc żal byłoby nie skorzystać.

Lush mamił przede wszystkim świąteczną kolekcją. O ile bajecznie kolorowe i przepięknie pachnące mydła, kule do kąpieli omiotłam zaledwie obojętnym wzrokiem, o tyle kosmetykom pielęgnacyjnym nie mogłam się oprzeć i zafundowałam sobie cudownie pachnący karmelowym popcornem peeling do twarzy Let The Good Time Rolls (cena: 9,95 EUR) oraz pod wpływem recenzji dezemki limitowaną maseczkę do twarzy Rudolf (cena: 10,45 EUR).





Kiko zawsze mnie nęci, ale kiedy mam już możliwość zrobienia zakupów w tym sklepie, kompletnie nie mogę się tam odnaleźć. Wszędzie dużo, duuużo błysku i brokatu. Ostatecznie chwyciłam tylko czarny lakier z serii Quick Dry (cena: 1,90 EUR), jako że kolor ten chodził już za mną od dłuższego czasu. Noszę go aktualnie od kilku dni na paznokciach i jestem bardzo zadowolona.


Wypad do Niemiec nie mógłby się odbyć bez zahaczenia o dm. Z racji tego, że żeli pod prysznic i tym podobnych mam niezły zapas, ograniczyłam się do jednego - Balea kokos i nektaryna (cena: 0,65 EUR). Zapach jest obłędny! Mężczyzna dorzucił jeszcze borówkę i pistację z winogronem, bo też rewelacyjnie pachną. A podobno facetom jest wszystko jedno ;).




O dziwo, stojak z edycją limitowaną Catrice Celtica był pełny. Bez większego zastanowienia sięgnęłam po rozświetlacz Far and Beyond (cena: 5,45 EUR). Urzekło mnie solidne opakowanie, wygląd i sama formułą pudru. Drobinki są delikatne i subtelne, a efekt rozświetlenia bardzo przyjemny. Rozświetlacz wygląda jak hybryda terracotty i prasowanych meteorytów od Guerlain



Produktów do ust nigdy za wiele! Po niemalże roku regularnego stosowania wykańczam balsam ochronny alverde o zapachu wanilii i mandarynki. Sztyft ten znowu jest dostępny w sprzedaży, lecz ja nie lubię się powtarzać i wolę sięgać po nowinki. O serii z mocznikiem słyszałam wiele dobrego, w związku z tym wybór padł na balsam Balea Urea (cena: 0,95 EUR).


Kto śledzi mnie na Instagramie lub twitterze ten wie, że wczoraj miałam okazję poznać osobiście jedną z moich ulubionych YouTuberek nissiax83. Poza plotami przy kawie i herbacie odbyła się również wymiana zakupów. Aga zakupiła dla mnie klasyka w światku kosmetycznym, czyli duo Nars Orgasm i Laguna (cena: 41 USD). Całość - opakowanie i zawartość - prezentuje się przepięknie.



Zainteresowało Was coś szczególnie? Chciałybyście o którymś z produktów przeczytać w pierwszej kolejności? Mi nie pozostaje nic innego, jak zabrać się do intensywnego używania :).




niedziela, 14 kwietnia 2013

Ruffian

Długo się zastanawiałam, z czym by tu ugryźć Goldeneye od OPI. Takie "bling, bling" w czystej postaci to zdecydowanie zbyt dużo jak na moje gusta. W końcu postanowiłam spróbować z ruffianem i... przepadłam!


Kombinacja dwóch kolorów - OPI Goldeneye właśnie i Catrice Clayton My Hero - to ostatnio moja ulubiona wariacja na temat paznokci. Złoto stanowi idealne tło dla brudnoszarego brązu z mikroskopijnym złotawym pyłkiem.


