Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja paznokci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja paznokci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2013

Intensywna terapia z Nailtek II

Jakiś czas temu prosiłam Was o radę w kwestii odżywek do paznokci, które będą w stanie poprawić ich kondycję. Poczytałam Wasze komentarze, podumałam i ostatecznie zdecydowałam się na Nailtek II Intensive Therapy.

Preparat początkowo nakładałam z duszą na ramieniu. Odżywka w swoim składzie zawiera formaldehyd, który z jednej strony wiąże białko w płytce, tym samym łącząc ze sobą wszystkie warstwy paznokcia i zapobiegając jego rozdwajaniu, z drugiej jednak strony jest silną substancją uczulającą. Wiele osób po nałożeniu preparatu odczuwa dyskomfort, a nawet ból, także rozumiecie moje obawy... Na szczęście wspomniane objawy u mnie nie wystąpiły i z powodzeniem stosuję odżywkę już trzeci tydzień, zaczynając od jednej warstwy i nakładając każdego następnego dnia kolejną. Zgodnie z instrukcją po 7 dniach zmywam preparat i rozpoczynam cały proces od początku.

Skład: Ethyl Acetate, SD Alcohol-40B, Butyl Acetate, Nitrocellulose, Tosylamide/Formaldehyde, Resin, Acrylates Copolymer, Triphenyl Phosphate, Trimethyl Pentanyl Diisobutyrate, Isopropyl Alcohol, Formaldehyde, Benzophenone-1, Hydrolyzed Wheat Protein, Dimethicone, Calcium Pantothenate, Violet #2  

Po tym czasie stan mojej płytki zdecydowanie się poprawił. Paznokcie stały się twardsze, już się nie łamią i nie rozdwajają na końcach. Alleluja, bo już traciłam nadzieję! Po pełnych 3 tygodniach stosowania mam  jednak zamiar zakończyć kurację i obserwować, czy efekt się utrzyma. Nie chciałabym nakładać na paznokcie tej całej tablicy Mendelejwa dłużej niż to konieczne ;).

Jeśli chodzi o względy estetyczne, odżywka jest przezroczysta i na paznokciu daje efekt bezbarwnego lakieru. Po nałożeniu jednej warstwy płytkę można pomalować dowolnym lakierem i na niego nakładać kolejne warstwy. U mnie jednak ta metoda się nie sprawdza, bo przy czwartej warstwie odżywka zaczyna się łuszczyć, w związku z czym kolorowy lakier przestaje wyglądać estetycznie.

Summa summarum jestem zadowolona z efektów i mam nadzieję, że moje paznokcie nie powrócą już do stanu "sprzed". W razie "W" będę Was oczywiście informować na bieżąco.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za przydatne porady pod postem Hilfe! :))).



piątek, 8 lutego 2013

Hilfe!

Nigdy nie sądziłam, że mi się to przydarzy, ale stało się! Moje paznokcie są w coraz gorszym stanie. Płytka jest miękka, stale się rozdwaja, pęka, praktycznie żaden lakier się na niej nie trzyma. Mam wrażenie, że ciągłe skracanie paznokci jedynie pogarsza sprawę i stają się one tylko bardziej łamliwe, a także podatne na wszelkie urazy mechaniczne.


I tu chciałabym Was prosić o pomoc i poradę. Borykałyście się z tym samym problemem? Możecie polecić jakieś preparaty i odżywki? Najbardziej interesują mnie produkty do stosowania zewnętrznego, ale jeśli znacie sprawdzone suplementy diety (poza Merz Spezial, który w moim przypadku sprawdził się raczej średnio) również piszcie. Za każdą radę stokrotne dzięki! :))) 



niedziela, 23 września 2012

Berlin There, Done That

Wreszcie udało mi się obfocić mój drugi lakier z OPI German Collection - Berlin There Done That. Nazwa nawiązuje do popularnego angielskiego powiedzonka "Been there, done that" i w tym przypadku wydaje się być bardzo trafna, bo kolor jest dość wtórny i mu podobnych "błotek" na rynku jest aktualnie całkiem sporo.



Odcień to chłodny brąz z domieszką szarości i kapką fioletu, której na zdjęciach niestety nie widać. Mimo że nie jest to może jakoś szczególnie oryginalny kolor, ja go uwielbiam i lakierów w tej tonacji mogłabym mieć na pęczki (a mam może ze 3, więc jeszcze długa droga przede mną ;).



