Manii lakierowej ciąg dalszy! Ale, ale... żeby nie było, że przepadłam z kretesem, uspokoję Was, że nie wszystkie nowe pociechy są moje ;). Po ostatnich udanych zakupach w
Victoria`s Beauty namówiłam koleżankę na wspólne zakupy. Ani nie trzeba było długo przekonywać, poza tym wspaniałomyślnie pozwoliła mi zaprezentować wszystkie zdobycze na blogu (pozdrawiam Cię moja droga!:D). Chyba poczułyśmy jakiś dziwny zew wiosny, bo jak jeden mąż zamówiłyśmy cztery róże :D. A oto i one:
Ania zamówiła dwa lakiery China Glaze: Strawberry Fields i Fifth Avenue. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona jakością tych produktów. Mają fajne, nie za wąskie i nie za szerokie pędzelki, są dość rzadkie, ale mimo wszystko dobrze się rozprowadzają, kryją przeważnie przy dwóch warstwach, ale czasami i jedna wprawnie nałożona wystarcza.
Strawberry Fields pochodzi z Summer Days Collection 2009. Jest to nasycona fuksja ze złotym shimmerem. Kolor bardzo unikatowy, wyróżniający się, idealny na ciepłe dni. Złoty shimmer jest dobrze widoczny na paznokciach, co jest dość wyjątkowe w przypadku tego typu lakierów.
Fifth Avenue pochodzi natomiast z kolekcji Creme Couture. Piękny, przykurzony, kremowy róż z domieszką fioletu, który kryje idealnie w zasadzie już przy jednej warstwie. Odcień niezbyt nachalny, a mimo wszystko urzekający. Moim zdaniem jest to kolor idealny na okres przejściowy pomiędzy zimą a wiosną.
Dla siebie zamówiłam dwa OPIki. Mimo że od czasu do czasu kupuję lakiery innych firm, mimowolnie wracam do tej marki. OPI ma zdecydowanie największą gamę kolorystyczną w swojej ofercie - każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie, a czasami nawet więcej, niżby sobie tego skrycie życzył ;).
Skusiłam się tym razem na odcień Polar Bare z The Canadian Collection 2004. Kolor to nudziak o różowo-brzoskwiniowych podtonach, w świetle dziennym jest zdecydowanie bardziej różowy, w świetle sztucznym zdecydowanie bardziej wpada w brzoskwinię. Myślę, że będzie się fajnie prezentował przy opalonych dłoniach. W przypadku tego lakieru w oczy rzucił mi się pędzelek - jest o wiele węższy niż w przypadku pozostałych OPIków, co pewnie wynika stąd, iż ta kolekcja pochodzi sprzed 7 lat, kiedy mi o OPI się nawet jeszcze nie śniło!

Na koniec Nantucket Mist z The Classic Collection. Odcień to również brzoskwiniowy róż, nieco ciemniejszy i żywszy niż Polar Bare. Spośród całej czwórki zdecydowanie podoba mi się najbardziej, ale jednocześnie jest najbardziej problematyczny w aplikacji. Lubi sobie posmużyć, ale dwie warstwy kryją w pełni pod warunkiem, że nałożymy je równomiernie. Pędzelek jest w tym wypadku baaardzo szeroki. Wnioskując po folii na nakrętce, przypuszczam, że OPI przy okazji właśnie tej kolekcji wprowadziło nowe, szersze pędzelki (poprawcie mnie, jeśli nie mam racji).
Podsumowując, chyba czas się udać na jakiś lakierowy odwyk :D
Pozdrawiam Was wiosennie!