Wykonanie takiego mani bez wątpienia wymaga odrobinę cierpliwości, ale w gruncie rzeczy jest łatwiejsze, niż może się wydawać. Ja nałożyłam dwie warstwy OPI, następnie odręcznie jedną warstwę Catrice i wszystko razem przykryłam Seche Vite. Pewnie nie jest to ruffian idealny, ale mimo to zbiera wiele komplementów od otoczenia. Taki manicure ma też jedną ważną zaletę - bardzo długo trzyma się na paznokciach, co dla mnie i ostatnio mojego wewnętrznego lenia jest rozwiązaniem idealnym :).

A Wy lubicie ruffiany? 



niedziela, 22 lipca 2012

Na pokuszenie ;)

Znowu się tu zakurzyło... Ciężki tydzień za mną i ciężki tydzień przede mną. Aktualnie jestem na etapie poszukiwania nowej pracy i ostatnio moje główne zajęcie to bieganie na rozmowy kwalifikacyjne. Przykładowo w przyszłym tygodniu mam trzy. Szkoda, że za to nie płacą ekstra ;). Muszę powiedzieć, że poszukiwanie pracy jest strasznie męczące, zwłaszcza jak człowiek poza tym musi normalnie pracować. Mam jednak nadzieję, że tym razem już coś się wykluje. W każdym razie trzymajcie za mnie kciuki we wtorek, środę i piątek :))).

A teraz do rzeczy. Na ostatnich kosmetycznych zakupach, które nota bene były już jakiś czas temu, bo drogerie chwilowo staram się omijać szerokim łukiem, capnęłam róż Multi Colour Blush Catrice w odcieniu 010 Riviera Rose (cena: chyba ok. 18 zł).


Róż, jak widać na załączonym obrazku, składa się z pasków w czterech różnych odcieniach, od ciemniejszej terakoty, poprzez delikatną brzoskwinię, po chłodny róż. Produkt pozbawiony jest drobinek, ale nie jest matowy. Wykończenie określiłabym jako satyna.


Bardzo polubiłam się z tym produktem. Niesamowicie podoba mi się kolor, który policzkom nadaje lekki rumieniec i powiew świeżości. Pigmentacja jest optymalna, róż nie jest na tyle intensywny, żeby zrobić sobie nim krzywdę i jednocześnie wystarczająco nasycony, żeby dawać ładny efekt na buzi. Przy odrobinie wprawy każdy odcień możemy używać z osobna,dzięki czemu możemy uzyskać zarówno delikatny bronzer jak i rozświetlacz.

Moje ulubione połączenie to mieszanka wszystkich odcieni w formie różu i najjaśniejszy kolor na szczycie kości policzkowych w formie rozświetlacza. Takie połączenie pasuje dosłownie do każdego makijażu. Niestety dysponuję tylko "naręcznymi" zdjęciami, ale one całkiem wiernie oddają kolor.

Multi Colour Blush to naprawdę niezły produkt. Jest całkiem trwały, na policzkach wytrzymuje 6-7 h, później stopniowo blaknie. Jedyne, co mam mu do zarzucenia, to delikatne kruszenie się podczas nabierania pędzlem, co zresztą widać na górnych "słoczach". Z drugiej jednak strony mało który róż, nawet wysokopółkowy, tego nie robi.

Catrice planuje jesienią zmianę i uzupełnienie asortymentu, więc do kolekcji mają dojść dwa nowe odcienie, aczkolwiek nie mam bladego pojęcia, kiedy update przyjdzie do nas. W Polsce opóźnienie w kwestii nowinek jest niestety dość spore :/. Póki co zdjęcia nowości możecie zobaczyć tutaj. Blog co prawda niemiecki, ale zdjęcia mówią same za siebie ;).

I jak Wam się podoba? Czujecie się pokuszone? :)))


niedziela, 8 lipca 2012

Pudroposzukiwania

Wiele razy wspominałam już, że wciąż szukam dobrego pudru w przystępnej cenie. Moje oczekiwania: jasny, niemalże niewidoczny na twarzy kolor, który jednak potrafi to i owo ukryć, aksamitna tekstura (puder nie może pylić podczas aplikacji, musi stapiać się z twarzą), mat na przynajmniej 4-5 h, maksymalna cena ok. 30 zł.