W porównaniu do My Very First Konockwurst konsystencja Berlin There Done That jest wprost bajeczna. Lakier jest zdecydowanie rzadszy, dzięki czemu o wiele łatwiej się nakłada, równomiernie rozlewa się po płytce i nie smuży. Jedna warstwa jest już w zasadzie kryjąca, ale ja standardowo preferuje dwie cienkie, bo wtedy lakier zyskuje na trwałości. Jestem zachwycona i razem z My Very First... będzie to zdecydowanie mój jesienno-zimowy hit.

Przy okazji chciałabym podzielić się z Wami moim nowym odkryciem. Pod postem poświęconym Merz Spezial jedna z czytelniczek wspomniała, że za zły stan paznokci może odpowiadać zmywacz z Isany, którego ja do tej pory namiętnie używałam. Stan moich skórek był często opłakany a powierzchnia płytki bardzo przesuszona, więc będąc w Rossmannie, postanowiłam wypróbować coś innego. Moją uwagę przykuł zmywacz do paznokci w żelu z olejkiem z zielonej herbaty i wit. E tajemniczej marki Ewa Schmitt (cena: ok. 9 zł).


To była miłość od pierwszego użycia. Żel bardzo dobrze usuwa lakier, nie śmierdzi (!) i co najważniejsze wcale nie wysusza skórek. Paznokcie, które widzicie na zdjęciach przez ok. 2 tygodnie traktowane były zmywaczem średnio co drugi dzień bez stosowania jakiejkolwiek oliwki. Ich stan oceniam naprawdę jego bardzo dobry i kolejny raz jestem szczerze zachwycona!


Wadą tego produktu jest bez wątpienia dość wysoka cena za stosunkowo niewielką pojemność. Nad żelem na waciku czasami trudno jest również zapanować i lubi on sobie gdzieś skapnąć, ale na szczęście dla tkanin jest kompletnie niegroźny i pomimo wad szczerze Wam go polecam. A może już znacie ten produkt?



czwartek, 13 września 2012

MERZedes wśród suplementów (?)

Tak, tak, i ja brałam udział w trzymiesięcznej akcji Merz Spezial. O tych tabletkach słyszeli już chyba wszyscy, więc jedynie w telegraficznym skrócie napiszę, że jest to suplement diety, który ma na celu, jak sam napis na opakowaniu głosi, regenerację skóry, włosów i paznokci. Opakowanie zawiera 60 tabletek, które stanowią 30 dni kuracji (cena w zależności od apteki: 30-40 zł).

Oczekiwania miałam spore, bo i firma jest mi dobrze znana, i o samym suplemencie nasłuchałam się wiele dobrego. Liczyłam przede wszystkim na poprawę stanu skóry, gdyż z paznokciami i włosami właściwie nigdy większych problemów nie miałam. Pigułki łykałam sumiennie dwa razy dziennie przez 3 miesiące, mając świadomość, że jedynie systematyka i odpowiedni czas kuracji są w stanie zapewnić wymierne rezultaty.


Z perspektywy tych 3 miesięcy mogę stwierdzić, że preparat nie do końca sprostał moim wymaganiom. 

To, co pierwsze rzuciło mi się w oczy, to wygładzenie płytki paznokcia, które nastąpiło po ok. miesiącu zażywania suplementu. Rowki i wgłębienia w dalszym ciągu są obecne, ale uległy zdecydowanemu spłyceniu. 

Druga rzecz, to przyspieszenie wzrostu płytki paznokcia i włosów. Zauważyłam, że wizyty u fryzjera znacznie zwiększyły swoją częstotliwość, co przy dość krótkim cięciu nie do końca jest mi na rękę, bo generuje dodatkowe koszty.

Po trzecie po 3 miesiącach dostrzegam też, że paznokcie znacznie się wzmocniły - spokojnie mogę nosić dłuższe i nic im się nie dzieje. 

I wreszcie po czwarte: pomimo ogromnych nadziei stan cery nie uległ najmniejszej zmianie. Nie dostrzegłam poprawy kolorytu, ujednolicenia i wygładzenia. Null, nada niestety :(.


