Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 listopada 2013

Color Crush od TBS

Nowości od The Body Shop ciąg dalszy. Tym razem jednak wykraczam poza schemat, bo mowa będzie nie o kosmetykach pielęgnacyjnych, a o kolorówce. Przyznam, że kosmetyki kolorowe od TBS do tej pory interesowały mnie średnio, bo w kwestii makijażu zazwyczaj ufam markom, które specjalizują się w tej jednej konkretnej dziedzinie. Aczkolwiek gdybym napisała, że spotkało mnie rozczarowanie, byłoby to kłamstwem.

Początki z pomadką Color Crush w odcieniu 315 przebiegały pod znakiem wspomnianej wyżej nieufności. Kolor w opakowaniu prezentował się dość neutralnie, ale nałożony obficie na usta dawał połyskujący efekt, co kojarzyło mi się trochę ze szminkami, które mają w zwyczaju nosić starsze panie. Efekt pielęgnacyjny na tyle mi jednak odpowiadał, że postanowiłam tę pomadkę oswoić.


Używany delikatnie, sztyft przyjemnie sunie po ustach, pozostawiając na nich odrobinę koloru. Po nałożeniu pomadka jest dość "plastyczna", czyli nie zasycha, ale daje efekt pielęgnacyjnego balsamu do ust. Mamy więc kolor, który swobodnie można nakładać bez spoglądania w lusterko oraz porównywalne do pomadek ochronnych nawilżenie. Ogólnie jest więc fajnie, ale raczej nie na tyle, żebym nabrała ochoty na plądrowanie TBS-owych szaf z kolorówką.


Jeśli interesuje Was efekt "naustny", zpraszam do posta o okularach Firmoo. Na wszystkich zamieszczonych tam zdjęciach, mam na sobie właśnie tę pomadkę.

Lubicie pomadki, które jednocześnie pielęgnują i koloryzują?

INCI: Triisostearin (Skin Conditioning Agent), Hydrogenated Polydecene (Skin Conditioning Agent), Isocetyl Stearate, Mica (Opacifier), Caprylic/Capric Triglyceride (Emollient), Cera Microcristallina (Stabiliser/Emollient), Ethylene/Propylene Copolymer (Film Former), Diisostearyl Malate (Skin-Conditioning Agent), Sorbitan Isostearate (Emulsifier), VP/Hexadecene Copolymer (Film Former), Cera Alba (Emulsifier/Emollient), Prunus Avium Seed Oil (Skin-Conditioning Agent), Sclerocarya Birrea Seed Oil (Skin Conditioning Agent), Stearalkonium Hectorite (Viscosity Modifier), Parfum (Fragrance), Propylene Carbonate (Solvent), Pentaerythrityl Tetra-Di-t-Butyl Hydroxyhydrocinnamate (Antioxidant), Tocopherol (Antioxidant), Tin Oxide (Opacifying Agent), Citronellol (Fragrance Ingredient), Linalool (Fragrance Ingredient), Hydroxycitronellal (Fragrance Ingredient), Alumina (Bulking Agent). [+/- CI 77891 (Colorant), CI 45410 (Colorant), CI 15850 (Colorant), CI 45380 (Colorant), CI 19140 (Colorant), CI 77491 (Colorant), CI 15985 (Colorant), CI 77492 (Colorant), CI 42090 (Colorant), CI 77499 (Colour)].




piątek, 1 listopada 2013

Miodzio?

Honeymania to nowa seria The Body Shop, która obejmuje takie produkty jak masło do ciała, peeling, wodę toaletową, balsam do ust, żel pod prysznic, mydełko i miód do kąpieli. Jak już sama nazwa sugeruje, seria opiera się na pielęgnacyjnym działaniu miodu, tradycyjnie w przypadku TBS pozyskiwanego na drodze sprawiedliwego handlu. Dzięki uprzejmości marki miałam okazję przetestować dwa produkty z tej linii - scrub do ciała i balsam do ust i to o nich będzie dzisiaj mowa.