Wymagania niemałe, dwóm poprzednim pudrom, o których pisałam tutaj i tutaj, średnio udało się je spełnić. Przy okazji kolejnych zakupów oczywiście postanowiłam sięgnąć po coś nowego. Bardzo lubię kolorówkę Catrice, więc pomyślałam, dlaczego by nie dać szansy innym produktom z ich asortymentu. Padło na SKIN FINISH Compact Powder w odcieniu 020 natural beige (cena: 17,99 zł za 10 g). Nie bez znaczenia było oczywiście przyciągające wzrok opakowanie, które nota bene okazało się bardzo funkcjonalne ;P.


Produkt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, w zasadzie spełnia wszystkie wymienione wyżej oczekiwania, może jedynie mógłby matowić na dłużej (bibułki w moim przypadku muszą pójść w ruch po ok. 3 h noszenia, ale zapewne nie bez znaczenia są tu aktualne warunki pogodowe, a więc duża wilgotność powietrza, skwar i duchota). Skin Finish jest o tyle fajny, że można go z powodzeniem nosić solo. Nie odznacza się na twarzy, natomiast ładnie wyrównuje koloryt.


Myślę, że jestem na tyle ukontentowana, że zawieszę na jakiś czas "pudroposzukiwania" i po wykończeniu opakowania po prostu kupię następne. Kobieta jednak zmienną jest, w związku z czym nie wiadomo, czy za jakiś czas mi się nie odwidzi. Na pewno Wy dowiecie się o tym pierwsze ;))). 

 


sobota, 23 czerwca 2012

Milion powodów :)))

W piątek zrobiłam mały najazd na Naturę. Staram się ograniczać wydatki na kosmetyki, głównie ze względu na to, że moim chwilowym priorytetem jest chęć wyposażenia mieszkania. Od czasu do czasu nachodzi mnie jednak kosmetyczny głód i nie ma zmiłuj, kilka drobiazgów musi wjechać do koszyka i tym samym do kosmetyczki ;))).


Powodów do zakupu poszczególnych produktów miałam oczywiście sporo :)

Skin Finish Compact Powder z Catrice... bo skończył mi się puder z Bourjois i wciąż poszukuję niedrogiego ideału, a pudełeczko wyglądało tak zachęcająco :))).

Multi Colour Blush z Catrice... bo moje róże są już na wyczerpaniu (aha, akurat ;P) i potrzeba mi było czegoś w uniwersalnym kolorze, a czterokolorowe paski dają naprawdę piękny efekt zarówno razem jak i osobno :))).

Maskara Rimmel Glam Eyes... bo moja maskara jest również na wyczerpaniu, a tę poleciła mi koleżanka, poza tym miała być w promocyjnej cenie, co jednak okazało się bujdą przy kasie, mi natomiast nie chciało się już zastanawiać nad inną i takim to sposobem stałam się ofiarą zmyślnych marketingowców ;))).

Lakier do frencha z Bell... bo dawno nie malowałam paznokci na neutralne kolory, a sam lakier kosztował raptem 6,99 zł i dodatkowo polecała go u siebie na blogu kosodrzewina. Nie mogłam nie ulec pokusie :))).

Lakiery essence w odcieniach Make It Golden i Blue Addicted... bo to już klasyki i wstydem jest nie mieć ich w swojej kolekcji, zwłaszcza że są tanie jak barszcz (5,49 zł za sztukę) :))).

Takim to sposobem każdy mój zakup został usprawiedliwiony, a moje sumienie uspokojone ;))). Czy o którymś produkcie chciałybyście przeczytać w pierwszej kolejności?


czwartek, 15 marca 2012

Jak śliwka w kompot ;)

Jak dobrych kilka miesięcy nie kupowałam żadnych lakierów do paznokci, tak od kiedy w poznańskiej Naturze zamontowano szafę Catrice ciągle jakaś buteleczka zapodziewa mi się w koszyku. Ostatnimi czasy gama kolorystyczna została odświeżona i tym to sposobem w ofercie znajduje się wiele odcieni, których w swojej kolekcji jeszcze nie posiadam (albo przynajmniej tak mi się wydaje ;)). Zima już w zasadzie dogorywa, a więc niedługo ciemne kolory powędrują do szuflady. Zanim to jednak nastąpi, pokażę Wam odcień pięknej śliwki 120 Plum Play With Me.