Myślę, że Merz Spezial to jeden z lepszych suplementów na rynku, choć do MERZedesa mu jednak chyba jeszcze trochę brakuje. Dla mnie to taki VW średniej klasy. Póki co nie widzę potrzeby zażywać go dalej, choć w razie problemów z włosami i paznokciami pewnie do niego wrócę.


A jaki jest Wasz stosunek do preparatów tego typu? 




środa, 29 sierpnia 2012

(M)agda "plus" ;)


Udało mi się zrealizować moje postanowienie: nie malować paznokci przez 3 tygodnie i w tym czasie zaserwować im kurację preparatem agda "plus". Produkt określiłabym jako paraapteczny, jako że firma Sulphur Busko- Zdrój trudni się głównie produkcją dermokosmetyków uzdrowiskowych, a listę sklepów, gdzie można je dostać znajdziecie >>>TUTAJ<<<.


Oto, co o preparacie mówi producent:


Miałam duże oczekiwania co do tego specyfiku, przede wszystkim dlatego że aby go stosować, odmówiłam sobie przyjemności, jaką jest noszenie kolorowych paznokci ;). Niestety trochę się zawiodłam... Kurację rozpoczęłam, skracając płytkę do minimum. Największy problem mam z kciukami, które maja nierówną strukturę i lubią pękać od uderzania w klawiaturę. Już na wstępie nie spodobał mi się alkohol w składzie, ale wyszłam z założenia, że jego obecność pewnie z jakiś względów jest uzasadniona. W ostatecznym rozrachunku to właśnie ten składnik obwiniam za przesuszenie płytki, która w tych najbardziej newralgicznych miejscach nadal pękała i jej wygląd stawał się coraz mniej estetyczny. Najdziwniejsze jest jednak to, że pozostałe paznokcie, które nie obijają się tak intensywnie o klawiaturę, stały się mocniejsze i nie rozdwajały się, pomimo braku warstwy jakiegokolwiek lakieru i z czasem całkiem sporej długości. Nie bez znaczenia jest tu jednak na pewno, że już od prawie 3 miesięcy zażywam suplement diety Merz Spezial, który również ma za zadanie poprawiać kondycję płytki. Poniżej zdjęcia moich gołych paznokci i skórek po 3 tygodniach kuracji...





Podsumowując, moje odczucia względem tego preparatu są dość ambiwalentne. Jego działanie nie zachwyciło mnie na tyle, abym miała ochotę dalej nosić paznokcie w wersji "saute" i rezygnować z tych wszystkich pięknych odcieni, które już czekają w kolejce. Specyfik w związku z tym powędruje do mojej mamy, która ma spore problemy z płytką - bardzo jestem ciekawa, jak sprawdzi się u niej.

Tymczasem lecę malować paznokcie :)

Produkt został przesłany mi do recenzji



sobota, 29 października 2011

Mała rzecz, a cieszy :)))

Lubię, kiedy kosmetyki kupione przez zupełny przypadek i pod wpływem impulsu okazują się skuteczne. Nie trzeba wtedy pluć sobie w brodę, że wydało się na coś niepotrzebnie pieniądze. Znacie to uczucie? ;))) 
Takim moim małym odkryciem ostatnich dni jest Masło do rąk i paznokci marki Inglot. Uległam strategii marketingowej firmy i w ostatniej chwili przy kasie do zakupów dorzuciłam oferowany przez sprzedawczynię pojemniczek. 3,5 g produktu kosztowało mnie raptem 2 zł, więc pomyślałam sobie: "A co mi tam!" To uczucie też pewnie znacie... ;)))
Próbowałam już różnych produktów do skórek: oliwek, kremów, żeli i każdy z nich miał jakąś wadę. A to konsystencja była nie taka, a to znowu zapach mi nie pasował, a to działanie było nikłe. Masełko natomiast okazało się strzałem w 10! Kosmetyk ma dość zwartą konsystencję przypominającą wazelinę, jest praktycznie bezzapachowy, nie tłuści dłoni, błyskawicznie się wchłania i co najważniejsze DZIAŁA - skórki są miękkie i odżywione. Oczywiście kluczem do sukcesu jest systematyczność stosowania. Mała pojemność to również spory plus, tym bardziej że masełko ważne jest tylko 6 miesięcy. Produkt bez wątpienia wystarczy na kilkadziesiąt aplikacji i sądzę, że spokojnie zużyję je do końca, a potem udam się po następne. Mam tylko cichą nadzieję, że nie jest to edycja limitowana, w feworze zakupów zapomniałam o to zapytać ;))).
 

