Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podkłady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podkłady. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 października 2013

Snail Repair BB, czyli miłości do ślimaków ciag dalszy...

Mikroklimat mojej kosmetyczki zdecydowanie służy koreańskim ślimakom, bo stopniowo ich przybywa :). Ostatni nabytek to Snail Repair Blemish Balm SPF 32/PA++ marki Mizon, czyli nic innego jak krem BB z 45% śluzem ślimaka.

Kiedy czytam opisy typu "Działa przeciwstarzeniowo, rozjaśnia i chroni przed szkodliwym działaniem UV. Polecany do cery wrażliwej, z bliznami, o nierównym kolorycie...", to już wiem, że chcę to mieć i muszę to wypróbować na sobie, a że Mizon jest w zasadzie prowodyrem, jeśli chodzi o tego typu produkty, naprawdę nie trzeba mnie namawiać dwa razy.


Tubka kremu o niemałej pojemności 50 ml (cena: 74 zł) zamknięta jest dodatkowo w kartoniku o analogicznej szacie graficznej, dodatkowo zabezpieczonym hologramem z logo marki. Na odwrocie polski dystrybutor umieścił naklejkę z informacją o właściwościach kosmetyku, dzięki czemu nie musimy rozszyfrowywać tajemniczych krzaczków.



A co kryje sama tubka? Krem jest dość gęsty, zwarty, wystarczy odrobina do pokrycia całej twarzy. Mimo że produkt wydaje się dość treściwy, ładnie stapia się ze skórą, wtapiając się w nią do tego stopnia, że puder to raczej dodatkowa opcja służąca utrwaleniu, nie zaś konieczność. Biorąc pod uwagę, że moja skóra po kilku godzinach lubi się tu i ówdzie świecić, jest to nie lada wyczyn, zwłaszcza że cera pozostaje przy tym przyjemnie nawilżona i sprężysta. Na plus zaliczam również obecność całkiem wysokiego filtra oraz brak parabenów w składzie.


Krem nadzwyczaj dobrze tuszuje niedoskonałości, nie tworząc jednocześnie grubej powłoki na skórze, jak to mają w zwyczaju kryjące podkłady. Jego odcień jest niezwykle jasny, co można postrzegać zarówno jako zaletę jak i wadę. Królewny Śnieżki powinny być wniebowzięte, bo jasną cerę produkt uczyni wręcz alabastrową. Osoby o ciemniejszej karnacji poczują się raczej rozczarowane, jako że krem występuje tylko w jednej wersji kolorystycznej.


Nie przerażajcie się zdjęciami. Moja dłoń jest tutaj dość opalona, ponieważ fotki cykałam ponad miesiąc temu bezpośrednio po powrocie z urlopu. Teraz gdy opalenizna na twarzy już zeszła, z powodzeniem mogę go stosować. Mimo że przy pierwszym wrażeniu może wydawać się za jasny, po wykonaniu pełnego makijażu wszystko ze sobą harmonizuje, a skóra sprawia wrażenie rozświetlonej i promienistej.


Bardzo polubiłam się z tym kremem i myślę, że na jednej tubce się nie skończy, zwłaszcza że idzie zima i skóra pewnie stanie się jeszcze bledsza.

Co sądzicie?  




sobota, 25 maja 2013

Rossmannowe łupy

Większość blogerek pokazała swoje rossmannowe zdobycze, to i ja nie będę gorsza ;). Promocje -40% na niemalże wszystkie produkty to ja rozumiem, a nie jakieś zrób zakupy za 200 zł, a my Ci damy 20% zniżki. Moje zakupy podyktowane były chęcią zrobienia zapasów moich ulubionych produktów po niższej cenie oraz naglącą potrzebą wynikającą z niespodziewanego denka.

All time favourites:

- Dwufazowy płyn do demakijażu oczu Ziaja (nie zliczę, ile zużyłam butelek!)