Lakier ma głęboki fioletowy odcień, którego największą zaletą jest to, że... jest fioletowy:D Mówcie, co chcecie, ale to naprawdę wielki plus. Większość tego typu ciemnych kolorów na paznokciach wygląda po prostu czarno, tutaj tymczasem fiolet jest wyraźnie rozpoznawalny. 
Kolor ubóstwiam, tego samego nie mogę jednak powiedzieć o jakości. Lakier ma kremowe wykończenie, nawet bez top coat`u schnie w try miga, ma całkiem niezły połysk. Niestety, starte końcówki i pierwsze odpryski pojawiają się już następnego dnia (co zresztą widać na załączonym wyżej obrazku) i nawet nie trzeba się o nie jakoś szczególnie starać. Mimo wszystko jestem w stanie to przełknąć. Przy cenie 9,99 zł za buteleczkę i takim wyborze kolorów lakier mogę zmieniać nawet codziennie. Wpadłam w Catrice jak przysłowiowa śliwka w kompot ;))). A Wy?

piątek, 17 lutego 2012

After Eight

Zachciało mi się zieleni na paznokciach i to był zdecydowanie chwilowy kaprys, bo wielką fanką tego odcienia chyba jednak nie zostanę. Do zakupu skusiła mnie przede wszystkim nazwa "After Eight", która przywodzi mi na myśl miętowe czekoladki o tej samej nazwie, odcień również nawiązuje do koloru opakowania. Kojarzycie?
Catrice "After Eight" to ciemny, szmaragdowy frost, który ma lejącą konsystencję, kiepsko się nakłada, słabo kryje i długo schnie. Mimo iż do lakierów Catrice pałam miłością prawdziwą, kocham je za odcienie, niezłą jakość i przystępną cenę (ok. 10 zł za 10 ml), to tego konkretnego egzemplarza raczej nie polecam, choć zakładam, że może on mieć swoje fanki, bo odcień w sumie coś w sobie ma ;))).

***********************************************************************************************************************
Na koniec z okazji Światowego Dnia Kota moc mruczków od Luny: mrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrau! :))))))
Rośnie diablica jak na drożdżach ;)))


poniedziałek, 6 lutego 2012

Migoty na tak!

Wielką fanką brokatu na paznokciach nie jestem, ale migoty od czasu do czasu mimo wszystko lubię :). Grunt, żeby nie były zbyt nachalne. Subtelność przede wszystkim! Pożądany efekt uzyskałam, łącząc lakier Catrice w odcieniu Sing: Hey, Dirty Lilah i My Secret nr 104.

Sing: Hey, Dirty Lilah na paznokciu w wersji solo nieco mnie rozczarował. W buteleczce prezentuje się jako silnie rozbielony wrzos z nutą szarości, po pomalowaniu odcień nabrał nieco intensywności i efekt rozbiegł się z moimi oczekiwaniami. Kolor wydaje mi się dość pospolity, ale produktowi jako takiemu nie mam nic do zarzucenia. Do krycia potrzebne są standardowe dwie warstwy, nawet bez topa lakier schnie w tempie ekspresowym. Za 10 zł naprawdę nie można chcieć więcej,


Rewelacyjne są natomiast rzeczone "migoty" z My Secret (cena ok. 6 zł). Lakier w odcieniu 104 ma zatopione w sobie drobinki o nieregularnych rozmiarach, swego rodzaju kawałki folii, które mienią się na różne kolory w zależności od zastosowanego podkładu (wybaczcie, ale nie znam fachowego terminu na określenie tego typu "dodatków"). Uwielbiam ten efekt! Jest to świetny sposób na "odpimpowanie" zwykłego lakieru ;))).