sobota, 20 sierpnia 2011

Całuję rączki. . . ;)))

W kraju, w którym panowie jeszcze czasami na powitanie "całują paniom rączki", dłonie bywają wizytówką kobiety. Jednocześnie jest to część ciała stale wystawiona na działanie czynników atmosferycznych, mrozu, słońca, biurowej klimatyzacji, detergentów. Nic nie szpeci ich bardziej, niż spękana skóra, suche skórki, czy łamliwe paznokcie, oczywiście abstrahując od niechlujnie wykonanego manicure ;))).

Wbrew pozorom nie tak łatwo dbać o dłonie. Często kupujemy kremy, wrzucamy do torebki i... zapominamy o ich istnieniu. Nie tak łatwo jest również znaleźć produkt, który w pełni spełniałby nasze oczekiwania: miał przyjemny zapach, był odpowiednio treściwy i jednocześnie niezbyt tłusty. Wszem i wobec ogłaszam, że mi się to udało ;))).

Aby przeczytać skład, wystarczy kliknąć na zdjęcie :)
Hand&Nagelcreme marki Kamill o intensywnej formule z dodatkiem wyciągu z rumianku, aloesu i z olejem z awokado można kupić w Rossmannie za ok. 5 zł. Za tę cenę otrzymujemy solidną 100 ml tubę, która z pewnością wystarczy nam na długo. Krem ma idealną konsystencję, nie jest zbyt tłusty i szybko się wchłania, odpowiednio nawilża dłonie, jednocześnie otulając je niewidzialnymi rękawiczkami. Uwielbiam go za to, że chroni moje ręce, nie pozostawiając na nich lepkiej warstwy i tym samym uczucia dyskomfortu. Zauważyłam, że podczas regularnego stosowania skóra przesusza się o wiele wolniej, stan skórek zdecydowanie się poprawił, a paznokcie uległy nieznacznemu wzmocnieniu. Zapach jest dość intensywny, rumiankowy, ale po wtarciu produktu szybko się ulatnia. Sądzę, że za tę cenę naprawdę nie mogłam trafić lepiej.  Co więcej, próbowałam już kremów z o wiele wyższej półki i żaden nie spisywał się tak świetnie jak ten!

Nie pozostaje mi więc chyba nic innego, jak tylko szukać dżentelmenów całujących na dzień dobry rączki ;))).




czwartek, 7 kwietnia 2011

Z bazą czy bez?

Dziś rzecz będzie o bazie pod lakier do paznokci. Jakiś czas temu pisałam o base coat z Essie (KLIK), która w moim przypadku nieszczególnie się sprawdziła. Po dość pochlebnych recenzjach na różnych blogach skusiłam się na bazę z Catricę zawierającą jedwab i mającą na celu wygładzenie płytki paznokcia (cena ok. 10 zł).
Początkowo byłam tym produktem naprawdę zachwycona. Baza po nałożeniu jest w zasadzie bezbarwna, wprawne oko dojrzy jednak niemalże niewidoczne różowe drobinki. Faktycznie płytka po jej zastosowaniu zdaje się być wygładzona, bardziej idealna. Baza świetnie podbija kolor lakieru, co sprawdza się zwłaszcza przy smużystych i słabo kryjących pastelach. Reasumując, kosmetyk naprawdę niezły za niewielką cenę.
Jakiś czas temu zauważyłam jednak, że baza ta wcale nie przedłuża trwałości lakieru, wręcz przeciwnie. Coraz częściej zdarzało mi się, że lakiery, co do których trwałości nie miałam wcześniej żadnych zastrzeżeń, mają skłonność do pokaźnych odprysków zaledwie po 1-2 dniach noszenia. Postanowiłam przeprowadzić mały eksperyment i po kilku miesiącach zaprzestałam stosowania bazy. Ku mojemu zdziwieniu lakiery przestały odchodzić z moich paznokci płatami, jak to miało miejsce wcześniej. Bez base coat`a trzymają się płytki 4-5 dni i dopiero po tym czasie pojawiają się pierwsze odpryski, głównie na kciuku od ciągłego stukania w klawiaturę.

W dalszym ciągu uważam, że baza Catrice to całkiem niezły produkt i z pewnością stosować ją jeszcze będę, ale od tej pory głównie z lakierami o kiepskiej pigmentacji i ze skłonnością do smug. 