- False Lash Effect Mascara od Max Factor (najulubieńsza, ale kupuję ją tylko w promocyjnych   cenach)

- Korektor Healthy Mix od Bourjois (idealnie zastępuje mi niedostępne u mnie MACzki, no i jest tańszy, a tak samo skuteczny i wydajny)

- Dream Matte Powder od Maybelline (uwielbiam, ale muszę przyznać, że stosunek pojemności do ceny regularnej nie wypada zbyt korzystnie)


Nowości w kosmetyczce:

- Podkład Lasting Performance od Max Factor (zdenkowałam Revlon Colorstay, a LP zawsze chciałam spróbować i tym to sposobem nadarzyła się świetna okazja)

- Krem pod oczy dermo face provivo 35+ tołpa (skończył się mój ukochany GlySkinCare i jakoś nie mogę się zebrać do złożenia zamówienia na kolejny, o tołpie słyszałam natomiast wiele dobrego, 35+ jeszcze nie jestem, ale skórę pod oczami mam wymagającą, więc myślę, że będzie w sam raz, zobaczymy)


Promocja trwa do 29 maja, więc macie jeszcze sporo czasu, by z niej skorzystać. Wiem, że wiele z Was już skorzystało ;D. Pochwalicie się, co Wam wpadło do koszyka?



sobota, 16 marca 2013

Warszawskie łupy


Wizyta w Warszawie, o której pisałam w poprzednim poście, nie mogła obyć się bez drobnych zakupów. W zasadzie niczego wielkiego nie kupiłam, ale możliwość odwiedzenia do tej pory nieznanych sklepów zawsze człowieka cieszy ;).

W pierwszej kolejności stopy moje, Różowej Szpilki i Belli postanęły w salonie Bath and Body Works. Sieć tę znałam już dużo wcześniej z amerykańskich filmików na YT, ale jakoś nigdy nie miałam szczególnej zajawki na ich produkty. Będąc jednak na miejscu, grzechem byłoby nie zahaczyć ;). W samym sklepie można dostać co najmniej oczopląsu. Produktów jest tyle, że w pierwszym momencie bardzo trudno to wszystko ogarnąć. Na pewno zachęcają promocje typu "Kup 2, weź 3", "Zapłać za 4, weź 6" itp. Taki model sprzedaży wydaje mi się bardzo amerykański i na pewno działa na podświadomość klienta. Po obwąchaniu mnóstwa balsamów, mydeł i perfum, zdecydowałam się na 3 miniaturki mgiełek do ciała o wiosennym zapachu Sweat Pea, letnim Bali Mango i klasycznym Pink Chiffon.


Do tego na spółkę z dziewczynami skusiłam się na antybakteryjne płyny do rąk. Zobaczymy, jak całość sprawdzi się w praniu. Wszystkie zapachy są niesamowicie przyjemne i soczyste, ale - jak to w przypadku mgiełek i tym podobnych produktów bywa - niezbyt trwałe. W promocji 3 za 2 za cały zestaw zapłaciłam 39 zł (cena pojedynczej migiełki to 19,99 zł), żele do rąk kosztowały nas w sumie 32 zł za 6 sztuk, koszt pojedynczej sztuki to 7,99 zł).  


Później nasze kroki skierowały się do salonu MAC, gdzie miałam przyjemność poznać mój makijażowy autorytet youtubowy MakeUpBrock :). Pomacałam to i owo, ale nic nie przyciągnęło mojej szczególnej uwagi. Brock była jednak tak miła, że sporządziła dla mnie i Gosi próbki dwóch podkładów: nowego podkładu mineralnego Mineralize Moisture oraz Matchmaster. Potestujemy, zobaczymy. 


Jadąc do Warszawy, nastawiłam się na buszowanie po stoisku Yankee Candle. Wybór wosków jednak bardzo mnie rozczarował. Miałam nadzieję na sprawdzenie niektórych zapachów na żywo, ale dostępnych było zaledwie kilka na krzyż i generalnie miałam problem, żeby coś wybrać. Ostatecznie zdecydowałam się na cynamonowy Home Sweet Home, obłędnie soczysty Wild Passionfruit i konwaliowy Garden Hideway. Samplery świeczek są mało intensywne, ale ja kroję je na cząstki i topię w kominku dokładnie tak samo jak woski. 


I to by było na tyle, nie licząc oczywiście całej siaty produktów Dove, na których recenzję na pewno jeszcze przyjdzie pora.

A Wy co kupiłyście ostatnio? Pochwalicie się? ;)





niedziela, 18 listopada 2012

Średniak

Z podkładami Lirene się całkiem lubię, zwłaszcza z tym z serii przeciwtrądzikowej Under 20. Jak na drogeryjną markę w bardzo przystępnej cenie (podkłady kosztują ok. 15-20 zł) mają całkiem niezły wybór wykończeń i odcieni. Bez problemu można również dobrać produkt odpowiedni dla danego typu skóry.