A Wam jak się podoba? Migoty na tak, czy na nie? :)))

niedziela, 29 stycznia 2012

Łupy

Ze względu na różne inne wydatki nie po drodze były mi ostatnio zakupy kosmetyczne. Po drodze mi jednak do Natury, co niestety okazało się odrobinę zgubne, tym bardziej że wstawili w Poznaniu wreszcie szafę Catrice. Udanie się do drogerii po rzeczy najpotrzebniejsze było jednocześnie dobrą okazją ku temu, żeby w koszyku zaplątało się kilka rzeczy nadprogramowych ;))).

Z produktów potrzebnych na zdjęciu znajduje się korektor - osławiony już Dermacol - oraz puder Pocket 2Skin Mat - pierwszy produkt Bell w mojej karierze. Z produktów nadprogramowych do koszyka powędrował wszechobecny ostatnio na różnego rodzaju blogach podkład w żelu Rimmel Match Perfection (w Naturze ostał się zaledwie jeden słoiczek w odcieniu Ivory, więc nie mogłam przegapić takiej okazji, tym bardziej że blogerki wyśpiewują na jego temat pochwalne peany ;)). Dawno też nie kupowałam żadnych lakierów, więc wypadało nadrobić "braki". Skusiłam się na trzy lakiery Catrice (od lewej: 600 After Eight, 120 Plum Play With Me, 630 Sing: Hey, Dirty-Lilah!) oraz jeden, ostatnio również bardzo popularny na blogach odcień My Secret (nr 104).

Trochę się tego uzbierało ;). Macie ochotę o którymś z produktów poczytać w pierwszej kolejności?

niedziela, 19 czerwca 2011

Mięta czy groszek?

Moda na miętowe lakiery nadal trwa. Mój pochodzi jeszcze z zeszłego sezonu, jest to Catrice w odcieniu 240 Sold Out For Ever i do dzisiaj zachodzę w głowę, czy ten lakier jest miętowy, czy może raczej groszkowy... Co sądzicie?
Moim zdaniem to chyba bardziej rozbielony groszek, mięta ma w sobie zazwyczaj więcej niebieskiego, ale mimo to odcień bardzo lubię, zwłaszcza w okresie wiosenno-letnim. Fajnie prezentuje się z granatowymi fatałaszkami, lubię go również w połączeniu z różem lub fioletem. Wbrew pozorom w miesiącach letnich kolor ten jest całkiem uniwersalny :))). Nie dajcie się zwieźć zielonemu shimmerowi w buteleczce - na paznokciu jest on zupełnie niewidoczny - mnie to jednak niezmiernie cieszy, bo uwielbiam czyste kremy :))).

Konsystencja lakieru jest dość gęsta, ale mimo wszystko łatwo rozprowadzić go na płytce, do pełnego krycia potrzebne są dwie warstwy, pędzelek jest dość szeroki, w miarę poręczny, jedynie pokaźnych rozmiarów korek może utrudniać malowanie. Za cenę 10 zł dostajemy 10 ml produktu, ładnie prezentującą się na półce buteleczkę i cieszący oko, modny kolor - czegóż chcieć więcej? 

Bardzo żałuję, że w Poznaniu marka Catrice jest niedostępna, żywię jednak nadzieję, że ktoś wreszcie pójdzie po rozum do głowy i zmieni istniejący stan rzeczy. Myślę, że nie tylko ja byłabym ukontentowana ;))). A Wy jakie kolory będziecie nosić latem?

wtorek, 10 maja 2011

ick-factor!

Czasami bywa tak, że kosmetyk kolorowy, który urzeka nas w opakowaniu, zupełnie nie sprawdza się w praktyce i nie chodzi tu wcale o to, że jest kiepskiej jakości, ale bardziej o fakt, że zupełnie do nas nie pasuje. Tak było u mnie w przypadku lakierów essence z limitowanej edycji I love Berlin! Kto czyta mojego bloga już trochę, wie, że uwielbiam to miasto. Obok limitki nie mogłam więc przejść obojętnie, mimo iż kolory nie do końca były "moje". Jedyne, co mi się tak naprawdę spodobało, to lakiery do paznokci. "Takie ładne odcienie będą w sam raz na wiosnę/lato" - myślałam sobie. Wiosna nadeszła, pomalowałam paznokcie i... efekt wydał mi się bardzo "ick", czyli po prostu "ble" i "fuj".