Z zamkniętymi w słoiczkach balsamami TBS miałam już wcześniej do czynienia i moje wrażenia z reguły były pozytywne. Zazwyczaj za dużą wydajnością produktu szły porządne właściwości pielęgnacyjne. Opakowanie nie należy, co prawda, do moich ulubionych, bo w mazidle palec niestety zanurzyć trzeba, co jest nieszczególnie higieniczne i niezbyt praktyczne, szczególnie w warunkach pozadomowych, ale biorąc pod uwagę dwa pierwsze wspomniane przeze mnie aspekty, do przeżycia.



Sądziłam, że miodowy balsam stanie się moim ulubionym, bo zapachy tego rodzaju uwielbiam, ale pomimo początkowych nadziei spotkało mnie rozczarowanie. Kosmetyk pachnie słabo, nawet w opakowaniu woń miodu jest ledwie wyczuwalna, po nałożeniu natomiast znika bezpowrotnie. Samo mazidło ma wazelinową konsystencję i przyjemnie sunie po ustach, jednak odnoszę wrażenie, że po jakimś czasie zamiast je nawilżać, wysusza. Szkoda, bo liczyłam, że może być to godny następca miodowego balsamu Burt`s Bees, który niestety w Polsce jest trudno dostępny (cena: 29 zł).


Żeby jednak post o miodowych kosmetykach nie okazał się zbyt gorzki, muszę powiedzieć, że scrub do ciała bardzo przypadł mi do gustu (cena: 65 zł). Wystarczy odkręcić wieczko, by zalała nas fala słodyczy, jednak nie duszącej i przyprawiającej o ból głowy, a świeżej, nektarowej, przypominającej mi trochę bardzo lubiany przeze mnie zapach Moringa.



Peeling ma gęstą, zwartą konsystencję, która delikatnie mięknie pod wpływem ciepła wody i ciała, co czyni aplikacje bajecznie prostą. Drobinki należą raczej do delikatnych, ale pomimo że generalnie jestem fanką zdzieraków stopniem złuszczania czuję się usatysfakcjonowana. Z całości najbardziej podoba mi się jednak, że peeling po zmyciu nie pozostawia na ciele tłustej warstwy, a mimo to skóra jest nawilżona i nie wymaga użycia balsamu. Jeśli lubicie pachnące miodem kosmetyki, to ten jest zdecydowanie dla Was.

Znacie już tę serię? Lubicie?

Balsam INCI: Vitis Vinifera Seed Oil/Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil (Natural Additive), Ricinus Communis Seed Oil/Ricinus Communis (Castor) Seed Oil (Emollient), Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-2 (Emollient), Hydrogenated Castor Oil (Emollient), Cera Alba/Beeswax (Emulsifier/Emollient), Parfum/Fragrance (Fragrance), Synthetic Wax (Binder/Emollient), Tocopheryl Acetate (Antioxidant), Ammonium Glycyrrhizate (Flavour), Mel/Honey (Natural Additive), Tocopherol (Antioxidant), Limonene (Fragrance Ingredient), Benzyl Benzoate (Fragrance Ingredient), Linalool (Fragrance Ingredient), Geraniol (Fragrance Ingredient), CI 77891/Titanium Dioxide (Colorant), CI 77492/Iron Oxides (Colorant), CI 19140/Yellow 5 Lake (Colorant), CI 77491/Iron Oxides (Colorant).