Lirene City Matt nie mogę jednak zaliczyć do moich ulubieńców, bo w moich oczekiwań on niestety nie spełnia, co nie znaczy jednak, że jest to produkt z gruntu zły.


Jak już z pewnością wiecie, mam cerę mieszaną, skłonną do niedoskonałości i przetłuszczania się w strefie T. City Matt, na co wielkimi literami wskazuje już sama nazwa, ma być fluidem matująco-wygładzającym. W moim przypadku potwierdza się jednak tylko ten drugi człon. Podkład bardzo przyjemnie się nakłada, niemalże sunie po skórze i tu dostrzegam właśnie ten efekt wygładzenia i zmiękczenia rysów twarzy. Odcień wydaje się dość ciemny, wpadający lekko w pomarańcz, ale nie dajcie się zwieźć, bo całkiem nieźle stapia się ze skórą. Krycie określiłabym jako lekkie. Koloryt zostaje fajnie wyrównany, ale nie ma co marzyć o ukryciu przebarwień czy niedoskonałości. Tym, co wywołało jednak mój największy zawód, jest trwałość. Po ok. 3 h pojawia się błysk i podkład zaczyna znikać. Nie tego oczekiwałabym od podkładu matującego...

Odcień: 207 beżowy
Nie dyskredytuję jednak tego kosmetyku. Sądzę, że sprawdzi się on rewelacyjnie na skórze normalnej. Podarowałam jeden egzemplarz mojej koleżance (Aleksandro, pozdrawiam! :D) i u niej podkład przez cały dzień trzyma się rewelacyjnie. Na pewno warto przekonać się na własnej skórze, czy jest to coś dla nas. Za tę cenę niewiele można stracić, a całkiem sporo zyskać.


Próbowałyście już Lirene City Matt?

P.S. Produkt został przesłany mi do recenzji, nie miało to jednak wpływu na treść powyższej recenzji



wtorek, 19 czerwca 2012

Oddam w dobre ręce :)

Zapowiadałam, że będę miała do oddania dwa podkłady Under Twenty Anti! Acne. Jeśli chciałybyście wypróbować naprawdę niezły produkt, o którym pisałam >>>>tutaj<<<<, zostawcie komentarz pod tą notką wyrażający chęć wzięcia udziału w rozdaniu. Na zgłoszenia czekam do niedzieli 24.06 do godz. 23:59.

Do oddania: 110 Sandy Matt (od lewej) i 130 Beige Matt (od prawej)

Do oddania mam dwóch "panów" w czapeczkach ;))). Zaznaczam, że kolory nie są dla bladziochów. Zaznaczcie proszę w komentarzu, którym odcieniem jesteście zainteresowane. Opakowania zostały otwarte celem sprawdzenia koloru.

Od lewej: 110 Sandy Matt, 120 Natural Matt, 130 Beige Matt
Zainteresowane przygarnięciem jednego z "panów" pod swoje skrzydła? :)))


sobota, 9 czerwca 2012

Wielkie zaskoczenie!

Brak mi ostatnio czasu na bloga. Tyle się dzieje wokół! Wielką fanką piłki nożnej nie jestem, ale wszelkie mistrzostwa zawsze oglądam z wypiekami na policzkach. W Poznaniu na ulicach tabuny Irlandczyków, tu i ówdzie kręcą się również Chorwaci. Atmosfera Euro pełną parą i strasznie się cieszę, że mogę w tym wszystkim uczestniczyć. Oczywiście trzymam bardzo mocno kciuki za Polską drużynę, życzę jej (i nam wszystkim chyba), żeby wyszła z grupy. Myślę, że to byłby już spory sukces. Myślicie, że mamy szansę? :)

Źródło: Strefa Kibica Poznań
Ale w sumie nie o tym tutaj chciałam ;). Dziś na tapetę postanowiłam wziąć fluid matujący Anti! Acne z serii Under 20.


Przyznam, ze zabierałam się do testowania tego produktu, jak pies do jeża. Nie mam zaufania do tego typu drogeryjnych podkładów, bo zazwyczaj kolor jest kompletnie nie taki, albo sam kosmetyk zupełnie do niczego. Pierwsze podejście musiałam zrobić w domowym zaciszu, nigdzie się nie spiesząc i mając w razie czego czas na zmianę makijażu ;).