Po lewej: Green Grass, po prawej: Buddy Bear
Zupełnie nie leżą mi te odcienie, ani jeden, ani drugi nie komponuje się z moją skórą, nie mam nawet ubrań, do których mogłabym je nosić. Po raz pierwszy od dawna miałam wrażenie, że źle bym się czuła wychodząc na ulicę z paznokciami w takich kolorach. Turkusowa zieleń i przykurzony niebieski to odcienie zdecydowanie nie dla mnie.
Abstrahując od moich osobistych uprzedzeń do tych kolorów, lakiery są bardzo dobrej jakości. Mają idealną konsystencję, odpowiedniej wielkości pędzelek, świetnie kryją już przy jednej warstwie. Za cenę ok. 6,5 zł to produkt marzenie.

Jako że nie lubię, gdy na półkach zalega mi coś, czego nie używam i używać nie będę, postanowiłam puścić tych dwóch osobników (i jeszcze jedną ich koleżankę, która też mi jakoś nie leży) w szeroki świat. Chętnie oddam te lakiery jednej z Was. Jedyny warunek, jaki musicie spełnić, to być publicznym obserwatorem tego bloga i zostawić komentarz pod tym postem, w którym wyrazicie chęć wzięcia udziału w rozdaniu. W niedzielę 15 maja wylosuję jedną osobą, do której powędruję lakiery z poniższego zdjęcia (każdy z tych lakierów użyty był max. 2 razy):

Catrice Mona Lisa Is Staring Back, essence Green Grass, essence Buddy Bear

czwartek, 7 kwietnia 2011

Z bazą czy bez?

Dziś rzecz będzie o bazie pod lakier do paznokci. Jakiś czas temu pisałam o base coat z Essie (KLIK), która w moim przypadku nieszczególnie się sprawdziła. Po dość pochlebnych recenzjach na różnych blogach skusiłam się na bazę z Catricę zawierającą jedwab i mającą na celu wygładzenie płytki paznokcia (cena ok. 10 zł).
Początkowo byłam tym produktem naprawdę zachwycona. Baza po nałożeniu jest w zasadzie bezbarwna, wprawne oko dojrzy jednak niemalże niewidoczne różowe drobinki. Faktycznie płytka po jej zastosowaniu zdaje się być wygładzona, bardziej idealna. Baza świetnie podbija kolor lakieru, co sprawdza się zwłaszcza przy smużystych i słabo kryjących pastelach. Reasumując, kosmetyk naprawdę niezły za niewielką cenę.
Jakiś czas temu zauważyłam jednak, że baza ta wcale nie przedłuża trwałości lakieru, wręcz przeciwnie. Coraz częściej zdarzało mi się, że lakiery, co do których trwałości nie miałam wcześniej żadnych zastrzeżeń, mają skłonność do pokaźnych odprysków zaledwie po 1-2 dniach noszenia. Postanowiłam przeprowadzić mały eksperyment i po kilku miesiącach zaprzestałam stosowania bazy. Ku mojemu zdziwieniu lakiery przestały odchodzić z moich paznokci płatami, jak to miało miejsce wcześniej. Bez base coat`a trzymają się płytki 4-5 dni i dopiero po tym czasie pojawiają się pierwsze odpryski, głównie na kciuku od ciągłego stukania w klawiaturę.

W dalszym ciągu uważam, że baza Catrice to całkiem niezły produkt i z pewnością stosować ją jeszcze będę, ale od tej pory głównie z lakierami o kiepskiej pigmentacji i ze skłonnością do smug. 

A Wy miałyście do czynienia z tym produktem?