A Wy miałyście do czynienia z tym produktem?

P. S. Powiem Wam jeszcze w sekrecie, że od niepamiętnych czasów pomalowałam paznokcie drugi raz z rzędu tym samym kolorem OPI Red My Fortune Cookie (KLIK)... Aż sama nie mogę w to uwierzyć! :D

wtorek, 2 listopada 2010

Stronger, Faster, Harder

Nie wiem, jak Wy, ale ja już nie wyobrażam sobie chodzić z niepomalowanymi paznokciami. Bez warstwy choćby odżywki czuję się po prostu łyso. Jednocześnie, jak bardzo lubię mieć pomalowane paznokcie, tak nie przepadam za procesem ich malowania, zwłaszcza gdy trzeba czekać wieki, aż lakier wyschnie i znowu będzie można coś zrobić z rękami. Ze względu na swoje lenistwo i niecierpliwość nie wyobrażam sobie mojego manicure bez "dopalaczy" ;).

Manicure zaczynam zazwyczaj od proteinowej bazy pod lakier marki Essie. Baza ma konsystencję zwykłego lakieru, a ze względu na swój mleczny kolor wybiela naszą płytkę. Paznokcie wyglądają wtedy na zdrowe, ładnie się błyszczą. Czasami, gdy nie mam ochoty robić pełnego manicure nakładam po prostu cienką warstwę tego produktu. Bardzo podoba mi się taki naturalny efekt.

Sama baza jako baza pod lakier moim zdaniem nie do końca się sprawdza. Nie zauważyłam, żeby produkt jakoś szczególnie wzmacniał moje paznokcie (w dalszym ciągu zdarza im się rozdwoić), ani żeby przedłużał żywotność lakieru, choć z tym bywa u mnie naprawdę różnie. Czasami po dwóch dniach lakier nałożony na bazę odchodzi płatami, czasami trzyma się ok. tygodnia. Nie mam pojęcia od czego to zależy. Na pewno im cieńsza warstwa produktu na płytce tym lepiej, inaczej później nałożony lakier robi się gumowaty i dłużej schnie. Warto również poczekać, aż baza dobrze przeschnie, w innym razie nałożenie lakieru może sprawiać trudności, będzie on rozprowadzał się tępo i nierównomiernie. Summa summarum z tego produktu jestem średnio zadowolona i raczej nie kupię go ponownie. Za cenę 13,95 Euro (w produkty Essie zaopatrywałam się w niemieckim Douglasie) spodziewałabym się czegoś lepszego... Tytułowe "stronger" w tym wypadku nie ma racji bytu ;).

Inaczej rzecz się ma w przypadku top coat`u marki Essie "good to go!". Z tego produktu jestem naprawdę zadowolona i nie żałuję ani jednego wydanego centa (koszt to również 13,95 Euro). Top coat przyspiesza wysychanie lakieru i przedłuża jego trwałość. Mamy tu więc i "Faster" i "Harder" ;). Produkt ma idealną konsystencję, jest na tyle gęsty, że nie rozlewa się po całej płytce paznokcia i skórkach, i jednocześnie na tyle rzadki, że można go łatwo rozprowadzić. Lakier po potraktowaniu "good to go!" błyszczy się niczym tafla wody, schnie szybko, ale z wykonywaniem jakiś grubszych prac domowych itp. radziłabym poczekać ok. 40 min., aż w pełni stwardnieje, inaczej mogą pojawić się delikatne odciski (w takim wypadku często nakładam dodatkową warstwę TC, by zniwelować nierówności - to taka mała rada). Później lakier jest twardy jak skała :). Jeśli chodzi o zastrzeżenia, to mam wrażenie, że podczas kilku pierwszych aplikacji TC wysychał błyskawicznie, teraz po ok. 1,5 miesiąca użytkowania ten czas zdaje się nieco wydłużać. Ponadto, baza po jej kilkakrotnym użyciu do utwardzenia czerwonego lakieru zabarwiła się delikatnie na różowo. Nie ma to jednak wpływu na inne stosowane z nią kolory, co najwyżej psuje wrażenia estetyczne buteleczki ;). Podsumowując, bardzo lubię ten produkt, jest niezwykle praktyczny, choć cena może skutecznie odstraszyć, w moim odczuciu jest to jednak specyfik warty inwestycji. 