Nawet nie wiecie, jak bardzo mnie ten produkt zaskoczył, i to pozytywnie! Odcień 120 Natural Matt okazał się idealnie dopasowany do mojej karnacji. Podkład ma postać gęstego kremu, który bardzo dobrze rozprowadza się na twarzy. Krycie określiłabym jako średnie, przy większych niedoskonałościach niezbędny jest mimo wszystko korektor. Kosmetyk nie obciąża jednak skóry, po nałożeniu prezentuje się naturalnie i nie zapycha. Efekt zmatowienia utrzymuje się (w zależności od temperatury oraz użytego pudru) ok. 3-4 h. Po tym czasie pojawia się błysk, ale co najważniejsze podkład nie znika z twarzy. Wygodna pompka ułatwia dozowanie. W tym przedziale cenowym (16,99 zł za 30 ml) jest to mój zdecydowany faworyt i na pewno kupię kolejne opakowanie, mimo że do grupy docelowej "under 20" już dawno się nie kwalifikuję ;).

Od lewej: 110 Sandy Matt, 120 Natural Matt, 130 Beige Matt
Jeśli macie ochotę przetestować ten produkt, zaglądajcie do mnie regularnie. Już wkrótce będę miała do oddania dwa podkłady Anti! Acne.


A jakie są Wasze ulubione podkłady niskopółkowe?  


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Komu, komu?

Od początku przeczuwałam, że to nie będzie podkład dla mnie. Już wcześniej czytałam wiele recenzji, w których dziewczyny pisały, że nie jest to produkt dla cer mieszanych czy tłustych. Po testach mogę tylko przyznać im rację. Również odcień jest o dobry ton dla mnie za ciemny... Ale od początku.


Pharmaceris F (cena: ok. 40 zł za 30 ml) to delikatny fluid intensywnie kryjący o przedłużonej trwałości. O zaleceniach, działaniu i efektach osoby zainteresowane mogą przeczytać na załączonym obrazku.


W moim odczuciu na pewno nie jest to fluid do każdego rodzaju skóry, gdyż z mojej mieszanej w ciągu dnia po prostu spływa. Krycie jest przyzwoite, producent nie przegina ani w jedną, ani w drugą stronę. Jeśli macie coś do schowania pod płaszczykiem fluidu, Pharmaceris F dobrze sobie z tym poradzi, nie tworząc jednocześnie efektu maski. Na plus trzeba mu bez wątpienia zapisać również SPF 20, który stanowi w przypadku podkładu całkiem porządną ochronę przeciwsłoneczną. Produkt nie zawiera także konserwantów i parabenów - to też się chwali, ale jednocześnie sprawia, że mamy jedynie 6 miesięcy na zużycie.


Pharmaceris F zdecydowanie nie jest kosmetykiem stworzonym dla mnie i sądzę, że będzie się tylko marnował w moim kuferku. W związku z tym postanowiłam puścić go w świat. Jeśli jesteście zainteresowane, zostawcie pod tym postem odpowiedni komentarz. Zwyciężczynię wylosuję najprawdopodobniej w Wielki Piątek. Podkład użyłam trzy razy, opakowanie wraz z ulotką jest w stanie nienaruszonym.


A więc komu fluid, komu? :)))

Produkt został mi udostępniony nieodpłatnie do testów. Fakt ten nie miał żadnego wpływu na treść niniejszej recenzji.


niedziela, 12 lutego 2012

Perfect Match, czyli idealne dopasowanie :)

Podkład Rimmel kupiłam z czystej ciekawości podszytej lekką nutką sceptycyzmu w stosunku do jego bardzo pochwalnych recenzji (cena: ok. 28 zł za 18 g). Do podkładów z drogeryjnych półek mam raczej średnie zaufanie, rzadko który w pełni spełnia moje oczekiwania. Byłam przekonana, że i w przypadku Match Perfection będę miała jakieś "ale", ALE nic bardziej mylnego ;). Pełna pokory przyłączam się do grona jego zadowolonych użytkowniczek :D.