P. S. Powiem Wam jeszcze w sekrecie, że od niepamiętnych czasów pomalowałam paznokcie drugi raz z rzędu tym samym kolorem OPI Red My Fortune Cookie (KLIK)... Aż sama nie mogę w to uwierzyć! :D

wtorek, 15 marca 2011

Kosmetyczny desant ;)))))

Podczas ostatniej wizyty we Wrocławiu nie zrobiłam, co prawda, wielkiego najazdu na MAC, ale dokonałam szturmu na szafę Catrice w pobliskiej Naturze. Pech chciał, że w Poznaniu asortymentu Catrice nie uraczysz i ogólnie dochodzę do wniosku, że w porównaniu z innymi polskimi miastami stolica Wielkopolski jest kosmetyczną pustynią... Ale do rzeczy...

Przeglądając nową ofertę niemieckiej marki, zdecydowałam się na trzy produkty: lakier do paznokci Ultimare Nude w odcieniu 060 Mona Lisa Is Staring Back, pomadkę w kolorze 010 Be Natural oraz żelowy eyeliner w kolorze 020 It`s Mamo No. 2.
Zacznę od największego rozczarowania. Bardzo lubię lakiery Catrice, cenię je sobie za niebanalną kolorystykę i trwałość. Nude Ultimate skusił mnie mlecznoróżową bazową i zatopionym w niej złotym shimmerem (cena ok. 10 zł). Aplikacja pozostawia jednak wiele do życzenia. Lakier jest gęsty, pierwsza warstwa niesamowicie smuży, a przy dwóch mamy taką dawkę produktu na paznokciu, że wygląda to nienaturalnie. Ponadto, lakier zaledwie po jednym dniu noszenia wykazuje skłonność do pokaźnych odprysków. Raczej się nie polubimy...
Pomadkę z serii Ultimate Color kupiłam totalnie w ciemno (cena ok. 10 zł). Skusiłam się, bo kolor przypomina mi nieco nową Lady Gagę z macowej Viva Glam LE (Be Natural jest może o ton cieplejszy i bardziej kryjący). Szminka jest silnie napigmentowana i bardzo kremowa, co się chwali, ale komfort noszenia mógłby być nieco lepszy. Tę pomadkę po prostu czuję się na ustach, co mnie osobiście drażni. Bardzo podoba mi się natomiast logo Catrice odciśnięte na samym sztyfcie. Już tak mam, że przywiązuję wagę do detali, które nijak się mają do samego produktu ;).
Największą radość sprawił mi żelowy eyeliner (cena ok. 15 zł). Nie przepadam u siebie za kreskami na górnej powiece, ale dzięki temu produktowi chyba się z nimi przeproszę. Eyeliner ma odcień delikatnie połyskującego, zimnego brązu. Jest niezwykle kremowy, dzięki czemu kreskę maluje się nim jak marzenie, choć trzeba uważać, żeby nie nabrać zbyt wiele kosmetyku na pędzelek. Kreska trzyma się cały dzień, nie rozmazuje się, nie odbija na górnej powiece. Liner z Catrice chwilowo zdyskwalifikował mój fluidline z MAC, a to jest, moim zdaniem, naprawdę nie lada osiągnięcie!

A oto, jak liner i szminka prezentują się na twarzy w towarzystwie innych kosmetyków ;)
A Wy miałyście już okazję przetestować nowy asortyment Catrice? Jestem ciekawa Waszych wrażeń :))).

sobota, 2 października 2010

Czerwono mi!