Scrub INCI: Glycerin (Humectant), Sodium Chloride (Viscosity Modifier), Cetearyl Alcohol (Emulsifier), Cera Alba/Beeswax (Emulsifier/Emollient), Disodium Lauryl Sulfosuccinate (Surfactant), Sodium Cocoyl Isethionate (Surfactant), Zea Mays Starch/Zea Mays (Corn) Starch (Absorbent/Chelating Agent), Mel/Honey (Natural Additive), Butyrospermum Parkii Butter/Butyrospermum Parkii (Shea) Butter (Skin Conditioning Agent - Emollient), Parfum/Fragrance (Fragrance), Aqua/Water (Solvent/Diluent), Hydrogenated Castor Oil (Emollient), Hexyl Cinnamal (Fragrance Ingredient), Benzyl Salicylate (Fragrance Ingredient), Geraniol (Fragrance Ingredient), Linalool (Fragrance Ingredient), Limonene (Fragrance Ingredient), Citric Acid (pH Adjuster), CI 77891/Titanium Dioxide (Colorant), CI 19140/Yellow 5 Lake (Colorant), CI 77491/Iron Oxides (Colorant).




środa, 9 października 2013

Masło maślane

Jesień nas zastała, czas więc wytoczyć cięższe działa do ochrony naszej skóry. Balsamy i masła, do tej pory głęboko zagrzebane w czeluściach szuflad z zapasami, wracają do łask i stają się nieodzownym elementem codziennej pielęgnacji.

Na swoją kolej czekało cierpliwie m. in. masełko The Body Shop Shea Body Butter (masło z masłem shea), do którego napoczynania zbyt śpieszno mi nie było. Do tej pory masła TBS szczególnie mnie nie porywały. Owszem, zapachy niektórych z nich są naprawdę kuszące, ale bardzo często okazywały się zbyt treściwe jak na moje potrzeby. Poranne pobudki z ciałem pokrytym niewchłoniętą warstwą produktu zdecydowanie nie zachęcały mnie do kupna.


Shea Body Butter okazało się jednak przyjemnym zaskoczeniem. W swojej konsystencji masło jest dość zbite i zwarte, jednak mimo to przyjemnie się rozprowadza, niemalże sunąc po skórze. Kosmetyk, jak na swoją gęstość, wchłania się przyzwoicie, pozostawiając skórę nawilżoną, sprężystą i pachnącą lekko orzechową nutą, która idealnie wpasowuje się w panującą za oknem aurę. Nawet mój mężczyzna, który nota bene większość kosmetyków pielęgnacyjnych testuje razem ze mną, na wielu nie pozostawiając suchej nitki, stwierdził, że "To masełko jest zaj****te!". Coś więc chyba jest na rzeczy, skoro nawet kręcinos wyraził pochlebną opinię :D.



W cenie regularnej za słoik o pojemności 200 ml musimy zapłacić 69 zł, co w sumie jest kwotą nie małą. TBS lubuje się jednak we wszelkiego rodzaju promocjach, warto więc polować na okazję. Przykładowo dzisiaj (9.10.2013) wszystkie masła możecie nabyć z 50% zniżką.


A Wy macie swoją ulubioną wersję masełek z TBS?

Aqua (Water), Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Cyclomethicone, Theobroma cacao (Cocoa Butter), Glycerin, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Cetearyl Alcohol, Cera Alba (Beeswax), Orbignya oleifera (Babassu Oil), Lanolin Alcohol, Phenoxyethanol, Parfum, Methylparaben, Propylparaben, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Disodium EDTA, Linalool, Coumarin, Alpha-Isomethyl Ionone, Limonene, Butylphenyl Methylpropional, Sodium Hydroxide, Citronellol, Citral, Geraniol, Eugenol, Caramel, CI 19140

piątek, 27 września 2013

Niby zwykły grzebień...

...a jednak robi różnicę. Wykonany z drewna, o szeroko rozstawionych zębach, poradzi sobie z każdym nieładem na głowie.


Co prawda, moje włosy są dość krótkie i ich rozczesywanie raczej nie spędza mi snu z powiek, jednak muszę przyznać, że czuję się naprawdę komfortowo, używając grzebienia z TBS. Plastikowe akcesoria tego typu mogą szarpać włosy, elektryzować je, a niekiedy nawet ranić skalp. Solidny drewniany grzebień potrafi skutecznie wyeliminować te niedogodności.