Podkład ma bardzo fajną, żelowo-kremową konsystencję, przyjemnie chłodzi twarz podczas nakładania i dobrze rozprowadza się każdym narzędziem. Odcień 100 Ivory może wydawać się na pierwszy rzut oka dość ciemny, ale podkład rewelacyjnie stapia się ze skórą, dając bardzo naturalny efekt (nie sugerujcie się za bardzo "słoczem" na dłoni, celowo słabo roztarłam podkład, żeby można go było w ogóle dojrzeć). Kosmetyk jest lekki, ma średnie krycie, które można jednak stopniować. Na mojej mieszanej cerze w połączeniu z pudrem Bell trzyma się cały dzień (oczywiście biorąc pod uwagę aktualne warunki atmosferyczne).
 
Co tu dużo pisać, jestem z niego naprawdę zadowolona. Jedyne, co mogłabym mu zarzucić to delikatne uczucie ściągnięcia bezpośrednio po aplikacji. Towarzyszyło mi ona podczas pierwszych kilku dni testów, teraz już nie, więc albo jego przyczyną było coś innego, albo po prostu zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Summa summarum niezdecydowanym zdecydowanie podkład polecam! :)))

niedziela, 29 stycznia 2012

Łupy

Ze względu na różne inne wydatki nie po drodze były mi ostatnio zakupy kosmetyczne. Po drodze mi jednak do Natury, co niestety okazało się odrobinę zgubne, tym bardziej że wstawili w Poznaniu wreszcie szafę Catrice. Udanie się do drogerii po rzeczy najpotrzebniejsze było jednocześnie dobrą okazją ku temu, żeby w koszyku zaplątało się kilka rzeczy nadprogramowych ;))).

Z produktów potrzebnych na zdjęciu znajduje się korektor - osławiony już Dermacol - oraz puder Pocket 2Skin Mat - pierwszy produkt Bell w mojej karierze. Z produktów nadprogramowych do koszyka powędrował wszechobecny ostatnio na różnego rodzaju blogach podkład w żelu Rimmel Match Perfection (w Naturze ostał się zaledwie jeden słoiczek w odcieniu Ivory, więc nie mogłam przegapić takiej okazji, tym bardziej że blogerki wyśpiewują na jego temat pochwalne peany ;)). Dawno też nie kupowałam żadnych lakierów, więc wypadało nadrobić "braki". Skusiłam się na trzy lakiery Catrice (od lewej: 600 After Eight, 120 Plum Play With Me, 630 Sing: Hey, Dirty-Lilah!) oraz jeden, ostatnio również bardzo popularny na blogach odcień My Secret (nr 104).

Trochę się tego uzbierało ;). Macie ochotę o którymś z produktów poczytać w pierwszej kolejności?

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Jest mus?

Będąc wielką fanką podkładu Revlon Colorstay, po przeczytaniu kilku pochlebnych recenzji na temat jego mineralnej wersji w musie doszłam do wniosku, że mus jest, żeby go przetestować na własnej skórze ;))). Podkład jest ogólnie dostępny na allegro w całej gamie kolorystycznej (030 Light, 040 Light Medium, 050 Light Medium/Medium, 060 Medium, 070 Medium Deep, 080 Deep), ja zdecydowałam się na odcień 030 Light i wraz z przesyłką za tubkę o pojemności 30 ml zapłaciłam ok. 27 zł.

Początkowo miałam spore trudności z okiełznaniem tego produktu. Nie sprawdzał się nakładany pędzlem typu "flat top", "duo fibre", klasycznym pędzlem do podkładu, różowym jajem. Najlepszym narzędziem do aplikacji okazały się moje własne palce. Podkład ma faktycznie formę lekkiego musu, przed użyciem warto wstrząsnąć tubką, aby zawartość nabrała jednolitej konsystencji (produkt lubi się rozwarstwiać). Podczas nakładania mus niemalże sunie po twarzy (uwaga na silikony!), ale mimo to do pokrycia całej jej powierzchni potrzeba dość sporej ilości produktu, w moim przypadku więc wydajność to jedynie pobożne życzenie.
Jeśli spodziewacie się krycia porównywalnego do tradycyjnego Colorstay`a, obawiam się, że będziecie srodze zawiedzione. Maskowanie niedoskonałości jest minimalne, podkład raczej jedynie wyrównuje koloryt cery, dodatkowo lubi podkreślać suche skórki. Jedyne, czego nie można mu odmówić, to trwałość - ta jest porównywalna do jego fluidowego brata. Nałożony rankiem i przypudrowany potrafi wytrwać bez poprawek cały dzień.