Na koniec jeszcze słów kilka o O.P.I. Rapid Dry Top Coat, której używałam do tej pory. Z przykrością muszę stwierdzić, że produkt ten po ok. 6 miesiącach użytkowania i przy ok. 1/4 pozostałej zawartości stał się nie do użytku, po prostu zgluciał i jedyne, co przy jego pomocy można było uzyskać na paznokciu to "artystyczne" pęcherzyki powietrza. Wcześniej zachwycałam się tym produktem, bo przez długi czas był naprawdę rewelacyjny i wydawał mi się wart swojej ceny. Teraz wkurza mnie jednak myśl, że wydajemy ok. 70 zł (ja swoją buteleczkę na szczęście dostałam  w prezencie do przetestowania), a mimo najlepszych chęci nie jesteśmy w stanie zużyć go do końca. Polecam, jeśli jesteście w stanie wykorzystać ten produkt w przeciągu 3-4 miesiący, jeśli zaś macie zamiar stosować go tylko na specjalne okazje, to radzę sobie darować, bo połowa pewnie i tak wyląduje w koszu :/. Mam tylko cichą nadzieję, że taki sam los nie spotka top coat`u z Essie...

A Wy co polecacie do szybkiego manicure? Oczywiście coś poza Seche Vite, który znają już chyba wszyscy ;).

piątek, 10 września 2010

Saga o dłoniach vol. 3 (Lush, SH, p2)

Obsesji na punkcie dłoni ciąg dalszy;) W trzeciej części sagi (i póki co chyba ostatniej) bohaterami będą produkty do pielęgnacji skórek wokół paznokci. Stara prawda głosi, że nawet najpiękniejszy odcień lakieru nie będzie na naszych paznokciach prezentował się dobrze, jeśli skórki wokół płytki pozostaną niezadbane. Niestety, częste malowanie, a co za tym idzie i zmywanie lakieru nawet najłagodniejszymi środkami, przesusza naszą skórę dłoni, co często skutkuje nieestetycznymi i, co gorsza, bolesnymi "zadziorami". Jak temu zaradzić?

Sama mam spore skłonności do suchej skóry wokół paznokci, ale długi czas, mówiąc kolokwialnie, olewałam sprawę. Dopiero YouTube uświadomił mnie kosmetycznie i sprawił, że zaczęłam zwracać uwagę na najdrobniejsze detale w makijażu i pielęgnacji. Doszłam do wniosku, że przesuszonym skórkom trzeba powiedzieć stanowczo i zdecydowano NIE!;) Po ilości marek wymienionych w tytule posta z pewnością zdążyłyście wywnioskować, że długo i na różne sposoby walczyłam z problemem i ze swoim wewnętrznym leniem, bo musicie wiedzieć, że skuteczna pielęgnacja wymaga zdecydowanie wytrwałości i systematyczności, a o to w moim przypadku niełatwo ;).

Pierwszym produktem, który miał czynić cuda był krem Lemony Flutter z Lush.

zdjęcie: www.lush.de

Przyznam, że pokładałam w nim wielką nadzieję, wydawało mi się, że raz go użyję, no może dwa,  i będzie po problemie. Niestety, ten krem to moje największe "lush'owe" rozczarowanie, bo po miesiącu smarowania i wcierania z moimi skórkami nie zrobił nic! Producent twierdzi, że jest to kosmetyk niezwykle odżywczy, nadający się nie tylko do pielęgnacji skóry wokół paznokci, ale również do stosowania na wszelkie silnie przesuszone miejsca na ciele (łokcie, kolana, pięty). Jego główne składniki to wyciąg z cytryny, który ma za zadanie zmiękczać naszą skórę, masło shea, które ma właściwości nawilżające, wosk pszczeli mający tworzyć barierę ochronną dla skóry, wyciąg z soi, olejek migdałowy itp., itd. Aż by się chciało sparafrazować słowa poety: "pełno nas, a jakoby niczego nie było...".:/ Krem ma konsystencję dość gęstej pasty, rozpuszcza się pod wpływem temperatury ciała i dość długo się wchłania, co jednak w przypadku tego typu produktów jest dość powszechne. Zapach zdecydowanie nie jest przyjemny, pachnie chemiczną cytryną, choć niektórzy na YouTube wprost się nim zachwycają ;). Dla mnie "Lemony Flutter" to zdecydowanie produkt "No Go". Jednakże, aby sprawiedliwości stało się zadość, muszę tu zaznaczyć, że ów specyfik kupiłam również mojej mamie, która ze względu na częsty kontakt z kredą ma bardzo suchą skórę na opuszkach palców. Zużyła  już prawie całe opakowanie i o dziwo bardzo sobie ten produkt chwali. Cena to ok. 10 Euro za 50 ml (krem starcza na wieki!).