Warto też wiedzieć, że mokre włosy są szczególnie łamliwe i podatne na zniszczenia. I tu pomocny okazać się może właśnie grzebień drewniany, który jest łagodny dla włosa i idealnie nadaje się również do rozprowadzania wszelkiego rodzaju masek i odżywek. 


W The Body Shop powyższy grzebień o wymiarach 13x5 cm dostaniecie za ok. 20 zł. Zakładam jednak, że podobny można nabyć w wielu innych sklepach po porównywalnej cenie.

A może już taki macie i używacie regularnie?

wtorek, 27 sierpnia 2013

"Ganja therapian" dla dłoni

Hemp to, ośmielę się stwierdzić, produkt już kultowy, wielu osobom znany chociażby ze słyszenia z uwagi na roślinę, z której jest wytwarzany, a którą jest słynna konopia indyjska, lub jak kto woli marihuana/trawka/ganja. Historia głosi, że mąż założycielki marki The Body Shop podczas jednej z podróży służbowych został nawet aresztowany z racji posiadania tego kremu w swojej walizce. U nas na szczęście swobodnie można się z nim przechadzać ulicami bez obaw, że zostaniemy oskarżeni o posiadanie substancji niedozwolonej.


Krem zamknięty jest w zakręcanej, metalowej tubce, w moim odczuciu dość nieporęcznej z racji drobnej zakrętki, który lubi wyślizgnąć się ze świeżo nakremowanych dłoni. Ma zwartą, gęstą konsystencję, przez co dość długo się wchłania, pozostawiając na skórze delikatny, ale jednak wyczuwalny film. Pachnie dość dziwnie, trochę jak skoszone siano, i wymaga przyzwyczajenia. Krem przeznaczony jest do bardzo suchej skóry i z takową bez wątpienia sobie poradzi. Mniej potrzebującym polecałabym go raczej na zimę, bo przy wysokich temperaturach stosowanie może być uciążliwe z uwagi na to, że kosmetyk jest naprawdę treściwy.


Początkowo moje nastawienie do tego mazidła było dość sceptyczne, jako że nie lubię uczucia lepkich dłoni, zwłaszcza latem, krem jednak bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. W chwilach gdy był zbyt ciężki do stosowania na dłonie, idealnie sprawdzał się do stóp, zapewniając solidne nawilżenie i niwelując szorstkość. Nie dziwi mnie więc wcale, że jest to jeden z najlepiej sprzedających się produktów TBS. Dobrze go mieć w swojej kosmetyczce, zwłaszcza gdy na zewnatrz panują niskie temperatury (już niebawem niestety :( ) lub nasze dłonie wołają o ratunek.


Znacie Hemp? Lubicie?


sobota, 22 czerwca 2013

Jak piernik do wiatraka...

Odnoszę wrażenie, że ostatnio każda szanująca się firma kosmetyczna za punkt honoru stawia sobie posiadanie w swojej ofercie kremu BB, względnie kosmetyku, który rzeczony krem BB ma imitować. Podobnie jest w przypadku marki The Body Shop, która niedawno wypuściła na rynek produkt o nazwie Vitamin E Cool BB Cream. Celowo używam określenia "produkt o nazwie", bo kosmetyk, który swoim logo sygnuje TBS ma się do kremu BB jak piernik do wiatraka.



Zacznijmy od tego, czego możemy spodziewać się po prawdziwym kremie BB:

- uniwersalny odcień dopasowujący się do każdego typu karnacji
- wyrównanie kolorytu skóry
- optyczne tuszowanie niedoskonałości przy jednoczesnym lekkim kryciu
- wysoki filtr przeciwsłoneczny
- właściwości pielęgnacyjne

Przejdźmy do tego, czym cechuje się Cool BB Cream:

- ciemny odcień, który robi ze mnie mulatkę i kompletnie nie stapia się ze skórą
- krycie jest tak słabe, że nawet o wyrównaniu kolorytu skóry nie może być mowy
- ciemny odcień jeszcze bardziej podkreśla niedoskonałości
- ochrony przeciwsłonecznej brak
- właściwości pielęgnacyjnych nie dostrzegam


Podsumowując, rozczarowanie na całej linii, co stwierdzam z dużą przykrością. Może nie spodziewałam się, że będzie to kosmetyk na miarę azjatyckich kremów BB, ale liczyłam, że zyskam w swojej kosmetyczce solidny krem tonujący na upalne dni. Nic bardziej mylnego. W moim przypadku krem okazał się totalną porażką. Samo zaś określenie BB w stosunku do tego produktu uważam za pomyłkę.

A jakie są Wasze doświadczenia z imitacjami BB znanych marek? 




środa, 19 czerwca 2013

Zastrzyk witaminy dla zgrzanej dziewczyny ;)

Lato długo nie chciało do nas przyjść, a jak już przyszło, to uderzyło ze zdwojoną siłą. Póki co wysokie temperatury kompletnie mi nie przeszkadzają i cieszę się, że wreszcie możemy cieszyć się słońcem i ciepełkiem.

W takich chwilach dobrze jest mieć jednak pod ręką produkty, które przyniosą nam ulgę w gorące dni i do takich zaliczam mgiełkę z witaminą C od The Body Shop (cena: 45 zł za 100 ml). Mgiełka ma z założenia nawilżać i poprawiać ogólny wygląd skóry, nadawać jej zdrowszy koloryt.


Nie kupiłam jej jednak z myślą o codziennej pielęgnacji, choć myślę, że w tak gorące dni produkt może z powodzeniem zastąpić tradycyjny krem, ale głównie w celach odświeżających i rewitalizujących. Najczęściej spryskuję nią twarz po nałożeniu makijażu, dzięki czemu skóra nabiera zdrowego błysku, a jednocześnie make-up przez cały dzień, nawet przy wysokich temperaturach, trzyma się w ryzach. Dzięki mgiełce twarz nie wygląda jak maska, puder przestaje odznaczać się na twarzy i całość staje się bardziej trójwymiarowa. Bardzo lubię ten efekt, choć zdecydowanie trzeba uważać z ilością, bo zbyt mocno spryskana buzia staje się lepka. Ogromnym plusem jest psikacz, który dobrze rozpyla płyn, zamieniając go w drobniutkie krople. Po zużyciu mgiełki z powodzeniem można użyć go do innych toników i odświeżaczy. Zapach jest delikatny i nienachalny, sądzę, że do zaakceptowania nawet przez wrażliwe nosy. Jedynym minusem może być cena, ale trzeba przyznać, że produkt jest nader wydajny. 


A Wy jak wspomagacie swoją skórę w gorące dni?

Skład: Aqua, Butylene Glycol, Polysorbate 20, Glycerin, Phenoxyethanol, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Benzoate, Magnesium Ascorbyl Phosphate, Sodium Citrate, Sodium Gluconate, Parfum, Disodium EDTA, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Linalool, Limonene, Citric Acid, Benzyl Benzoate, Myrciaria Dubia Fruit Extract, Hexyl Cinnamal


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Po raz kolejny STOP cellulitowi!

Kolejna oręż w walce z cellulitem w mojej kosmetyczce to Spa Fit Firming & Toning Gel-Cream Massager, czyli ujędrniający żel-krem z masażerem od The Body Shop. Seria Spa Fit dzięki wyciągom z cytrusów i zawartością kofeiny ma napinać naszą skórę i czynić ją bardziej sprężystą. Linii przyświeca więc to samo założenie co większości (jeśli nie wszystkim) produktom antycellulitowym.