Czy jest więc mus, żeby mieć mineralną wersję Revlon Colorstay? Moim zdaniem musu nie ma ;). Ja będę się trzymać tradycyjnej wersji. Bez wątpienia jest to jednak ciekawa alternatywa dla ciężkich podkładów w gorące dni. Moja tubka na zużycie będzie musiała w związku z tym trochę poczekać... :) A Wy co sądzicie?

piątek, 23 września 2011

Pakuję się!

Cicho tutaj ostatnio, ale ma to swój powód. Ostatnie tygodnie żyłam wyłącznie myślą o urlopie i oto wreszcie naszedł!!! Dzisiaj pakuję walizki, a jutro wyjeżdżam na moje pierwsze od x lat wakacje z prawdziwego zdarzenia :))). Mam zamiar wylegiwać się na leżaku i bimbać, ile wlezie ;))). Zanim jednak opuszczę Was na tydzień i oddam się błogiemu lenistwu, chciałam Wam pokazać kilka kosmetyków, które będą mi towarzyszyć podczas wyjazdu. Kosmetyczkę staram się ograniczyć do minimum, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zabrała na urlop kilku produktów kolorowych ;).


Do twarzy zabieram wysoki filtr. Zdecydowałam się na barwiony Anthelios SPF 50 z La Roche-Posay. Myślę, że taki pseudo-podkład to fajny pomysł, daje delikatne krycie, wyrównuje koloryt i jednocześnie chroni przed słońcem. W razie gdyby potrzebne było mi silniejsze krycie, zabieram również krem BB Lioele Triple Solution, który nie jest zbyt ciężki, a jednocześnie bardzo dobrze kryje, ma również SPF 30, co na słoneczne dni czyni go niemal idealnym. Do utrwalenia filtra i podkładu zabieram puder Vichy Dermablend. Jest to chwilowo mój ulubiony puder fiksujący, właśnie rozpoczynam drugie opakowanie. Jest lekki, bezbarwny i całkiem nieźle matuje.


Makijaż oka planuję raczej skromny. Na wakacjach podstawę stanowią dla mnie kosmetyki wodoodporne, które nie spływają z twarzy przy wizycie w morzu czy basenie. Zabieram ze sobą więc zestaw minimalistki: wodoodporną maskarę Max Factor False Lash Effect, o której pisałam tutaj, wodoodporny cień w kremie, czyli Paint Pot z MAC w odcieniu Rubenesque oraz kilka konturówek do oczu: brązową Coffee, ciemnozieloną Tealo, oliwkowozieloną Forever Green (wszystkie z MAC) oraz turkusową kredkę nr 43 z Inglota. Spośród wszystkich jedynie Tealo i Forever Green są wodoodporne (rodzaj kredki to Power Point).

Do policzków zabieram dwa róże. Pierwszy z nich to Sheertone Blush w odcieniu Tenderling, drugi zaś to Sheertone Shimmer Blush w kolorze Peachykeen (obydwa z MAC). Tenderling to bardzo delikatny, matowy odcień brzoskwini. Na policzkach jest niemalże niewidoczny, ale sprawia, że twarz wygląda na zdrową i wypoczętą. Peachykeen to piękny odcień różu ze złotymi drobinkami, które cudownie mienią się w słońcu i czynią twarz trójwymiarową. Kolor ten będzie się świetnie prezentował na opalonej skórze :))).

Nie obędzie się również bez balsamu do ust. Mój wybór padł na EOS, o którym pisałam tutaj. Kosmetyk ma bardzo wakacyjny zapach, jest bezbarwny i dobrze nawilża, ze względu na kształt trudno go również zgubić ;). Na paznokciach będzie zaś gościć róż i miętą. Zabieram ze sobą tylko dwa odcienie: pierwszy to Party in My Cabana z OPI, który prezentowałam tutaj, drugi zaś to Peppermint z Rimmel, któremu bliżej możecie się przyjrzeć tutaj. Są to typowo plażowe kolory, które po prostu uwielbiam.

Oczywiście planuję wziąć ze sobą również kosmetyki pielęgnacyjne, balsam z SPF do całego ciała (prawdopodobnie mój wybór padnie tutaj na Ziaję), tradycyjny balsam nawilżający do stosowania po kąpieli i w razie poparzeń skóry (Cetaphil), oprócz tego oczywiście standardowe kosmetyki do demakijażu (dwufazowa Ziaja, żel do mycia twarzy Floslek, płyn micelarny Bourjois), oraz pewnie jakiś krem do twarzy (najprawdopodobniej również Floslek). 