Kolejny specyfik to Nail & Cuticle Oil  z Sally Hansen, który skuszona promocją zakupiłam ok. 2 tygodnie temu w Superpharm.

zdjęcie: www.sallyhansen.com
Jest to produkt w postaci olejku, który nakładamy pędzelkiem na paznokcie i okolice, i następnie wmasowujemy. Oliwka zawiera witaminę E, która odżywia i wzmacnia naszą płytkę, olejek z pszenicy oraz olej kartamusowy (wikipedia: klik ). Konsystencja nie sprzyja aplikacji. Olejek zalewa skórki podczas nakładania, ponieważ ma bardzo płynną konsystencję, dodatkowo długo się wchłania. Nie jest to produkt dobry dla osób niecierpliwych (czyli dla mnie :D), ponieważ czekając, aż kosmetyk wyschnie, łatwo "wytłuścić" wszystko dookoła (zwłaszcza klawiaturę ;D). Cena nie jest nadto wygórowana (w promocji zapłaciłam nieco ponad 20 zł), odradzam jednak kupowanie produktów SH w Sephorze, gdyż w porównaniu do Superpharm za każdy kosmetyk zapłacicie ok. 10-15 zł  więcej (w stosunku do ceny regularnej!).

Na koniec Cuticle Gel mit Honig + Propolis z firmy p2, czyli żel do pielęgnacji skórek z miodem i kitem pszczelim.
zdjęcie: www.dm-drogeriemartk.de
Myślę, że nie muszę wspominać o zbawiennym działaniu miodu na naszą skórę, o tym na pewno już wiecie:) Czym jest natomiast kit pszczeli? Jak sama nazwa wskazuje jest to substancja produkowana przez pszczoły z zebranych żywic roślinnych. Ma ona silne działanie bakteriobójcze, przyspiesza proces gojenia się ran i regeneracji skóry. Kosmetyk ma postać żelu i dodatkowo wyposażony jest w pipetę, co znacznie ułatwia aplikację, ponadto dość szybko się wchłania i nie jest ani tłusty, ani klejący - za to wielki plus. Cena również jest bardzo przystępna (ok. 3 Euro). Marka p2 dostępna jest jednakże jedynie w drogeriach "dm" na terenie Niemiec i Austrii. Wielce nad tym ubolewam, gdyż firma oferuje bardzo szeroką gamę produktów, które są niedrogie i naprawdę dobrej jakości. Zawsze, gdy tylko jestem w Niemczech, swoje pierwsze kroki kieruję właśnie do "dm" :).

No a jak ze skutecznością? Uważam, że produkty SH i p2 mają bardzo podobne działanie, a więc pomagają jedynie doraźnie. Po aplikacji skórki pozostają nawilżone przez kilka następnych godzin, a później problem niestety powraca, może w nieco mniejszym stopniu, może dłonie wyglądają na nieco bardziej zadbane, ale jednak... Jeśli zapomnimy o regularnej aplikacji, bez wątpienia stan naszej skóry powróci do punktu wyjścia.
Wniosek nasuwa się prosty: nie ma rozwiązań idealnych! Skóra wokół paznokci wymaga  regularnej pielęgnacji tak samo jak skóra naszej twarzy i pozostałych części ciała. Chcemy być piękne - musimy cierpieć: wcierać i smarować, na dodatek regularnie! ;)

xoxo
M.

P.S. 1 Jeśli znacie jakiś cudowny sposób/środek na skórki, wiecie, co robić... zostawić komentarz oczywiście:)!

P.S. 2 Zdjęcia zostały zaczerpnięte z internetu, bo już ciemno, no i jam dziś wyjątkowo leniwa;)

P. S. 3 Nie zapomnijcie sprawdzić, co mi dziś w duszy gra (temat przewodni na dziś: cytryna;)).

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...