Wśród całej rzeszy kosmetyków zwalczających cellulit Spa Fit Firming & Toning Gel-Cream od TBS wyróżnia bez wątpienia innowacyjne opakowanie. 200 mililitrowa tuba została zintegrowana z masażerem. Wystarczy więc ścisnąć opakowanie, zacisnąć zęby i masować ;). Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że w moim przypadku takie rozwiązanie kompletnie się nie sprawdza. Masażer jest nieporęczny, trudno nim operować, resztki kremu pozostają na zakrętce, same wypustki są tak ostre, że po jednej sesji skończyłam z porządnie posiniaczonymi udami. Zdecydowanie wolę tradycyjny masażer od TBS, który mam już od lat i który naprawdę działa bez uszczerbku dla ciała.


Sam krem wydaje się całkiem skuteczny. Po zastosowaniu skóra jest wyraźnie napięta i ujędrniona. Produkt nie spowoduje, że pomarańczowa skórka zniknie jak ręką odjął, ale zdecydowanie może wspomóc kurację. Ja z problemem cellulitu uporałam się już jakiś czas temu, ale mimo to chętnie sięgam po kosmetyki tego typu. W końcu lepiej dmuchać na zimne ;). A skoro przy zimnie jesteśmy, to warto wspomnieć, że żel Spa Fit chłodzi niemiłosiernie, w związku z czym używanie go przy nieco niższych temperaturach otoczenia do najprzyjemniejszych nie należy. Zdecydowanie odradzam zmarźluchom.


Do przyjemnych nie należy również cena, bo za tubę o pojemności 200 ml musimy zapłacić 95 zł. To dużo, nawet bardzo jak za kosmetyk tego typu. Śmiem twierdzić, że spora część tej sumki to koszt masażera, który spokojnie można tu było sobie podarować, bo kto lubi się znęcać nad cellulitem, bez wątpienia odpowiednie narzędzia tortur już ma ;).

Co sądzicie?

PS. Produkt został przesłany mi nieodpłatnie do recenzji. Fakt ten nie miał żadnego wpływu na jej treść.



poniedziałek, 13 maja 2013

Spotkanie z TBS - fotorelacja

Dotarły do mnie zdjęcia ze spotkania The Body Shop, które miało miejsce 10.05 w Złotych Tarasach w Warszawie. Zainteresowanych zapraszam na małą fotorelację :)

Najpierw ciut nieśmiało zostałyśmy sobie przedstawione w salonie TBS :).



Po spotkaniu przy herbatce i soczku, podczas którego Bożena (Kierownik regionalny TBS) opowiedziała nam co nieco o historii marki i jej filozofii, wróciłyśmy do sklepu, by oddać się w profesjonalne ręce wizażystki Ani Orłowskiej (na zdjęciach Aga z bloga http://agowepetitki.blogspot.com/ oraz Agata z bloga http://www.atqabeauty.com/).







Jedni lubią się malować, inni macać i wąchać. Ja zdecydowanie zaliczam się do tej drugiej grupy :). Moją towarzyszką była Arleta z bloga http://vexgirl.blogspot.com/, a prawdziwą skarbnicą wiedzy pani Justyna (na ostatnim zdjęciu) .




Po grupie przyjezdnych zjawiła się grupa warszawianek (Marta z bloga http://sauria80world.blogspot.com/, Aga z bloga http://siouxieandthecity.blogspot.com/, Justyna z bloga http://anna-fanfreluches.blogspot.com/)
 


Na koniec sprawczynie całego zamieszania :) 



Było naprawdę świetnie. Na koniec miało miejsce jeszcze małe zakupowe szaleństwo w salonie Dorothy Perkins. Organizatorkom serdecznie dziękuję za zaproszenie! Cieszę się, że miałam okazję poznać TBS trochę "od kuchni" i spotkać się na żywo z kolejnymi blogerkami, które na co dzień czytuję. Wyjazd z Warszawy okazał się trudniejszy, niż mogłoby się wydawać, bo dworzec centralny w wyniku usterki technicznej został na kilka godzin sparaliżowany, ale pomimo zmęczenia po ponad 12 h na nogach, twierdzę, że "stolyca" da się lubić :D.



LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...