Niby zestaw minimalistki, a jednak się trochę tego uzbierało. No cóż, mam nadzieję, że zmieszczę się w dopuszczalnym limicie bagażu ;))). Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i do usłyszenia za tydzień!

źródło: wiadomości24.pl

wtorek, 19 lipca 2011

Różowe jajo :)))

Długo, oj długo różowe jajo (znane szerzej jako Beauty Blender) pączkowało w mojej głowie i czekało tylko na sposobność, żeby się wykluć. Wiekopomna chwila w końcu nastała! W jednej z babskich gazet przeczytałam o polskim sklepie internetowym newyoucosmetics.pl, obczaiłam, napaliłam się i kliknęłam. Kilka dni później byłam już właścicielką mojego własnego różowego jaja :))).
Nie będę ukrywać, że po wielu zachwytach, które słyszałam nad owym ustrojstwem spodziewałam się cudu: idealnie nałożonego podkładu o efekcie przypominającego makijaż airbrush. Nie zawiodłam się! Kto by się spodziewał, że dość przeciętnie wyglądająca gąbka, która zwiększa swoją objętość i mięknie pod wpływem kontaktu z wodą może się tak świetnie sprawować! Testowałam ją z produktami różnego rodzaju: z kremami bb, z podkładami mineralnymi, z podkładami w płynie typu longlasting, z korektorami wszelkiej maści i w każdym przypadku sprawdzała się rewelacyjnie. Produkt zawsze nałożony był perfekcyjnie, bez smug, bez niedopracowanych, trudno dostępnych zakątków, bez efektu maski.
Szerszą częścią wystarczy "pobouncować" na czole, brodzie i policzkach, węższą zaś łatwo dotrzeć w okolice nosa, oczu czy brwi. Pod tym względem użyteczności Beaty Blender zastępuje mi przynajmniej dwa pędzle: ten do podkładu i ten do korektora, czasami nawet ten do pudru. Lubię takie praktyczne rozwiązania :))).

Aby przedłużyć żywotność jaja należy je myć po każdym użyciu i pozostawiać do wyschnięcia z daleka od nienaturalnych źródeł ciepła. Do zestawu, który zakupiłam, dołączona była buteleczka Beauty Cleanser, a więc płynu przeznaczonego specjalnie do czyszczenia jaja. Muszę przyznać, że produkt radzi sobie świetnie z usuwaniem wszelkich pozostałości po podkładzie czy korektorze, do uzyskania pożądanego efektu wystarczy zaś naprawdę odrobina.
Jak z pewnością się jednak domyślacie, nie ma produktów idealnych i również jaju mam coś do zarzucenia. Po pierwsze jego cena! Za swój zestaw razem z przesyłką zapłaciłam 118 zł, co uważam za straszne zdzierstwo - w końcu to tylko gąbka! Po drugie jajo nie jest wieczne. Producent zapewnia, że przy właściwej pielęgnacji przy codziennym stosowaniu posłuży nam nawet do 6 miesięcy. Moim zdaniem za tę cenę Beauty Blender powinien być sprawny dobre kilka lat! Po trzecie podczas mycia gąbka nieznacznie puszcza farbę. Nie jest to może jakieś wielkie manko, ale ponownie podkreślę, że za tę cenę można oczekiwać, iż gąbka pozostanie idealnie różowa nawet po kilkakrotnym użyciu... W tym wszystkim najgorsze jest jednak to, że pomimo iż cenę uważam za znacznie wygórowaną, byłabym skłonna wydać te pieniądze ponownie i pewnie to zrobię, gdy żywot tego jaja dobiegnie końca... Chyba źle musi być ze mną, skoro od zakupu nie potrafią mnie powstrzymać zdroworozsądkowe argumenty... Macie tak czasami?

P.S. Mam świadomość, że jajo można dostać znacznie taniej na ebay, ale ja do tej formy zakupów w dalszym ciągu nie mogę się przekonać... Moja ostatnia paczka z Hong-Kongu idzie do mnie już drugi raz drugi miesiąc... Ciekawe, czy w ogóle ją kiedyś zobaczę...    

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...