Nie wiem, co mi jest. Dawno nie nosiłam czerwieni na paznokciach, nawet nie lubię czerwonego koloru, a mimo to moja kolekcja lakierów powiększyła się ostatnio o dwa takie odcienie. Chyba wracam do korzeni ;). Chciałyście zobaczyć moje pozostałe zdobycze z ostatniego polowania, jakie urządziłam na Catrice - oto i one: Let`s talk about Barrie oraz Caught Me On The Red Carpet.
Let`s Talk About Barrie
Let`s Talk About Barrie miał być "borówą", jednak moim zdaniem trochę mu do borówki brakuje. Jest to czerwień z nutką maliny. Mimo że w buteleczce lakier wygląda dość borówkowo, to na moich dłoniach odcień ten zdecydowanie bardziej wpada w czerwień. Przyznam, że czuję się lekko zawiedziona, bo dla "krwistych" paznokci kupiłam specjalnie Caught Me On The Red Carpet, który w buteleczce wyglądał na bardzo głęboką, niemalże vampową czerwień.
Caught On The Red Carpet
Niestety, różnica pomiędzy obydwoma odcieniami na paznokciu jest minimalna, widoczna w ostrym świetle dziennym, w słońcu, w świetle sztucznym natomiast właściwie niedostrzegalna (na zdjęciach widać różnicę, ale wierzcie mi, że dla gołego oka jest ona naprawdę minimalna). Ponadto, "czerwony dywan" w opakowaniu wygląda na nieco ciemniejszy niż jest w rzeczywistości, na paznokciu to klasyczna, zgaszona czerwień, w sumie bardzo elegancka, nie bijąca po oczach. "Ploteczki o Barrie`m" natomiast w buteleczce są nieco jaśniejsze i po aplikacji tracą w moim odczuciu swoje malinowe tony. Oba lakiery sprawiają, że skóra moich dłoni wydaje się bielsza, bardziej alabastrowa, nie jestem przekonana, czy lubię ten efekt. Mam również wrażenie, że są one nieco rzadsze niż moje pozostałe lakiery z Catrice, choć być może wynika to po prostu z ich świeżości.

Oba odcienie to całkiem fajna propozycja na jesień. Gdybym jednak miała wybierać spośród tych dwóch, zdecydowałabym się chyba na "borówę", bo jednak jest to ciut bardziej interesujący kolor niż klasyczny, trochę nudnawy czerwony. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? :)

niedziela, 26 września 2010

Nareszcie!

Kilka dni temu przechadzałam się po berlińskich sklepach, konkretnie po galerii Kaufhof na Alexanderplatz. W zasadzie nie miałam zamiaru robić żadnych zakupów kosmetycznych, ale zmierzając do wyjścia, coś mnie podkusiło, żeby odbić na parterze w lewo i zajrzeć na stoisko Catrice. Prawie podskoczyłam, kiedy zobaczyłam, że półka z lakierami NARESZCIE została uzupełniona :))). Oczywiście nie mogłam sobie odmówić zakupu kilku "cukiereczków" i dzisiaj przedstawiam pierwszy z nich w odcieniu Clay-ton, My Hero.

Początkowo po pomalowaniu paznokci kolor ten w ogóle do mnie nie przemówił. Ot, taka właśnie glina (ang. clay) z delikatnym złotym shimmerem, o którym byłam przekonana, że nie będzie widoczny po zaaplikowaniu produktu na płytkę. Malowałam wieczorem bez przekonania, rano zaś doznałam olśnienia, bo kolor w dziennym świetle naprawdę nabrał uroku! Jest to szarawo-brązowy odcień ze złotą poświatą, która jest efektem zatopionych w lakierze mikroskopijnych drobinek, widocznych jednakże jedynie przy ostrym dziennym świetle. Kolor fantastycznie współgra w odcieniem mojej skóry, dłonie wydają się być bardziej opalone i nabierają momentami oliwkowego odcienia. Bardzo podoba mi się ten efekt :).


Aplikacja standardowa dla lakierów Catrice: pędzelek szeroki, dość nieporęczny, lakier gęsty, ale za to kryjący. Dla uzyskania głębi koloru zawsze nakładam dwie warstwy, tym razem na pazokciach mam również testowaną przeze mnie aktualnie bazę proteinową z Essie oraz top coat z tej samej firmy good to go! 

Sądzę, że mój początkowy sceptycyzm przerodzi się chyba w "błotnisty" jesienny romans ;). A Wam jak się podoba?

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...